Karen Miller, „Utracona magia”

Karen Miller, „Utracona magia”


Recenzowała: Lucyna Markowska

 

Aż chciałoby się powiedzieć: i znowu w Lur! Ze wszystkimi wadami i zaletami tegoż miejsca. Zaczyna się nowa przygoda, więc nie zabraknie też nowych bohaterów, problemów i wrogów. Stało się już chyba w fantasy tradycją, że po zakończeniu pewnej części cyklu, autorzy kuszą się o kontynuację serii, opisując losy „następnego pokolenia”. Podobnie sprawy mają się w „Utraconej magii”, bo chociaż ważna rola wciąż przypada Nieoświeconemu Magowi – Asherowi i jego żonie Dathne (znanych wcześniej z dylogii „Królobójca. Królotwórca”), to jednak powoli przekazują oni pierwsze skrzypce synowi Rafelowi i córce Deenie.

I chociaż Asher już raz ocalił Lur – to pokój i bezpieczeństwo nigdy nie trwają wiecznie. Zacznijmy więc od uporządkowania sytuacji. Po pokonaniu Morga, Olkowie nie są już zmuszeni ukrywać swojej magii, za to (dla odmiany) Doranie zostali obciążeni ograniczeniami. Upadek Muru, brak zaklinacza pogody i niezadowolenie wśród dorańskiej szlachty, naturalnie powodują powstawanie wszelkiej maści napięć. Dodatkowo, po zniszczeniu Muru, zaczynają się pierwsze ekspedycje, mające na celu zbadanie świata, od którego Lur było dotychczas odizolowane. Na nieszczęście wszystkie wyprawy kończą się klęską i zamiast dawać odpowiedzi, mnożą tylko wątpliwości i pytania.

Sytuacja określona, czas na ocenę. Przyznam się nie bez oporów, że ten tom wydawał mi się znacznie bardziej, hmm, „przegadany” niż poprzednie. Powoli jesteśmy wprowadzani w atmosferę grozy i rozpaczy, coś złego dzieje się z ziemią. Wyczuwają to Olkowie, być może maczają w tym palce Doranie, ale w gruncie rzeczy przez dobre 50% powieści autorka kładzie jedynie podwaliny pod problem, a bohaterowie, zaniepokojeni niczym mrówki w mrowisku na widok patyka, błąkają się w tą i w tamtą, nie robiąc nic konkretnego, i tylko rozmawiają, rozmawiają i… rozmawiają. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale „Utraconej magii” przydałoby się mniej dialogów. A może to tylko ja oczekuję po fantastyce więcej niż od opowieści obyczajowej z odrobiną politycznych intryg?

Drugim „nie do końca” problemem, ale ostrzeżeniem, będzie osadzenie akcji 10 lat po wydarzeniach z głównej serii. Dla nowych czytelników „Utracona magia” to potencjalnie świetna okazja na rozpoczęcie przygody z cyklem. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że nieznajomość wcześniejszych tomów „Królobójcy. Królotwórcy” nie koliduje w żaden sposób z lekturą. Zastanawiam się tylko, na ile nie będą takich odbiorców męczyć częste wspomnienia, zwłaszcza dotyczące postaci, które umarły, i rozpamiętywanie przeszłości. Wiadomo, czytelnicy wcześniej związani z Lur wzruszą się wraz z bohaterami, przypominając sobie poświęcenie członków Kręgu Olków i Gara. Zupełnie inaczej potraktują także chorobę Dorrana… ale nie jestem w pełni przekonana, czy Karen Miller nie przesadzi w drugą stronę. Na razie – po zapoznaniu z pierwszym tomem dylogii „Dzieci rybaka” – uważam, że autorka trzyma nad retrospekcjami kontrolę i ich ilość jest wystarczająca. Oby tylko tak dalej!

Mówiąc z kolei o tytułowej progeniturze, nie da się nie zauważyć, iż w świecie Lur istnieje chyba jakaś obowiązkowa wrogość między rodzeństwem. Nie ma tam ani jednego brata i siostry, którzy nie darliby kotów, tylko dlatego, że nieszczęśliwym zrządzeniem losu mają wspólną krew. Nie inaczej jest z Rafelem i Deenie, może dlatego znacznie ciekawszym wątkiem był dla mnie spór pokoleniowy. Chłopaczek odziedziczył po ojcu wszystkie najgorsze cechy charakteru. Gburowatość, zbytnią pewność siebie, choleryczność, ale też najlepsze: odwagę, ciekawość światem i – główny przedmiot rodzinnych waśni – potęgę. Przesadna niechęć do magii, którą Asher zawsze traktował jako coś obcego, owocuje w efekcie całą masą zakazów wobec utalentowanego i głodnego nauki syna, pragnącego ponad wszystko dorównać legendzie ojca. A to musi prowadzić do problemów, przyznacie?

Kiedy panowie, jako nowi protagoniści, święcą triumfy, Dathne dla odmiany całkowicie już sflaczała, kontynuując swój powolny upadek od sensownej heroiny do szablonowej roli matki i żony. Szczytem było już chyba tylko wyznanie, że „po ślubie i porodzie – już w niczym nie przypomina wcześniejszej siebie – gotowej zabić, by osiągnąć cel i której nigdy nie brakowało zdecydowania”. Trochę przykre, że z przyjaciela i równego partnera stała się dla Ashera jedynie poduszką, do której można się przytulić, jak jest źle, ale nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet jednej, pomocnej rady. Heh… Przynajmniej Deenie nie wdała się w rodzicielkę.

Zmierzając tym sposobem do podsumowania (i pomimo wcześniejszych obaw), uważam, że… jest dalej tak samo sympatycznie! (Ale jeśli czytaliście moje wcześniejsze recenzje książek pani Miller, wiecie już, że mam z nią pod tym względem problem. Jej historię irytują mnie i… wciągają jednocześnie). Przeważnie im więcej książek liczy sobie dany cykl, tym obniża się znacznie poziom historii. „Utracona magia” jest wolna od takich słabości. To solidna kontynuacja, powielająca wszystkie schematy i wątki, które działały w poprzedniej dylogii i sprawiały, że fabuła potrafiła przekłuć uwagę na dłuższy czas. Dalej jest rodzinnie, ciepło i przyjacielsko. Dużo wzruszeń, emocji, przy stosunkowo niskim poziomie agresji. Ot, coś w sam raz na odstresowanie po trudnym tygodniu. Teraz jeszcze tylko trzymam kciuki, aby akcja nabrała solidnego tempa. W końcu jest jeszcze tyle rzeczy do odkrycia za Murem. Pani Miller, nie zmarnuj, proszę, tego potencjału!

 

Korekta: Paulina KoźbiałKaren Miller, _Utracona magia_

  • Tytuł: Utracona magia
  • Tytuł oryginału: Fisherman's Children: The Prodigal Mage
  • Autor: Karen Miller
  • Tłumaczenie: Dorota Strukowska
  • Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki
  • ISBN: 978-83-62170-52-4
  • Liczba stron: 646
  • Cena: 39,90 zł
  • Data wydania: 10/2012
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: