Marcin Rychlewski, „Książka jako towar, książka jako znak”

Marcin Rychlewski, „Książka jako towar, książka jako znak”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Współczesny rynek książki rozwija się na tyle dynamicznie, że nie doczekał się zbyt wielu szerszych opracowań. Zdecydowanie łatwiej pisać o jego poszczególnych aspektach w formie artykułów, które z samej swej natury poruszają raczej aktualne problemy, w niedługim czasie mogące się łatwo przedawnić. Oczywiście istnieje kilka ciekawych książek ze stajni Biblioteki Analiz, wśród których wyróżniają się publikacje autorstwa Łukasza Gołębiewskiego czy Marka Tobery – ten jednak skupia się głównie na okresie przemian ustrojowych. Niemniej jest na tym polu jeszcze wiele do zbadania i opisania. Tym bardziej cieszy niedługa, lecz poruszająca wiele ciekawych zagadnień książka Marcina Rychlewskiego „Książka jako towar, książka jako znak” wydana nakładem wydawnictwa naukowego Katedra.

Choć książka ma charakter teoretyczny, to Rychlewski opiera się na jak najbardziej dotykalnych faktach. Nie próbuje dopasować rzeczywistości do swojej zgrabnej hipotezy, jak to mają w zwyczaju niektórzy, ale stara się przedstawić tę rzeczywistość taką, jaka ona faktycznie jest, a nie jaka według niego być powinna. Przy tym unika wartościowania, nie stawia na piedestale „pożądanych” zjawisk i nie krytykuje tych rzekomo nie licujących w ten czy inny sposób z godnością książki. Niby są to sprawy dość oczywiste w literaturze naukowej. Nie każdy autor jednak stosuje się do nich, stawiając wyżej swoje własne przekonania, sympatie i aspiracje.

Zaczyna się jednak jak zwykle dość drętwo, ale czego oczekiwać po rozdziale wstępnym o tytule „Po co nam dziś socjologia literatury?”. Autor rozwodzi się tu nad swoim podejściem do podejmowanego tematu, wprowadza i tłumaczy pojęcia, do których będzie się od tego czasu notorycznie odwoływał. Niektóre z nich są dość wydumanymi określeniami na proste zjawiska. Początkowo ten naukowy żargon i nagromadzenie wymyślonych przez Rychlewskiego pojęć nieco utrudnia lekturę. Zwłaszcza gdy wpleść je w zdania wielokrotne złożone, a autor np. w kolejnym zdaniu składowym pominie podmiot – odszukanie go trzy wersy wyżej i podstawienie w lukę przy próbie ogarnięcia całego zdania niepotrzebnie utrudnia i wydłuża odbiór. Tym bardziej gdy w końcu okazuje się, że to zdanie wcale nie odkrywa Ameryki, ale przekazuje jakąś oczywistość.

Rozdział drugi poświęcony jest obiegom wydawniczym. Warto zwrócić uwagę na to, że autor mówi nie o obiegach literackich, ale właśnie wydawniczych, co jest pewnym znakiem czasu i bardziej pasuje do współczesnej sytuacji na rynku książki. Choć właściwie można by pójść jeszcze krok dalej i stawiając akcent na dystrybucję, przemianować te obiegi na księgarskie. Rychlewski, wymieniając i opisując obiegi (główny, naukowy, religijny, literacki), rozsądnie podkreśla jednak, że częściowo te obiegi o mniejszym zasięgu przenikają się z głównym, choćby za sprawą naukowców czy religioznawców „celebrytów”. Dyskusyjne jest w ogóle wymienianie osobno obiegu literackiego, zważywszy na to, że w większej części tworzy on obieg główny, ale autor najwidoczniej nie chciał jeszcze zupełnie odcinać się od wcześniejszych, skostniałych podziałów, usprawiedliwiając się m.in. faktem, że poezja czy dramat na „książkostradzie” praktycznie nie istnieją.

Kolejne dwie części poświęcone są szeroko rozumianemu zagadnieniu odbioru. Jest tu mowa o wielu rzeczach, chociażby o specyficznych przejawach recepcji w postaci fanfików czy o sposobach wpływania na nią i jej kształtowania. Rychlewski nieco zbyt dużą wagę przykłada do opisów wydawniczych i blurbów, które rzekomo rzutują na sposób odbioru konkretnej książki. Faktycznie autorzy niektórych opisów silą się na jakieś interpretacje, ale jednak zazwyczaj jest to krótka zajawka fabuły zawierająca pewne słowa-klucze, mające trafić do określonego targetu. Osobiście uważam, że nie mówią one zbyt wiele i korzystam z nich raczej w odwrotny sposób – szybko mogę odrzucić wszelkie pozycje, w których opisach wydawniczych znajdują się takie wyrażenia jak „nieszczęśliwa miłość”, „nastoletnia dziewczyna” etc. A już naprawdę współczuję ludziom, którzy widząc na okładce banalne brednie w stylu: „Następca Tolkiena!” tudzież „Polska odpowiedź na Grę o tron!” wysuwają wnioski odnośnie książki, które idą dalej niż proste stwierdzenie, że to prawdopodobnie fantasy. Co ciekawe, autor zauważa istnienie i popularność fantastyki, ale sądząc po tym, że fenomenu „Harry’ego Pottera” doszukuje się w popularności w Polsce „Władcy pierścieni”, nie zna wiele poza tymi dwoma tytułami. Równie dobrze można by powiedzieć, że popularność konkretnego modelu samochodu jest bezpośrednio spowodowana wynalezieniem koła, zupełnie ignorując wszystko pomiędzy. Ponadto w przypadku Tolkiena i Rowling musiałby nastąpić proces cofania się w czytelniczym rozwoju. Zachwyceni klasykiem gatunku, ambitnym i dość trudnym w odbiorze, podniecamy się następnie młodzieżowym czytadłem (jak dobre by ono nie było)? To tak nie działa. Ale poświęciłem chyba zbyt wiele czasu na tę drobną dygresję.

Przedostatni rozdział omawia znaczenie różnych aspektów fizycznej postaci książki – okładki, ilustracje, opisy handlowe etc. Wszystko byłoby w porządku, gdyby na samym końcu autor nie dał plamy używając terminu „czcionka” w znaczeniu „krój” czy „font”. To drobiazg, który staram się ignorować w mowie potocznej i nie poprawiać moich zwykłych rozmówców na każdym kroku (podobnie jak przy rozróżnieniu między gazetą a czasopismem), ale od naukowca, który podjął się tego tematu powinno wymagać się jednak więcej. W tym przypadku użycie przez autora niewłaściwego słowa każe zastanowić się nad jego kompetencjami, gdyż w żadnej poważnej książce dotyczącej edytorstwa z pewnością takiego błędu nie popełniono. Czy zatem Rychlewski odpowiednio oczytał się w tym zakresie? Na sam koniec autor w oparciu o historię, różne teorie i obecną rzeczywistość próbuje ekstrapolować przyszłość książki. Jest to raczej sposób na zgrabne zwieńczenie dzieła niż jakiś znaczący wkład w dyskusję.

Choć mam kilka zastrzeżeń, to nadal uważam, że „Książka jako towar, książka jako znak” prezentuje się całkiem pozytywnie: odczarowuje wiele nieprawdziwych, zdezaktualizowanych stereotypów pokutujących w środowisku akademickim o rynku książki. Dla kogoś, kto interesuje się tym tematem trochę bardziej, opracowanie Rychlewskiego nie wprowadza wprawdzie zbyt wiele nowego, niemniej warto mieć w jednym miejscu tyle potrzebnych informacji, do których można się w razie potrzeby odwołać tudzież wejść z nimi w polemikę.

Korekta: Aleksandra Żurek

wydawnictwo Katedraksiazka-jako-towar-ksiazka-jako-znak-marcin-rychlewski-1
data wydania 2013
ISBN 9788363434113
liczba stron 202

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: