David Mitchell, „Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta”

David Mitchell, „Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta”


Recenzowała: Lucyna Markowska

Tak to niekiedy w życiu bywa, że na pewnym etapie musimy ostrożniej wybierać to, co czytamy. Brak czasu sprawia, że nasza lista lektur bywa mniejsza od pierwotnych założeń, więc ilekroć trafimy na pozycję słabą, czujemy się oszukani. Nie chodzi nawet o zmarnowane pieniądze, ale dobijającą myśl, że mogliśmy zamiast tego czy tamtego gniota poczytać coś wartościowego. Dlatego ilekroć widzę ponad 600 stronnicową powieść, serce na moment zamiera. Zaczynać, nie zaczynać? Warto, nie warto? Czy autor jest w stanie opowiedzieć tak długą historię i nie spartaczyć? Wychodzi na to, że czasami po prostu należy zaryzykować, bo gdybym się zawahała, nigdy nie poznałabym jednej z najciekawszych powieści tegoż roku.

O Davidzie Mitchellu wiedziałam tylko, że jest to człowiek wielokrotnie już nagradzany i odpowiedzialny za powstanie znanego skądinąd „Atlasu Chmur” (który widziałam w kinie i uznałam za sympatyczny, ale nieszczególnie powalający). Nie nastawiałam się zatem na lekturę wciągającą, ot, co najwyżej przyjemną. Zwłaszcza po zapoznaniu z miejscem akcji. XVIII-wieczna Japonia? A co my, gaijini, wiemy o Japonii? Szykowałam się na kolejną próbę żałosnego przedstawienia Orientu, które z nielicznymi wyjątkami zawsze kończyły się niepowodzeniem. „Ha! Był pewnie facet na wycieczce i zachciało mu się powieść pisać”. Uzbrojona w pełen politowania uśmiech i bezsprzeczną opinie, że Człowiek Zachodu nigdy „nie poczuje” Azji i vice versa, byłam nastawiona na właśnie takie kulawe wrażenia z podróży, naprędce sklejone w jakąś fabułę. A potem odkryłam, że nie mogę się oderwać… i trza było posypać głowę popiołem.

Zacznijmy od tego, że „Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta”, wbrew tytułowi, posiada bohatera zbiorowego i Jacob aż tak istotny znowu nie jest (a przynajmniej przez długi czas). W kilku rozdziałach poznajemy losy najważniejszych postaci z bardzo różnego etnicznie grona: najczęściej Japończyków i Holendrów. A chociaż powieść podzielono na pięć części, dwie ostatnie to jedynie podsumowanie, podczas gdy trzy pierwsze utrzymano w duchu zupełnie odmiennych konwencji.

Początek historii „Oblubienica, dla której tańczymy” kolejno zapoznaje nas z bohaterami i wprowadza w sytuacje. Holenderska Kampania Wschodnio-Indyjska próbuje wywalczyć sobie większe prawa na wyspie Dejima, jedynym obszarze przeznaczonym dla obcokrajowców. Dla kupców sytuacja jest wyjątkowo ciężka. Muszą borykać się z trudnościami językowymi, kradzieżami, ksenofobią i rywalizacją we własnych szeregach. Jacob de Zoet, spostrzegawczy urzędnik, przyłącza się do snutych spisków w nadziei na awans. Pragnie potem powrócić do domu, zyskać uznanie teścia i rękę pięknej Anny. Wkrótce jednak tęsknota za rodzinnymi stronami przeradza się w obsesję na punkcie córki samuraja – Aibagawa Orito, położnej praktykującą zachodnią medycynę. Jeśli w tym miejscu spodziewaliście się powieści romantycznej… nic bardziej mylnego. Pierwszą część w całości dominują momenty humorystyczne. To właśnie tutaj autor zwraca uwagę na najwięcej zwyczajów i tradycji nieprzetłumaczalnych, gdzie obie strony bezskutecznie próbują zrozumieć własne dziwactwa. Muszę przyznać, że znajomość japońskiej kultury, gestykulacji czy zawiłości języka autor przedstawił z porażającą wiarygodnością kogoś, kto długie lata musiał spędzić w Kraju Kwitnącej Wiśni. Raz po raz wybuchałam serdecznym śmiechem, a niektóre sceny były tak zabawne, że aż człowiek musiał się nimi „z kimś podzielić”.

Po zupełnie rozrywkowej i lekkiej historii następuje część druga: „Górska Twierdza”, którą w skrócie można by określić opowieścią o kobiecym dramacie. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły: żeńskie bohaterki zostają siłą uwięzione w zakonie dla kobiet w jakiś sposób oszpeconych, „dziwadeł” i byłych prostytutek, które zamiast cieszyć się opieką i spokojem, są zmuszone rodzić mnichom dzieci. Obrzydliwa sekta posiada tajemnicze dogmaty, za sprawą których, jak wierzy, uwolni się od śmierci. Ogrom cierpienia i upokorzenia uwięzionych kobiet nie dominuje jednak powieści. Na pierwszy plan wybija się konwencja detektywistyczna (Aibagawa Orito usiłuje poznać prawdę o zakonie) i romantyczna (samuraj Ogawa pragnie uratować ukochaną). Jest to chyba zarazem najbardziej „japoński” fragment, gdzie zostajemy przeniesieni do życia wewnątrz azjatyckich świąt, rezydencji wojowników i chłopskich chat. Trzymający w napięciu do ostatniej chwili…

Wreszcie część trzecia, „Mistrz gry w go”, koncentruje się na brytyjskim spisku w celu przejęcia holenderskich wpływów w Japonii. Jakub zostaje zmuszony podjąć wiele ryzykownych decyzji, by ocalić siebie, zyskać przychylność sędziego i móc przedstawić dowody straszliwej zbrodni. W tym rozdziale nie ma już miejsca na żarty: najbardziej przypomina on powieść historyczną. Dochodzi do otwartej groźby wojny, a o losie bohaterów zadecyduje fakt, czy odnajdą się w toczonych intrygach. Tytułowa partia go stanowi doskonały punkt kulminacyjny powieści, na której wynik czekamy z zapartym tchem.

„Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta” to jedna z najciekawszych powieści w „azjatyckim klimacie”, którą śmiało dołączam do mojej prywatnej listy. Napisana z ogromnym talentem, wiedzą, która wprost wylewa się z kart powieści, i doskonałym literackich kunsztem. Żaden z bohaterów nie jest płaski, a protagonistki w niczym nie ustępują męskim bohaterom: są równie silne, zaradne i pomysłowe. Wreszcie samo miejsce akcji jest bardzo malownicze i niepowtarzalne. W powieści nie brakuje opisów brutalnej rzeczywiści: i tej japońskiej, i bliższej, naszej – jak chociażby historia Yayoi, dziewczynki o lisich uszach. Nie zetkniemy się więc z naiwnością świata przedstawionego, a bohaterów nie otacza niewidzialna ochrona autora. Cierpienie i radość mieszają się w idealnych proporcjach, wzbudzając wzruszenie i wesołość na przemian, przez co wiemy, że mamy do czynienia z powieścią dojrzałą, która nie mami nas różowymi iluzjami. Mój jedyny zarzut dotyczyć mógłby w zasadzie maniery autora pisania w czasie teraźniejszym, ale dość szybko udało mi się do niej przyzwyczaić. Powieść „Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta” zdecydowanie zasłużyła sobie na liczne nagrody, a do jej przeczytania gorąco zachęcam. Jest to bowiem przemyślana historia, o której z pewnością nie pomyślicie, że była stratą czasu.

 

Korekta: Aleksandra ŻurekTysiac_jesieni_qfant

  • Tytuł: Tysiąc Jesieni Jacoba de Zoeta
  • Tytuł oryginału: The Thousand Autumns of Jacob de Zoet
  • Autor: David Mitchell
  • Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
  • Wydawca: Wydawnictwo Mag
  • ISBN: 978-83-7480-399-1
  • Liczba stron: 620
  • Format: 135x202
  • Cena: 45 zł
  • Data wydania: 2013
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: