Guy Gavriel Kay, „Fionavarski Gobelin”

Guy Gavriel Kay, „Fionavarski Gobelin”


Autor: Łukasz Szatkowski

Kiedy wędrujący ogień

Uderzy w serce kamienia

Czy podążysz?

Czy porzucisz swój dom?

Czy porzucisz swe życie?

Czy wstąpisz na Najdłuższą Drogę?

Opasłe omnibusy to właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. A co zasługuje na to miano, jeśli nie liczące sobie ponad tysiąc trzysta stron wydanie „Fionavarskiego Gobelinu” Guya Gavriela Kaya w twardej oprawie? Poza objętością książki, w skład której weszły wszystkie trzy tomy fionavarskiego cyklu napisane w latach 80., do zapoznania się z tą historią skłoniło mnie nazwisko autora, na którego twórczość chętkę miałem już od dawna, ale jakoś w natłoku lektur do tej pory nie udało mi się przekłuć ochoty w czyn.

Cóż za niedopatrzenie, prawda? Jednak lepiej późno niż wcale, na szczęście dla mnie i wszystkich mi podobnych wydawnictwo Zysk i S-ka zdecydowało się na ponowne, omnibusowe jak już wspomniałem, wydanie monumentalnego dzieła Kaya. Mam nadzieję, że wkrótce zostaną wznowione kolejne, już się nie mogę doczekać! Tymczasem porzućcie choć na chwilę swe życie i wstąpcie wraz ze mną na Najdłuższą Drogę.

Każdy, kto uważa, że nie warto chodzić na wykłady, powinien następnym razem porządnie się zastanowić. To bowiem od wykładu zaczęła się fantastyczna przygoda pięciorga studentów. Wykładowca okazał się magiem, a jego niski towarzysz królem krasnoludów, którzy uparli się, by właśnie ta konkretna piątka uświetniła obchody pięćdziesięciolecia panowania króla Ailella w odległym Fionavarze – alternatywnym świecie. Dzień jak co dzień. Jednak nasi studenci nie zdają sobie sprawy, że czeka ich coś więcej niż dwutygodniowe wakacje w świecie rodem z baśni. Jest wojna do wygrania i pradawne zło do pokonania, a nici całej piątki zostały już wplecione w Gobelin, w dodatku w strategicznych, mocno eksponowanych, a przez to średnio bezpiecznych miejscach. Czy podołają zadaniu? A może czeka ich tam tylko cierpienie i śmierć?

Cierpienie przeżywałem, owszem, przez pierwsze około dwieście stron. Otwarcie historii uważam za słabe (bohaterowie niemal bez zastrzeżeń od początku wierzą, że starszy pan to czarodziej, a jego niski kolega to krasnolud), wprowadzenie we Fionavar również. Naprawdę rozumiem, że nie zaczyna się od razu z grubej rury, trzeba zafundować zarówno czytelnikom jak i bohaterom mały tutorial, dać im trochę okrzepnąć w nowych realiach, ale w pierwszej połowie pierwszego tomu nie dzieje się niemal zupełnie nic ciekawego. Czytałem niedawno średniawą młodzieżówkę Brandona Mulla i właśnie z nią miałem przez ten pierwszy okres skojarzenia, co jest niezbyt pochlebne dla Kaya. Perspektywa przedzierania się przez tysiąc trzysta stron takich nic nieznaczących pierdół trochę mnie przerażała. Na szczęście po tym pierwszym nieudanym fragmencie „Fionavarski Gobelin” w końcu zszedł z wstecznego i zaczął bardzo szybko wrzucać kolejne biegi, by przez większość książki śmigać na najwyższych obrotach. Zdecydowanie warto się przemęczyć, autor wynagradza później tę przeprawę z nawiązką.

Zanim wrócimy do spraw fabularnych, warto przyjrzeć się samemu Fionavarowi. Kay czerpie garściami z różnych źródeł. Sam pomysł na pierwszy, najstarszy świat, który ma pewien wpływ na wszystkie pozostałe (w tym Ziemię, która nie leży w centrum wszechrzeczy), musi przywodzić na myśl „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego. Taka konstrukcja wyjaśnia też wyraźne naleciałości religijne, mitologiczne i kulturowe doskonale nam znane z naszego świata, choć zarazem odpowiednio przemodelowane – na Ziemię, jako podświat, przenikają najwidoczniej pewne schematy, domyślać się można, że na pozostałe światy również. Letnie Drzewo, do którego przybity zostaje na trzy noce jeden z bohaterów, to wyraźne nawiązanie do Yggdrasil – drzewa, do którego przybił się Odyn; w powieści przewija się również para kruków Pamięć i Myśl, a więc Hugin i Munin, które latały po świecie i przynosiły Odynowi wieści. Poza wyraźnie nordyckimi nawiązaniami mamy także chociażby motyw Dzikich Łowów z mitologii ludowej, znany w całej północnej Europie. Wykorzystał go również Andrzej Sapkowski, użył tylko innej nazwy – Dziki Gon. Jest i bardzo popularny i lubiany przez autorów fantasy mit arturiański – Kay wprowadza go dopiero w drugim tomie, za to bardzo eksponuje i eksploatuje do samego końca. Funkcjonuje tu ponadto cały panteon większych i mniejszych bogów, a także andainowie – dzieci poczęte ze związku boga ze śmiertelnikiem. Z takiej kulturowej mieszanki i licznych nawiązań, których podałem tylko nieliczne przykłady, składa się właśnie Fionavar. Można by się tylko zastanawiać, dlaczego najstarszy i najważniejszy ze światów wciąż tkwi w epoce quasi-średniowiecza, ale przecież nie będziemy się czepiać.

„Fionavarski Gobelin” to cykl cholernie smutny, choć oczywiście wszystko dobrze się kończy. Niemniej każde zwycięstwo okupione jest znaczną stratą, a często dla większego dobra trzeba posłużyć się mniejszym złem. Mniejszym tylko w skali globalnej, bowiem dla konkretnych jednostek i społeczności, których to zło dotyczy, staje się prawdziwą tragedią. Niewiele tu radosnych chwil czy triumfalnych momentów, które nie były by zaprawione goryczą, i to bynajmniej nie nutką. Owszem, wygraliśmy, super i w ogóle, ale co z tego, skoro jedna z moich ulubionych postaci zginęła? Autor podkreśla tę prawdę wielokrotnie zarówno wydarzeniami, jak i zgorzkniałymi przemyśleniami bohaterów. Mimo wszystko zachowuje umiar, w przeciwieństwie chociażby do pewnego pana o nazwisku Martin.

Mógłbym tak pisać jeszcze długo, bo jest o czym, ale chyba najwyższy czas kończyć i podsumowywać wywód. „Fionavarski Gobelin” Guya Gavriela Kaya to absolutnie piękna, zarysowana z prawdziwym rozmachem opowieść. Jeśli podobnie jak mnie nie porwą Was pierwsze fragmenty, a macie w zwyczaju nie dokańczać książek – nie róbcie tego, na bogów! Wstrzymajcie się chociaż do rozwinięcia wątku Dave’a i ludu Dalrei, to właśnie od niego zaczyna się tkanie tego cudownego Gobelinu, to ta nić dostarczyła mi największych wzruszeń, radości i satysfakcji. No i jest mój ulubiony, tak popularny, że wręcz nieodzowny motyw chłopca, nawet w kilku odmianach. Świetny cykl, blurbowe zachwyty Marion Zimmer Bradley i Andre Norton w zupełności uzasadnione. To jedna z najlepszych klasycyzujących fantasy, jakie miałem przyjemność czytać. Naprawdę jasno utkane.

 

 

Korekta: Iga Pączekfionavarski_gobelin_qfant

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: