China Miéville, „Toromorze”

China Miéville, „Toromorze”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Proza Chiny Miéville’a charakteryzuje się przede wszystkim oryginalnością pomysłu na kreację świata i zamieszkujących go istot. Brytyjczyk tworzy bardzo specyficzne uniwersa o własnym, egzotycznym i mocnym smaku i zapachu, które często nie przypominają niczego innego. Wprowadzają tym samym czytelnika na zupełnie nowe myślowe tory, zachwycają, skłaniają do przemyśleń i na długo pozostają w pamięci. Przy „Toromorzu” jest podobnie, ale, jak się okazuje, niekiedy za pomysłem na świat nie idzie odpowiadająca mu poziomem fabuła. Wzbudza to tym większe rozczarowanie.

Sham, świeżo upieczony pomocnik lekarza, wyrusza na toromorze na swoją pierwszą wyprawę na kretowniku – pociągu specjalizującym się w polowaniu na wielkie krety. Młodzieniec, początkowo zauroczony nowymi doświadczeniami, odkrywa w napotkanym po drodze wraku pociągu tajemnicze zdjęcia, które obudzą w nim zdecydowanie większe podróżnicze ambicje niż te, które można realizować na kretowniku, a także wpędzą go w poważne kłopoty. Posługując się zdjęciami jak mapą, wyrusza na kraniec znanego świata, ścigany przez piratów i cały szereg innych chciwych amatorów mitycznych bogactw. Czy istnieje coś poza toromorzem?

„Toromorze” łączy historię alternatywną z klimatami postapokaliptycznymi. Początkowo obraz świata wygląda na spowodowany mniej lub bardziej przypadkową interwencją kosmitów, co dodatkowo sugerują nawiązania do „Pikniku na skraju drogi” Strugackich, lecz ostatecznie wychodzi chyba jednak na to, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. W ogóle „Toromorze” jest pełne wszelkich literackich i pozaliterackich nawiązań i skojarzeń – w blurbie przywołuje się „Moby Dicka” i „Diunę”, ja miałem skojarzenia m.in. ze „Złomiarzem” Bacigalupiego i filmem „Wodny świat” z Costnerem w roli głównej.

Miéville łączy to wszystko do kupy, a z tego konglomeratu powstaje coś bardzo oryginalnego – suche, ziemne morze (gdyby napisał to Polak, doszukiwałbym się jeszcze nawiązań do Mickiewicza – „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”) pełne zmutowanych przez zanieczyszczenia zwierząt, przeorane setkami i tysiącami szyn, niczym w narkotycznym śnie szalonego kolejarza. Po tych torach poruszają się oczywiście pociągi, lecz nazewnictwo i cała specyficzna subkultura panująca na nich i wokół nich do złudzenia przypomina te ze statków czy okrętów. Mamy więc pociągi pirackie, niewolnicze galery, kretowniki (nawiązujące do wielorybników), pociągi wojenne i awanturnicze; nie tylko metalowe, ale i drewniane; napędzane zarówno paliwem, jak i wiatrem czy siłą ludzkich rąk. Początkowo z pobłażaniem patrzymy na ludzi niemal zabobonnie obawiających się stanąć na nagiej ziemi – do czasu, aż ich strachy okazują się zupełnie uzasadnione. Wprawdzie nie grozi nam utonięcie w ziemi (zazwyczaj), jednak o ile na morzu rekiny czają się na nas jedynie w niektórych miejscach, o tyle postawienie stopy gdziekolwiek na toromorzu grozi jej odgryzieniem w ciągu kilku sekund.

Niestety, abstrahując od tego wszystkiego, fabuła powieści Brytyjczyka ma liczne dziury i niedociągnięcia, nie wspominając już o tym, że skonstruowana jest zupełnie bez polotu. Czasowe zgranie poszczególnych wątków jest zupełnie nieprawdopodobne i wymagałoby chyba zagięcia czasoprzestrzeni. Droga, którą supernowoczesny pociąg pokonuje w bardzo długim czasie, a kończy z uszkodzeniami uniemożliwiającymi dalszą jazdę, dla zwykłego kretownika okazuje się być spacerkiem ledwo w książce wspomnianym. Można by tak mnożyć nieścisłości i wtopy. Czuję zachwyt, kiedy podczas lektury wszystkie wątki idealnie się splatają i zazębiają, a wszystko jest dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. W „Toromorzu” wszystko się rozjeżdża i musi być sztucznie, na siłę i niedbale naciągane, żeby w ogóle miało ręce i nogi.

Irytujący jest też narrator, który najwyraźniej ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. Pomimo swojej trzeciooosobowości ani myśli być przezroczysty. Ujawnia się, nieudolnie próbuje budować napięcie, wmawia czytelnikowi, na jakie wątki ma teraz ochotę, po czym niby złośliwie odkłada je na później. Wreszcie jakby wiedząc, ze opowieść jest mało zajmująca, usprawiedliwia się, że można by przytoczyć jeszcze wiele innych historii dziejących się w tym świecie, być może ciekawszych. Miéville zajmuje się również kwestiami edytorskimi – z przyczyn umotywowanych fabularnie zamienia wszystkie „and” na „&”. O ile w oryginale być może ma to pewien urok, o tyle polska wersja jest słaba – polega na tym, że do „i” dodano z przodu jakąś dziwną pętelkę. Już chyba lepiej by było zostawić oryginalne „&” tudzież spróbować wynegocjować pominięcie tego zabiegu, co wiązałoby się jednak z usunięciem jednego podrozdziału, wyjaśniającego ten sposób pisowni.

Słowo-klucz powyższej recenzji „Toromorza” to rozczarowanie. Autor wymyślił interesujący świat, nie poradził sobie jednak z wypełnieniem go odpowiadającymi mu poziomem bohaterami i fabułą. Miéville w ferworze dopieszczania niepotrzebnych szczególików zapomniał o tym, co w literaturze jest najważniejsze – o dobrej historii.

Korekta: Aleksandra Żurek

tłumaczenie Krystyna ChodorowskaToromorze
tytuł oryginału Railsea
wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2014
ISBN 9788377853016
liczba stron 421

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: