M. John Harrison, „Droga serca”

M. John Harrison, „Droga serca”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Chiromancje, senniki, odurzenia

„Droga serca” M. Johna Harrisona dróg unika. Dzikie ścieżki? Nieoznaczone trasy? Skróty? Nic podobnego. Pisarz rezygnuje nawet z takich alternatyw dla linearnej fabuły. W zamazywaniu jednoznacznego odbioru idzie o krok dalej i porzuca czytelnika na bezdrożu. Nie byłoby to niczym nagannym czy błędnym – czytelniczy survival kształtuje dojrzałość odbiorcy. Niezbyt pożądany jest natomiast dysonans między wysiłkiem a gratyfikacją. Ta druga okazuje się zaskakująco skąpa w kontraście do wydanej przez czytelnika energii.

Nie chodzi tu bynajmniej o prościutką nagrodę w rodzaju świecidełka, jakim jest pokrzepiające, klarowne zakończenie – demaskacja mordercy czy połączenie się kochanków po długiej rozłące, finał typowy dla konwencjonalnej literatury popularnej. Sięgając po „Drogę serca” Harrisona, wybieramy zupełnie inny typ lektury. Przyjmujemy, że ważniejsza jest sama pogoń za króliczkiem, a nie dorwanie go (i wytarganie za uszy). Podróż przez gęsto utkaną, wielowymiarową, zagadkową książkę bywa nagradzająca sama w sobie. Wie o tym każdy, kto taką podróż odbył. Nie liczy się wówczas próżne samozadowolenie („Mam cię, Schwarz! To ty zabiłeś panią Cooper!”), jednoznaczna „radocha” czy odkrycie, co poeta miał na myśli. Dzieło musi jednak spełniać jeden, nadrzędny warunek: istotności.

Lektura istotna sprawia, że chcemy poświęcić jej czas, godząc się na ewentualną porażkę interpretacyjną, trudną terminologię, ciężkie emocje. Na wejście w świat przedstawiony bez instrukcji i kół ratunkowych. Na wyjście z niej pokonanym, pozbawionym jedynej prawdy i klucza do interpretacji. Chcemy wręcz mętliku w głowie, chcemy rozsmarowania ego po ścianach i nieprzespanych nocy. Po spotkaniu z danym utworem jesteśmy pełniejsi, bogatsi, bardziej doświadczeni, choć magicznego artefaktu nie udało nam się zdobyć.

Powieść Harrisona świecidełek nie oferuje. Autor gra w lidze, w której mamy już do czynienia z literaturą, a nie czytadłem. Pytanie: czy „Droga…” jest istotna, i to na tyle, by wybrać ją zamiast innej książki. By się zmęczyć. Oprócz opisanego powyżej cudownego, pożytecznego zmęczenia, jest przecież to całkiem prozaiczne, kończące się bólem głowy. Są też wyprawy nie uwieńczone ani zdobyciem skarbu, ani uzyskaniem wiedzy o sobie, za to pełne wypadków, monotonnych krajobrazów i pogarszającego się humoru, załamań pogody i przemoczonej odzieży.

Harrison wiedzie czytelnika przez plątaninę miejskich ulic i zatłoczonych lokali, obsypanych kwiatami łąk i mrocznych wrzosowisk, sennych miasteczek i metropolii. Prowadzi ścieżkami trzech Europ: starej, nowej, fikcyjnej. Odwraca uwagę zarówno nieważkimi detalami, jak i skrzętnie poukrywanymi symbolami, jedne zmieniając w drugie. Każe powracać do przeszłości, by wybić z refleksji mocną sceną z „tu i teraz”. Żongluje nastrojami, miejscami akcji, szpikuje rzeczywistość snem i złudzeniem. Czytelnik śledzi te prestidigitatorskie popisy autora z fascynacją i uwagą… Do czasu. Przychodzi moment znużenia, w którym sztuczki zaczynają się przejadać.

„Droga serca” nie jest rozbuchaną, rozlewną powieścią na tysiące stron. Nie posiada tyle miejsca, by co chwila łapać oddech. W rezultacie, ciśnienie wywierane na odbiorcę jest bardzo duże. Ale wybuchu nie ma. Po ułożeniu puzzli otrzymujemy rysunek dość schematyczny i znajomy. Z jednej strony to dobrze. Skoro tyle czasu zbieraliśmy tropy, nawiązania i haczyki, miło jest widzieć jakikolwiek obrazek, choćby koślawy. Z drugiej – święte prawo do podejrzliwości wobec twórców, do krytycznej postawy względem serwowanych treści (będące równocześnie obowiązkiem) podsuwa pytanie, czy ktoś nie usiłuje zrobić odbiorcy w bambuko. Gnostyckie, okultystyczne, quasi-historyczne i historiozoficzne dylematy podjęte w książce mogą dostarczać różnych, frapujących wniosków. Sęk w tym, że trzeba powieść mocno rozbebeszyć, by w ogóle zacząć wnioskować. Zrobi to krytyk, recenzent czy fan twórczości pisarza. Czytelnik ambitny, ale niekoniecznie poszukujący tysiąc czterysta osiemdziesiątego dna będzie dopatrywał się ewentualnych znaczeń w pierwszym, spontanicznym kontakcie z powieścią. Co znajdzie?

To samo, co w salonie wróżb. Albo na własnej dłoni, odpowiednio zmanipulowany przez Cygankę.

Harrison bawi się w chiromantę, wróża, tarocistę. Możemy posłuchać jego wieszczb choćby dla swady, z jaką formułuje zdania. Ale możemy też wzruszyć ramionami i pójść w swoją stronę, z ewentualnymi problemami sercowymi zwracając się do lekarza specjalisty. Psychologa. Proboszcza. Cioci Krysi. Zabiegi formalne, zagadki fabularne i użyte motywy odsłaniają te same prymarne kwestie, jakie czytelnik znajdzie w lekturze daleko mniej udziwnionej i przestylizowanej. Siła miłości; konieczność zapłaty za uzyskaną wiedzę; rozdźwięk między „umieraniem w świat” – pogonią za doczesną przyjemnością, ucieczką w materializm – a „umieraniem dla świata” – duchową dążnością do non omnis moriar; przenikanie się planów; zagadka losu, rozpiętego między rozkoszą a śmiercią – było, było, było. Samo istnienie w/w elementów to jeszcze nie klucz do sukcesu. Harrison uznał inaczej…

…a ja mu nie wierzę. Nie korzystam z senników. Zbyt silny zapach różanych perfum mnie drażni, choć zasadniczo go lubię. Najpoważniejszą słabością „Drogi…” jest przesyt. Pisarz nie zastosował się do zasady, by nie gryźć więcej, niż można przeżuć. Fragmenty o idealnej temperaturze, nastrojowe i wieloznaczne, przeplatają się z iście hieratycznymi, a przez to sztucznymi (nawiasem mówiąc, zwracanie się do bohatera przy użyciu wołacza, per „Lucasie”, zamiast prostego „Lucas”, trochę tę sztuczność potęguje. Takie to ni „Lucas”, ni „Łukaszu”). Sceny mocne, drastyczne, zapadające w pamięć, tłumione są nadmiarem szczegółów, tajemnic, nazw i nazwisk. A ponieważ autor z uporem pali mapy – możemy się tylko zastanawiać, któremu detalowi przyjrzeć się bliżej, a który odpuścić. Tyle, że to rozrywka dla czytelników z gorączką. 39ºC i wyższą. Nad całą resztą, nie obdarzoną „świętym objawieniem”, Harrison lituje się akurat tam, gdzie nie trzeba. Niezwykle istotna w powieści seksualność, życiotwórczy popęd i siła sprawcza – zbyt otwarcie dominuje nad resztą wątków i problemów. Jest wręcz nachalna. A do tego kontrowersyjna. Współpracę bohatera z pedofilem-kazirodcą autor niepokojąco łatwo gubi, odsuwa, rozpuszcza w różanym olejku. Brudny, obsceniczny kadr zostaje wyparty przez szereg opisów przyrody i lirycznych uzasadnień „kolei rzeczy”. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: „Aha, o to chodziło: w życiu należy sobie po…używać”.

O co chodziło faktycznie? Co jest w powieści istotnością, która sprawia, że nie jest to zła lektura (choć nieoszlifowana)?

Ludzie. Ich losy, dramaty, emocje i uczucia. Komplikacje charakterów, skutki wyborów. Odławiając z ezoterycznego sosu psychologiczny rdzeń „Drogi…”, typowy raczej dla literatury obyczajowej, nie fantastyki, otrzymamy silnie angażujące serce czytelnika treści. Uwikłani w tajemniczy rytuał, ciążący na całym późniejszym życiu, bohaterowie Harrisona nie są wolni od obowiązków dojrzałości. Nie mają taryfy ulgowej tylko dlatego, że cały wyczyn kazał dojrzewać prędzej, unieść więcej, doświadczać mocniej. Złączeni w nietypową, pulsującą od napięć konstelację, okazują się słabi i silni, pokonani i zwycięscy, stoicko spokojni i histeryczni, nigdy jednak nie są czarni albo biali, naginani do wizerunku jednoznacznie dobrych lub złych (wyjątkiem może być Yaxley, który jednak również cierpi, dręczony własną obsesją). Pielęgnowaną przez nich przyjaźń i miłość opisuje autor w sposób wzruszający i wnikliwy. Te nieco jaśniejsze odcienie dodają „Drodze…”, powieści mrocznej i ponurej, kolorytu. Niejednoznaczności i głębi. Uzasadniają też istnienie alternatywnej rzeczywistości jako leku na całe zło. Trzeba niesamowitej wiary, nadziei, a czasem i współuczestnictwa w fikcji bliskich osób, by tak nietypowy środek w ogóle zadziałał.

Poplątane życiorysy, duchowe fermenty i cały ten moralny niepokój, wyzierający z kart kameralnej, niedużej książki, raczej „tunelowej” niż panoramicznej – zasługują na uwagę. Nieporównanie bardziej niż tajemna Europa, Wielka Bogini, Pleromy i Ksenomy. Jeśli szukać „serca Serca”, jądra książki, źródła istotności – to bliżej zaśnieżonych bruków i szpitalnych pokoi. Nie różanych ogrodów i Białych Wyżyn. Wtedy, być może, uda się znaleźć samą „Drogę…”

Kto szuka, ten znajduje.

Korekta: Katarzyna Tatomirdroga_serca_d

Autor: M. John Harrison
Tytuł: Droga serca
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantastyka/realizm magiczny
ISBN: 978-83-7480-427-1
Data wydania: 17 października 2014
Wymiary: 135x205 mm
Oprawa: twarda
Liczba stron: 208

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: