Catherynne M. Valente, „Palimpsest”

Catherynne M. Valente, „Palimpsest”


Autor: Łukasz Szatkowski

Fantastyka ewoluuje. Zmienia się, rozgałęzia, łączy, dzieli, wraca do korzeni, wybiega w przyszłość, ciągle szuka nowych, oryginalnych inspiracji. Dawno minęły czasy, kiedy mogliśmy ją ładnie, ostro i wyraźnie podzielić na fantasy, science fiction i horror, jeśli w ogóle kiedykolwiek była taka możliwość. „Palimpsest” Catherynne M. Valente również wymyka się klasyfikacji. Niech każdy sam, korzystając z poniższej analizy, określi sobie gatunek, podgatunek, nurt czy cokolwiek. O ile mu to do szczęścia potrzebne.

„Palimpsest” opowiada o losach czwórki zwykłych ludzi z najróżniejszych zakątków świata, których połączyło miasto. Jakim cudem, skoro mieszkają na trzech różnych kontynentach? Otóż nie jest to zwykłe miasto, a wejść do niego mogą jedynie nieliczni – ci, którzy mieli szczęście spotkać odpowiednią osobę. W grupie zwiększonego ryzyka znajdują się ludzie, eufemistycznie mówiąc, lekko się prowadzący bądź mający niezbyt wiernych partnerów życiowych. Owszem, Palimpsest jest niczym choroba przenoszona drogą płciową, a rzeczona droga jest jedyną, która zapewni nam do niego powrót. I kolejny, i kolejny… kolejny…

Powieść Valente jest jak ziołowy napar – sprawia wrażenie eterycznej, lecz składa się z wielu elementów. Wyczuć w niej można szkielet à la Neil Gaiman, wykonanie w stylu Jonathana Carrolla i klimat, jak u Harukiego Murakamiego. Wszystko z niedużą, acz wyraźnie wyróżniającą się dawką poezji. Cóż, pięć tomików wierszy, wydanych przez autorkę, zobowiązuje i odciska swoje piętno. Chwilami wydawać się może, iż to poemat sprytnie i z powodzeniem wcielił się w rolę powieści, a zdradzają go jedynie odruchy bezwarunkowe, jak specyficzny język, dobór słów, spojrzenie na różne sceny ze zgoła odmiennej, niż zazwyczaj, strony. Wszystko to znakomicie oddał Wojciech Szypuła w swoim tłumaczeniu. Szczególnie żeńska część odbiorców fantastyki, szukająca w książkach czegoś innego, niż śmiganie po kosmosie, nawalanie się mieczami czy przysmażanie wzajemnie kulami ognia, powinna być zachwycona. Choć magii tu nie brakuje, jednak nie jest ona oczywista, efektowna, nie ma machania różdżkami czy wykrzykiwania zaklęć w dziwnym języku. Magia w „Palimpseście” jest niejako oniryczna – marzenia senne w pewnym momencie przestają nimi być, a stają się po prostu drugim światem, alternatywną rzeczywistością. Wtedy nie wiadomo już dokładnie, który ze światów jest tym prawdziwym.

Moje odczucia po lekturze „Palimpsestu” są nieco ambiwalentne. Odrobinę zniesmaczyło mnie, że cała powieść aż pływa w seksie. Do wyboru, do koloru: zwykły, małżeński, przygodny, gejowski, lesbijski, kazirodczy, trójkącik, orgie wszelkiego rodzaju, nawet wątek wyobrażonej wprawdzie, ale za to kazirodczej nekrofilii. Początkowo ten nadmiar erotyki może przytłoczyć, później człowiek obojętnieje – za dużo. Podczas czytania chodziły mi po głowie dwa cytaty. Pierwszy ze wspomnianego już Carrolla: „Mężczyźni traktują seks jak gimnastykę. Kobiety jak mszę”. Drugi z Sapkowskiego: „Nic, jeno o tym! Mądrze zaczynają, a zawżdy na dupie kończą!”. Wydawać mogą się wprawdzie przeciwstawne, ale pierwszy dotyczy języka, drugi zaś – fabuły. Nie ma się co oszukiwać – seks w literaturze występuje. Niemniej, pisarze traktują go zwykle raczej jako standardowy element wyposażenia. Jeść trzeba, spać, umyć się czasem, tak i „pociupciać”, kiedy najdzie potrzeba. Życie. Valente opisuje stosunki seksualne tak poetyckim, eterycznym, filigranowym językiem, jak i całą resztę, ale przy tym konkretnym elemencie wyróżnia się to nadmiernie. Szczególnie przy rozmaitych obleśnych wariacjach. Jednak fabuła nie traktuje już seksu „jak mszę”. Najpierw jest on zwyczajny, później nabiera wprawdzie charakteru rytualnego, lecz szybko okazuje się zwykłym narzędziem, załatwieniem niezbędnych formalności przy przekraczaniu granicy. A powieściowe postacie przekraczają tę granicę niczym owady ciągnące do światła, tudzież banda ćpunów na głodzie. W krótkim czasie wszyscy bohaterowie, niezależnie od płci, wieku, pochodzenia, wykonywanego zawodu czy urody, stają się biseksualnymi nimfomankami isatyriasis. Do końca nie wiem, dlaczego tak się tam pchają, mają wprawdzie jakieś swoje cele, ale w pewnym momencie tracą one na znaczeniu. Palimpsest to świat dziwny, mroczny i niepokojący, a jednak przyciąga większość ludzi, którzy mieli szczęście (bądź nieszczęście) choć raz się w nim znaleźć. Cóż, „splątane i pełne perwersji są ścieżki ludzkiego umysłu”, jak mówi cytat, którego źródła nie pamiętam. Być może samemu trzeba się tam znaleźć, aby to zrozumieć…

Z czystym sumieniem mogę polecić „Palimpsest” Catherynne M. Valente. Być może nie wszystkim, ale czy istnieje książka, która każdemu dogodzi? Jedno jest pewne – seria Uczta Wyobraźni dorobiła się kolejnej nieprzeciętnej pozycji, a wydawnictwo MAG jeszcze raz potwierdziło, że żadnego (no, może poza nielicznymi wpadkami) badziewia nie wydaje. Czasem dobrze odpocząć od szczęku oręża i świstu miotanych magicznych błyskawic. Byle nie na długo.

Korekta: Natalia Bieniaszewska

Autor:Catherynne M. Valentepalimpsest_qfant

Tytuł:Palimpsest

Data wydania:2010

Wydawnictwo:MAG

Pozostałe dane:Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

ISBN 978-83-7480-176-8

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: