Brandon Sanderson, „Słowa światłości”

Brandon Sanderson, „Słowa światłości”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Po świetnej „Drodze królów”, tomie otwierającym monumentalny cykl „Archiwum Burzowego Światła”, drugą część czekało niełatwe zadanie utrzymania wysokiego poziomu. Oczekiwania były duże, a poprzeczka zawieszona naprawdę wysoko. Co się okazało? Otóż wygląda na to, że te dwa pierwsze tomy, liczące około tysiąc stron każdy, okazują się być czymś w rodzaju rozbudowanego (eufemistycznie mówiąc) prologu do właściwej historii. Obłęd. Jednak nie wyprzedzajmy faktów.

Losy głównych bohaterów w końcu się splatają – Kaladin wraz z resztą mostowych zostaje wyzwolony i przyjęty na służbę do Dalinara, Shallan po wielu trudnościach dociera w końcu na Strzaskane Równiny. Po ostatnich wydarzeniach przetasowaniu uległy obozowe sojusze, zmienił się układ sił, arcyksiążęta są podzieleni jak nigdy dotąd. Z kolei u Parshendich następuje przełom – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dostaną do dyspozycji nowe moce, którym ciężko się będzie oprzeć. Czy Świetliści zdążą się odrodzić, zanim nadejdzie koniec świata?

Już po tych dwóch tomach widać, że Sanderson gruntownie przemyślał konstrukcję całego cyklu. Nie dopisuje tylko kolejnych epizodów do tej samej, liniowej opowieści, nie roztacza też przed czytelnikiem od razu wszystkich swoich atutów i popisowych trików. Zaczynając od powolnego splatania kilku zwartych wątków, stanowiących, przynajmniej na razie, trzon fabuły, dodaje i precyzyjnie wplata kolejne. Odnosi się to zresztą nie tylko do fabuły, ale i kreacji świata, systemu magii i bohaterów. Ktoś o mniejszej pewności co do swych pisarskich umiejętności zapewne obawiałby się dozować wszystko w ten sposób, jednak dzięki takiemu zabiegowi tak kompetentnie przeprowadzonemu, opowieść nie dłuży się, pomimo ogromnych rozmiarów. Autor co chwila pokazuje coś nowego, powoli, ale metodycznie rozszerza horyzont, jaki roztacza się przed czytelnikiem.

Jedną z tych nowych rzeczy jest ukazanie od wewnątrz społeczności tajemniczych do tej pory Parshendich. W końcu możemy się przynajmniej z grubsza dowiedzieć, o co im tak właściwie chodzi, poznać ich motywacje, kulturę, strukturę społeczną, historię. I sposoby na używanie burzowego światła. Jak się bowiem okazuje, istnieje więcej wariacji na temat używania tej „many”, niż można by do tej pory sądzić. Sanderson już do tej pory słynął ze swoich wymyślnych i oryginalnych systemów magicznych, ale w przypadku tego cyklu wykorzystał już więcej niż jeden pomysł.

Niedawno na konwencie usłyszałem od pewnego podrzędnego pisarzyny przekonanego o swoim talencie, że jedyna ważna kwestia w powieści to dobrze skonstruowani bohaterowie, reszta to nikomu niepotrzebne bzdury. Kreacja świata? Kogo to obchodzi? Cóż, dość powiedzieć, że autor ten chałturzy wyłącznie w cudzym uniwersum i zapewne tego typu brednie to jego linia obrony. U Sandersona szeroko rozumiany świat powieści jest równie ważny jak fabuła czy bohaterowie. A wręcz niekiedy wybija się na pierwszy plan, choć jednocześnie robi to tak subtelnie, że nie przysłania tego, co dzieje się w książce, tylko wyśmienicie to uzupełnia.

Biorąc pod uwagę to, co prezentują dwa tomy rozpoczynające „Archiwum Burzowego Światła”, jestem zupełnie spokojny o dalszy rozwój i poziom cyklu. Brandon Sanderson jeszcze nigdy mnie nie zawiódł i najwidoczniej prędko nie zamierza tego uczynić. „Słowa światłości” umocniły jego miejsce w ścisłej czołówce moich ulubionych pisarzy fantasy i zaostrzyły apetyt na więcej. Z niekłamaną niecierpliwością oczekuję zarówno na kolejne tomy tego cyklu, jak i inne jego projekty. Czytajcie Sandersona! Warto!

Korekta: Katarzyna Tatomir

Tłumaczenie Anna Studniarek slowa_swiatlosci

tytuł oryginału Words of Radiance

wydawnictwo Mag

data wydania 3 grudnia 2014

ISBN 9788374804660

liczba stron 960

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: