Christian Eisert, „Tydzień w Korei Północnej”

Christian Eisert, „Tydzień w Korei Północnej”


Recenzowała: Lucyna Markowska

Ostatnio bardzo rzadko czytam książki „w biegu”. Czy też jak kto woli: w tramwaju, autobusie, samochodzie – pomiędzy jednym puntem podróży a drugim. Przede wszystkim dlatego, że lubię tę chwilę prywatności z lekturą, którą tłum innych podróżnych, hałas czy odciągające uwagę widoki najzwyczajniej psują. Tym razem jednak byłam zmuszona przez życie trochę „nadrobić zaległości”, zdarzyło się więc, że książka Christiana Eiserta towarzyszyła mi w drodze i z hipnotyzującą mocą jej czerwona okładka przyciągała spojrzenia gapiów. Oczywiście, nie tylko kolor zawinił. Bo jakże tutaj nie popatrzeć chociaż chwilę na wykrzywione lico faceta wyrwanego żywcem z teledysku „Gangnam Style”? Potem jednak wystarczy zerknąć na tytuł i nadchodzi myślowa korekta. Bo o ile pochodzenie artysty i tej tajemniczej postaci się zgadza: oboje są Koreańczykami, to jednak nie o ustylizowanego Parka Jae-Sanga tym razem chodzi. Kim Dzong Un od 2011 r. nosi tytuł Najwyższego Przywódcy Korei Północnej, a jak naprawdę zmienił się kraj od czasu jego rządów, miałam nadzieję wkrótce się dowiedzieć.

Autor publikacji, Christian Eisert, zaczyna swoją przygodę z wycieczką do Korei od wspomnienia „tęczowej zjeżdżalni” z dzieciństwa, którą postanawia odnaleźć. Po raz pierwszy ujrzał ją bowiem w kinie Sojuz, gdzie była przedstawiona na filmie jako prezent od Wielkiego Przywódcy Kima Ir Sena dla koreańskich dzieciaków. Chcąc zatem po części zrealizować swój kaprys, a po części wziąć udział w przygodzie, niemiecki satyryk decyduje się na wyprawę życia. Podszywając się pod nauczyciela dla aktorów (w obawie by nie zostać wziętym za dziennikarza, którzy są w Korei bezlitośnie tępieni), zabiera ze sobą wietnamską przyjaciółkę i fotoreporterkę Thanh, aby wspólnie zobaczyć, ile w koreańskim absurdzie skrywa się prawdy. W efekcie przez sześć dni (pod czujną asystą Pana Ryma i Pana Chunga) zwiedzają najważniejsze punkty turystyczne, cały czas obserwowani i kontrolowani, pouczani, gdzie wolno zdjęcia robić, i co oglądać, by kraj przedstawić jak najlepiej i absolutnie nie zobaczyć niczego, co zakazane.

Z jednej strony mamy więc doskonałą okazję zapoznać się z licznymi informacjami o koreańskiej tradycji. Dowiadujemy się o tajemnicach samego języka, wydarzeniach historycznych – i tych starszych, i tych najnowszych, od bombowego ataku Amerykanów na przewrotach na najwyższych szczeblach władzy. Pomimo swojej, zdawać by się mogło, oficjalnej funkcji Pan Rym i Pan Chung stają bowiem na głowach, aby odpowiedzieć turystom nawet na najdziwniejsze i najtrudniejsze pytania: „jakie dźwięki wydaje koreański pies?”, „dlaczego w Korei nie robi się prawa jazdy?”, „skąd wzięły się autostrady bez samochodów?”, „dlaczego nie wolno oglądać szkół?” (z mnichami, ale tak jakby bez). Christian Eisert uzupełnia zaś wszystkie ich odpowiedzi faktami historycznymi, które pozwalają odbiorcom poznać prawdę, ukrytą pod grubą warstwą strachu i propagandy.

Z drugiej strony lektura „Tygodnia w Korei Północnej” przypomniała mi pracę kury, która musi się nakopać i namęczyć, aby (w nie zawsze świeżej ziemi) wygrzebać wreszcie tego soczystego robaczka. Za główną przyczynę takiego stanu rzeczy odpowiadali sami bohaterowie. Niejednokrotnie uważny czytelnik zauważy, iż prowokują oni sytuacje niebezpieczne czy zachowują się z typowo „biało-imperialistyczną” wyższością i beztroską. Trudno było nie skrzywić się na zapewnienie Thanh, że osobiście nigdy nie pokłoniłaby się dyktatorowi, wiedząc, że za moment kobieta spakuje walizki i wróci do swojej [sic!] niemieckiej oraz bezpiecznej ojczyzny. (Jako dziewczynka została adoptowana i zabrana z Wietnamu do krajów Zachodu). Jednak mieszkańcy Korei nie mają takiego luksusu. Są mordowani z najdrobniejszych powodów (jak podaje sam Eiserst – wystarczy posiadanie Biblii), więc postawienie się w ich sytuacji wymaga jednak nieco więcej empatii i wyczucia. Jak nie ma się spluwy przy skroni, łatwo mówić, co by się zrobiło, a czego nie. Stąd powtarzanie raz po raz z oburzeniem pytania „Czy oni nie widzą tego absurdu?!” jest zwyczajnie śmieszne… bo nawet jeśli widzą, to co? Na to jednak Thanh nie udziela już odpowiedzi i nie zapowiada się, by miała stanąć na czele jakiejkolwiek rewolucji… W efekcie jako czytelnikowi żal mi było Pana Ryma i Chunga, których butne zachowanie rozwrzeszczanych wycieczkowców narażało pewnie na poważne konsekwencje (obozy pracy i egzekucje są przecież dla nich brutalną rzeczywistością). A czy byli czemukolwiek winni? Co w zasadzie chciano tu udowodnić?

Pomimo powyższych zastrzeżeń, „Tydzień w Korei Północnej” to wciąż lektura wyjątkowa, gdyż jak zauważa sam autor: „przy całej manii wielkości i nędzy, przy całym strachu i brutalności, ludzie w Korei Północnej żyją, kochają się i śmieją”. Korea bowiem to kraj wspaniałej tradycji i historii, kraj, który ma prawo być dumny ze swojej kultury oraz bogatej przeszłości, ale jednocześnie kraj bardzo smutny, zniszczony, ranny, a przez długi czas przez resztę świata albo zostawiany samemu sobie, albo okrutnie wyzyskiwany. Dzięki „Tygodniu w Korei Północnej” będziecie mogli przekonać się o tym sami za sprawą naprawdę bogatych opisów i szerokiego dostępu do informacji. Jednak dla prawdziwie owocnej lektury pamiętajcie tylko, by nie wyrzekać się swojej obiektywności oraz dostrzegać więcej niż najłatwiejsze w ocenie czerń i biel. Przy „Tygodniu w Korei…” będziecie mogli się serdecznie pośmiać. Często jednak tam, gdzie kończy się radość jednych, zaczynają się łzy drugich ludzi… Dlatego tym razem gorąco zachęcam do nie rozrywkowej, ale refleksyjnej lektury.

Korekta: Katarzyna Tatomir

Tytuł: Christian EisertDrukowanie
Tytuł oryginału: Kim & Struppi Ferien in Nordkorea
Autor: Christian Eisert
Tłumaczenie: Bartosz Nowacki
Wydawca: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
ISBN: 978-83-8069-006-6
Liczba stron: 374
Format: 134mm x 206mm
Cena: 36 zł
Data wydania: 2015

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: