Ignacy Karpowicz, „Sońka”

Ignacy Karpowicz, „Sońka”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 Słowiańska westalka i niemiecki Mars

W swoim najnowszym dziele Karpowicz zagrał va banque. Wojna, miłość, zakazany romans, autotematyzm, Kresy, teatr, ludowość i baśń – wszystko to znalazło się w jednej, niespełna dwustustronicowej[i] książce. Noweli, jak chcą recenzenci i krytycy (na tyle krótka i kameralna jest to fabuła), bądź powieści: obszernej interpretacyjnie, nie ograniczonej do jednego wątku. Może wygodniej byłoby używać określenia „mikropowieść”, jakby stworzonej dla „Sońki”. Albo przytępić ockhamowską brzytwę, odrzucić kwalifikacje formalne i pochylić się nad samą treścią – gęstą, mądrą, wieloznaczną i na długo zostającą w pamięci.

Życiorys tytułowej Sońki splótł Karpowicz z tragedią drugiej wojny światowej. Rozrysował zaś na tle małej ojczyzny – ale tej dzikiej, mrocznej, bliższej ziemi niczyjej i małemu piekiełku niż miejscu, do którego wraca się z sentymentem. Wątek miłosny poprowadził retrospektywnie, w ramach swoistej „ostatniej spowiedzi” Sońki – dziś szeptuchy, kiedyś nieszczęśliwej, choć w miłości do niemieckiego żołnierza szczęśliwej dziewczyny – przed młodym artystą, reżyserem Igorem Grycowskim.

Igor, wcześniej Ignacy, wyparł się swoich „wstydliwych” kresowych korzeni. Jest zblazowanym hedonistą, tylko pozornie szczęśliwym. W Królowym Stojle, wsi na przysłowiowym końcu świata, w opowieści starowinki, żyjącej z psem, kotem i krową, w starej chałupie – przedwcześnie sterany życiem artysta odnajduje utracony puls: tętno zarówno własnej egzystencji, jak i porzuconej ziemi. Życie Soni – kochanki, córki, żony, matki, lokalnej znachorki i jawnogrzesznicy – Igor czyni kanwą swojej nowej sztuki, która rozjątrza media i salony. Czytelnik zaś poznaje historię Sońki na trzech płaszczyznach: tej opowiedzianej w sztuce Igora, tej z pierwszej ręki, opowiedzianej samemu Igorowi, i wreszcie baśniowej, gdzie komentatorami losów Soni Białej, pani Królowego Stojła, są gadające zwierzęta, pies i kot. Wszystkie trzy warstwy zszyto zręcznie i z fantazją, pytanie, czy trzeba było w ogóle je łączyć.

Opowiedziana inaczej, w sposób płytszy i brzydszy, przez kogoś innego – „Sońka” mogłaby przekroczyć granicę, za którą proza wzruszająca zmienia się w łzawą i sentymentalną. Na szczęście – napisał ją Karpowicz.

Urodą słów „Sońka” stoi. Język książki jest w równym stopniu przystępny i klarowny, oddający prostotę opowiadającej swoje życie chłopki, co poetycki  i zmysłowy, idealnie ilustrujący tragiczną miłość. Można go nazwać „organicznym” – bliskim naturze, ziemi, kobiecości. Taki język pobrzmiewa m.in. u: Tokarczuk (dzikie mięso rosnące przeciwko i wbrew[ii] natychmiast wywołało u mnie noworudzkie skojarzenia z „Domem dziennym…”) czy Herty Müller („Sercątko”, pełne trawy i niedojrzałych śliwek). Niektóre fragmenty, rozlewne, potoczyste, sprawiają, że opowieść sama przepływa przez czytelnika. Inne czyta się ze ściśniętym sercem – scenom gwałtu i przemocy towarzyszy brutalny, szorstki realizm, wręcz dosadność, budująca szokujące kontrasty z czułymi metaforami. W częściach poświęconych Igorowi, gdzie autor kpi z hipokryzji artystycznych elit, słowa przybierają ostre i cyniczne, satyryczne tony. Jakości warsztatowej „Sońki” nie psuje nawet krowi placek, rozbryzgnięty niby z testu Rorschacha[iii] czy kochanie do granicy, za którą już tylko nic[iv] – czyli fragmenty o dość dwuznacznej urodzie, albo genialne, albo pretensjonalne, w zależności od gustu (lub nastroju). Słuch językowy Karpowicza to główny fundament doskonałej formy, którą tworzy też układ tekstu: między zwartymi akapitami pozostawiono niezadrukowaną, wymownie milczącą pustkę. Akapitem zaś mogą być ledwo dwa słowa – boleśnie celne, jak sztych szermierza.

„Sońka” boli.

Niełatwa to proza, niewdzięcząca się, wymagająca skupienia. Nie czyta się Sońki szybko. Niby niecałe dwieście stron, a potrzeba dłuższych pauz i oddechów. Jest wielka miłość, jest i wielki dramat. Są wielkie wydarzenia, spadające na Królowe Stojło niczym grom. Mieszkańcy mówią pa prostu i żyją swoimi sprawami. Cudza wojna do nich nie należy. Namiętności Sońki rozsadzają ten zapomniany przez Boga spłachetek ziemi od środka. Zakazana –  bo z obcym, bo z Niemcem, bo nie pobłogosławiona przez ojca, popa i sąsiadów – miłość Sońki jak reflektor oświetla duszny, mroczny grajdoł, w którym diabłami tak gęsto nasadzone, że wielbłąd nie przeciśnie się do raju.[v] Grzech („grzech”?) Sońki obnaża te właściwe: grubiaństwo, znieczulicę, folgowanie rzekomo mniejszemu złu, karmienie się krzywdzącą plotką, jak pikantną strawą, wreszcie przemoc i twardą, ponurą, chłopską żądzę zemsty. Trzeba wielkiej odwagi, bezczelności, szaleństwa, amputacji zdrowego rozsądku, by kochać tak, jak kochała Sońka. Trzeba czystości, niewinności, ogromnego serca, choć w zbrukanym, gwałconym i bitym ciele – by znieść, co ona zniosła. Współczujemy jej, choć jest kobietą fatalną: pociąga w śmierć i historyczny niebyt i tych, których miłuje, i tych, których nienawidzi. Ten fatalizm Sońki widać zwłaszcza na metaforycznej płaszczyźnie książki.

Sonia Biała, ta baśniowa, z zastępem dzielnych psich rycerzy o imieniu Borbus (od Borbusa Pierwszego po Borbus Dwunastą), z dzielnym giermkiem-kotem Jozikiem, Pasterzem Myszy – to pani na włościach, mądra i szlachetna westalka, podtrzymująca czarny ogień[vi], pradawna bogini łącząca miłość i śmierć. Miłość Sońki oczyszcza i uwzniośla prostą wieśniaczkę, dając jej mądrość i siłę boginki. Niesie jednak śmierć. Karpowicz tą sylwetką ucieleśnia samą kobiecość. Sonia młoda, dojrzała, stara, młodniejąca ponownie wraz z opowieścią – stanowi przepiękny portret kobiety jako takiej. Nie tylko tej zakochanej w Joachimie. Niejednoznaczna relacja Sońki z mężem, który nie może zastąpić kochanka – pokazuje jej postać nawet piękniej niż sam „zakazany romans”. Już sama bohaterka wystarczyłaby do zbudowania poruszającej fabuły z wojną w tle, gdzie słowa słowami, a zabici pozostają zabitymi[vii] – wszelkie „historyczne racje” nie zetrą wylanej krwi, nie zwyciężą uczuć, a dla mówiących pa naszamu, ludzi z krańca ziemi, pozostaną nieprzyswajalne.

Karpowicz jednak poszedł o krok dalej; nie poprzestał na samej fabule, lecz podjął z nią autotematyczną, ironiczną polemikę. Wprowadzając wątek teatralny Igora-Ignacego, zdystansował się od „Sońki”, odjął wagi i tak ciężkiej, chwytającej za gardło historii. Odkreślił się od krytyków i czytelników, którzy, niczym recenzenci sztuki Igora, mogliby na siłę wpisywać autora w modne bądź utrwalone od lat paradygmaty i narracje. Kto gra w historię, kończy jako „prawicowy”, „lewicowy”, „obrazoburczy” lub „zachowawczy”, rozliczający się przedwcześnie bądź zbyt późno. Nie rozliczający się, jak należy (czyli też źle). W te koleiny wprasowuje się autora nawet wtedy, gdy książka jest względnie udana sama w sobie. Jak bardzo musi być udana, by je ominąć? Czy w ogóle może mówić sama przez się, siłą czystej opowieści?

Być może Karpowicz chciał udowodnić, że nie tylko może, ale i powinna. I stąd baśniowy rys, kot, pies, przeplatanie się opowieści Sońki i scen ze spektaklu „Królowe Stojło”, na którym recenzenci wieszają wpierw psy, by później piać z zachwytu. Jakby przewidując, że „Sońka”, utwór o „zaledwie” ludzkim losie, stanie się dla wielu manifestacją poglądów – pisarz wkomponował w całość groteskę, satyrę, zjadliwy humor. Celowo utrudnił czytelnikom odbiór tej opowieści, kresowej historii miłosnej, w której złotowłosa Sonia i kochanek-esesman są mocno stereotypowi: krasna wieśniaczka i piękny nordycki młodzian. W której sama Sonia mówi: Heta wsio ni majo, zusim[viii], a czytelnik może się pogubić i zapytać: gdzie prawda, gdzie maniera? Co jest wzruszeniem prawdziwym, a co egzaltacją? I czym w istocie się wzruszamy: losem Sońki jako takim, czy wpisanym w tragedię wojenną? Krzywdzi człowiek, ale to historia jest zawsze przeciwko ludziom, a zwłaszcza kobietom[ix].

Odrealniając „Sońkę”, zaciemniając jej interpretację, a także postać i intencje samego Igora (do końca cyniczny czy zmieniony pobytem w Królowym Stojle?) – Karpowicz poniekąd uwyraźnił głos samej Soni, zarazem jednak wpadł we własne sidła. Niejako broniąc się przed etykietowaniem, dodał „Sońce” zbędne zupełnie konteksty. Zapachniało słynnym „szukaniem tożsamości”, choć mogło być tylko (i aż!) o zwykłej-niezwykłej, pięknym językiem opisanej miłości. Ponadto, wśród różnych światopoglądów, reprezentowanych przez jego bohaterów, pisarz znalazł wyłącznie te skrajne, rozmodlone i pieniackie, nie wahając się też przed czarnobiałymi kontrastami. Wybieleni (we własnych oczach), „wykrochmaleni” katolicy kontrastują z „wybrakowanymi” (w oczach katolików), zepchniętymi (podobno) w cień prawosławnymi, a narwane feministki z zaperzoną prawicą. Chcąc z tych przejaskrawień robić autorowi zarzut, stawiamy się wśród nieprzychylnych, karykaturalnych recenzentów „Królowego Stojła”. Sprytny haczyk, prawda? Pytanie, czy haczyków „Sońka” potrzebowała? Może bardziej niż cierpki, satyryczny szlif posłużyłaby jej delikatność i prostota? Tylko czy wtedy można by było jeszcze przy Sońce oddychać? A może stałoby się to, czego język mikropowieści nie mógłby już oddalić: dryf w stronę banału?

Cóż, to autor pisze. Czytelnik czyta. Jakkolwiek nie wszystkie akrobacje Karpowicza mogą się w „Sońce” podobać, to wciąż doskonała proza. Taka, którą można czytać z przyjemnością, choć z ciężkim sercem. Taka, którą czytać się powinno.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir


[i]
                 Mowa tu o stronach wypełnionych faktyczną treścią powieści, nie ich całkowitej liczbie.

[ii]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 136

[iii]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 9

[iv]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 49

[v]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 37

[vi]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 44

[vii]             Cyt. z recenzowanej książki, str. 48

[viii]            Cyt. z recenzowanej książki, str. 197

[ix]              Cyt. z recenzowanej książki, str. 160

sonka-b-iext24961188

  • Autor: Ignacy Karpowicz
  • Tytuł: Sońka
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
  • Gatunek: proza obyczajowa/społeczna, proza współczesna, realizm magiczny
  • ISBN: 978-83-08-05353-9
  • Data wydania: 21 maja 2014
  • Wymiary: 120x207
  • Oprawa: twarda
  • Liczba stron: 208

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: