Grzegorz Gortat, „Miasteczko Ostatnich Westchnień”

Grzegorz Gortat, „Miasteczko Ostatnich Westchnień”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Miasteczko Ostatnich Westchnień jest przedsionkiem, w którym zmarłe zwierzęta przygotowują się do przejścia na drugą stronę. Coś jednak zaburza ich spokojną egzystencję – nad Rzeką nieoczekiwanie pojawia się człowiek. Dziecko. W dodatku żywe. Zwierzęta muszą zdecydować, co począć; na ich barki spada niełatwe zadanie wychowania chłopca. W końcu nadchodzi czas, gdy malec zaczyna interesować się swoją innością. W poszukiwaniu tożsamości przyjdzie mu wyruszyć na drugą stronę Rzeki – z powrotem do ludzi.

                To co jest najlepsze w powieści dla dzieci „Miasteczko Ostatnich Westchnień” Grzegorza Gortata, to właśnie opisany wyżej początek. Stanowi on jakby połączenie „Księgi Dżungli” Kiplinga i „Księgi cmentarnej” Gaimana (która też zresztą czerpała z tej pierwszej). Mamy dziecko wychowane przez martwe zwierzęta. Każde z tych zwierząt ma swoją straszną historię dręczenia przez ludzi. Całkiem dobre połączenie edukacyjnej funkcji uwrażliwiającej dzieci na trudne niekiedy życie naszych pupili z dobrze zapowiadającą się, ciekawą historią. Tak sobie myślałem.

                Niestety wraz z przekroczeniem Rzeki uwidacznia się wyraźnie, że to właśnie zwierzęta są w tej książce najważniejsze, nie stanowią tylko dodatku, ale okazują się zbiorowym głównym bohaterem. Detronizują chłopca obdarzonego szorstkim w brzmieniu imieniem Grakch (czyżby fascynacja reformą Grakchów z okresu starożytnego Rzymu?), który przestaje być istotny, nie ma już nic do zagrania w tej książce. W ogóle zresztą fabuła się zwija i zasadniczo ciężko o niej cokolwiek powiedzieć, gdyż większość akcji odbywa się w piwnicy, a wszelkie wydarzenia są tylko relacjonowane. Coś się dzieje, ale nie wiadomo co, jakaś powódź, jakieś zamieszki, ale z jakiej przyczyny i w jakim celu?

                Autor próbował podać dziecięcemu czytelnikowi coś więcej niż tylko poprawnie polityczną papkę, bo jest też w niej przedstawione sporo raczej niewysublimowanego okrucieństwa. Ponadto poruszono istotny problem, i to w dość poważny sposób. Ale książka musi przede wszystkim bronić się ciekawą historią, a tego w „Miasteczku…” zabrakło. Gortat wiedział, co chce przekazać, ale zabrakło mu pomysłu na to, jak to zrobić. No i wyszło, co wyszło – pogadanka o humanitarnym traktowaniu zwierząt nieudolnie opakowana w sztampową, symboliczną historię o niczym, toczącą się w nijakim, pozbawionym głębi, papierowym świecie.

                Oczywiście to nie ja jestem targetem dla książki Gortata, ale sądzę, że również dzieci zasługują na zdecydowanie poważniejsze traktowanie, co powinno przejawiać się bardziej dopracowanymi opowieściami. „Miasteczko…” miało potencjał, a ponadto zostało bardzo ładnie wydane ­– zarówno okładka i ilustracje, jak i całe wnętrze sprawiają naprawdę sympatyczne wrażenie (poza wiszącymi paginami na stronach szpicowych – skład się nie popisał), aż chce się czytać. Szkoda zatem, że zawiązanie fabuły i jej finał pozostawiają tak wiele do życzenia.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

miasteczko-qfant

  • wydawnictwo EZOP Agencja Edytorska
  • data wydania
  • 28 kwietnia 2014
  • ISBN
  • 9788389133946
  • liczba stron 170
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: