Ben Aaronovitch,” Rzeki Londynu”

Ben Aaronovitch,” Rzeki Londynu”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Czytadło pierwszej wody

 

Powiedziałem lekarzowi, do którego trafiłem na pogotowiu, że pokłóciłem się z drzewem. Spojrzał na mnie dziwnie i odmówił przepisania mi czegokolwiek silniejszego na ból od nurofenu.*

 

Jedną z powtarzających się regularnie porad dla początkujących literatów jest – zupełnie trafiona zresztą – sugestia, by inspiracji szukać w najbliższym otoczeniu: koło domu, w szkole, we własnej miejscowości. Chociaż przy takim podejściu grozi pisarzom odkrywanie Ameryki w konserwie – świeże spojrzenie na stare kąty może być bardzo cenne i inspirujące również dla ich następców. Haczyk jest jeden: trzeba umieć ten zaokienny pejzaż naprawdę ogarnąć (jak mawiają młodsi) i być gotowym do żmudnej nieraz kwerendy (na co uczulają starsi).

Sukces podobnej recepty widać doskonale na przykładzie tych dzieł i gatunków, w których to, co nadprzyrodzone, serwuje się jako naturalne i współistniejące z oswojonym, racjonalnym. Realizm magiczny, urban fantasy, wszelkie wariacje cudowności tuż za rogiem i ścierania się granic fantastyki z mainstreamem – eksplorują codzienność z użyciem elementów mistycznych, onirycznych, baśniowych i kodów popkultury. Ważną rolę odkrywa w nich miejsce – pełniące rolę dodatkowego bohatera. Bardzo często bywa nim Londyn – serce nie tylko Wielkiej Brytanii, ale też specyficznego wyspiarskiego klimatu. Brytyjskość i fantastyka lubią się nie tylko w twórczości konkretnych autorów – Rowling, Gagmana („Nigdziebądź”), Miéville’a („LonNiedyn”) czy Susanny Clarke, ale również w tej części angielskiej specyfiki, która niejako osmotycznie jest dostępna nawet laikom; przez zasłyszenie, podpatrzenie i współczesne memy. Królowa Elżbieta, double decker, kratka Burberry, Jaś Fasola, brit pop… Każdy coś znajdzie. Nawet pośród skojarzeń mniej oczywistych. Powściągliwa, blada dama w sztywnej sukni albo demoniczna mała dziewczynka o niepokojących oczach, na tle ponurego dworzyszcza – to już będzie trop bardziej rozmyty i mniej swoisty dla Wielkiej Brytanii, ale również właściwy.

Ben Aaronovitch bazuje na obu tych wariantach w wersji soft. Jego „Rzeki Londynu” to lekkie, zabawne i pełne uroku czytadło, osadzone gdzieś między kryminałem, powieścią detektywistyczną, urban fantasy oraz… ironiczną wersją powyższych.

Polski przekład „Rivers of London” otwiera pięciotomową serię pod tym samym tytułem. A z seriami, jak ze słodyczami: można się uzależnić albo… przesłodzić. Pierwszy tom, papierek lakmusowy dla całości, odpowiada na pytanie: czy zaufanie warto dawać pisarzowi na kredyt? Czy warto doliczać do oceny książki perspektywę obcowania z równie dobrymi lub lepszymi następnymi tomami cyklu?

Aaronovitch zaintrygował mnie na tyle, że kredytu udzieliłam. Nie opuszcza mnie jednak myśl: jak z tak lekkiego czytadełka, z fajnej, ale w gruncie rzeczy bardzo zwyczajnej książeczki, wycisnąć esencję wystarczającą na pięć woluminów? I ta niepewność skłania mnie do przyznania książce małego bonusu w ocenie.

Posterunkowy Peter Grant właśnie kończy okres próbny swojej pracy. Oczekiwania wobec najbliższej przyszłości ma niewielkie: chciałby sięgnąć po wdzięki atrakcyjnej koleżanki po fachu i nie ugrzęznąć w papierkowej robocie w zespole kontroli dochodzeń. Jego faktycznie istniejące powołanie do bycia dobrym gliną, łojącym złych gości, ma z jednej strony charakter młodzieńczej fantazji, z drugiej – nieco cynicznego, a w gruncie rzeczy trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość pracy w angielskiej policji. Z rzeczywistością bywa tak, że od filmów o dzielnych gliniarzach potrafi znacznie się różnić. Również i w ten sposób, że jest nadnaturalna.

Zamiast grzebania w papierkach i wprowadzania danych, Grant doczeka się przyspieszonego kursu magii, rozkopywania grobów, tropienia duchów i rozmów z rzecznymi bóstwami. Czytelnik zaś zyska okazję do śledzenia całkiem ciekawej zagadki kryminalnej, osnutej mgiełką brytyjskiego folkloru.

Mgiełką. Nie ciężką, londyńską mgłą czy smogiem wielkiego miasta. „Rzeki Londynu” to książka typowo rozrywkowa, z wciągającą intrygą, niezłą pointą i dużą dawką kpiarskiego, specyficznego humoru, którego próbkę cytuję we wstępie recenzji. Sprawiającego, że wspomniana mgiełka jest kolorowa i słodka, jak wata cukrowa… Zaraz, stop. Okładka mówi, że powinniśmy spodziewać się dramatu przemocy i rozpaczy. Czyli nie słodyczy.

Rozziew pomiędzy sensacyjno-fantastycznymi przygodami Granta, który do każdej sytuacji wciśnie żartobliwy komentarz, a grającymi pod skórą „powierzchniowego”, oswojonego Londynu „żyłami wodnymi”, czyli dość mroczną lokalną mitologią i warstwą kryminalną – psuje odbiór, w gruncie rzeczy, dobrej powieści. Z rewelacyjnej, wyszła zaledwie aspirująca do tego określenia. Bardzo udana, to już prędzej. I to przy założeniu, że się rozerwiemy i tyle, nie skupiając na wadach. Bo zalety „Rzek…” są spore. Dostarczają relaksującej rozrywki.

Komuś, kto w Londynie mieszkał, pomieszkiwał lub miał okazję na bliższe oględziny miasta w jego centrum – opisy Aaranovitcha wydadzą się zapewne bardzo smaczne. Autor sięga po przeszłość opisywanych miejsc, porównuje ich architekturę i funkcje z tymi współczesnymi, wyznacza precyzyjne lokalizacje opisywanych zdarzeń. Żonglerka nazwami ulic i budynków może co prawda skonsternować laika, ale nie przytłoczyć, bowiem nie jest suchą wyliczanką. Pisarz, ustami protagonisty, okrasza te nazwy subtelnymi adnotacjami, dotyczącymi statusu społecznego mieszkańców, specyfiki danej lokacji, jej kolorytu. Śledząc rozwój wydarzeń w Covent Garden z mapą w ręku, można „uwierzyć” Aaronovitchowi w topografię i sugestywne opisy, nie stanąwszy nigdy wcześniej na bruku brytyjskiej stolicy. Wszystkie te informacje są aktualne, uwzględniają dziejące się tu i teraz zmiany społeczne; Londyn Aaronovitcha to miasto z kręgu metropolii multi-kulti, pełne imigrantów (Sam Grant jest czarnoskórym, synem dziarskiej kobiety z Sierra Leone), egzotycznych smaków i zapachów oraz komiczno-groteskowych reakcji rdzennych Brytyjczyków, chcących równocześnie utrzymać status quo i wyjść naprzeciw nowemu.

Multikulturowość i współczesność podszyte są tradycją i specyficzną angielskością. Odbiór tych ostatnich wymaga jednak nieco uwagi i znajomości klimatu. W skrócie: im więcej naszej wiedzy na temat brytyjskości, tym lepsze przyswajanie serwowanego koktajlu. Komuś niezorientowanemu straszne wydadzą się moralizujące angielskie bajeczki dla dzieci sprzed dwóch wieków o, powiedzmy, urwanych kończynach czy strasznej śmierci za małe przewinienie – a tak właśnie, groteskowo, wyglądały niekiedy wiktoriańskie opowiastki na dobranoc. Analogicznie, w „Rzekach…” – jeśli nie potrafimy choćby pobieżnie wyobrazić sobie typowego „nawiedzonego domostwa” albo nowoczesnego wnętrza „z Ikei”, będziemy mieć problem z odwzorowaniem sobie pewnych smaczków powieściowego krajobrazu. Na szczęście, to, co przez brak wiedzy umknie intelektowi, wniknie przez osmozę – dzięki lekkości książki, jej strawnej formie i intuicyjnym nawiązaniom do znanych kodów (jakim jest np. typowa figura dżentelmena starej daty). Polak-imigrant za chlebem, anglofil i kompletny ignorant – wyniosą z powieści tę samą frajdę, choć na różnym poziomie głębokości interpretacji.

Niestety, poziom najgłębszy, czyli uzasadniający fabułę koncept, trochę bierze w łeb, jeśli zaczniemy książkę drążyć. Tempo narracji, wszechobecne oczko, jakie puszcza raz za razem autor, niesamowita „czytywalność” lektury – odciągają uwagę od fundamentów. Gdy się jednak zastanowić, krucha bariera, oddzielająca znane od „tamtego” – jest krucha aż za bardzo. Oto mamy przypadki niezwykłe, pojawiające się nagle i w brutalnych okolicznościach. Czy wcześniej nie istniały, nie dawały się wytropić kamerom ulicznym, Internetowi i mediom? Obydwa światy – bóstw, trolli, wampirów i magów oraz nasz powszedni – są złączone dawno i trwale, wielu o tym wie i ma do czynienia z frapującą równoległością jak z normalnością. Mimo tego – trzeba specjalnych perypetii detektywa, by szarpnąć kurtyną. Sam Grant nadto łatwo wchodzi w skórę starszej wersji Pottera: pstryk, i niemający pojęcia o magii i paranormaliach policjant zostaje wybrańcem. Specyfika gatunku pozwala na wplecenie nadnaturalności bez szczegółowych wyjaśnień. U Aaronovitcha jest jednak wręcz za łatwo, za naiwnie w tym względzie.

Zawodzą też bohaterowie. Bardzo ciekawi jako grupa, zespół, mozaika kulturowa – pojedynczo są trochę bezbarwni. Sam Grant, o ile nie zadziała jego urok słodkiego drania, na wielu czytelnikach (czytelniczkach?) sprawi wrażenie lekkomyślnego, trzpiotowatego gołowąsa i męskiego szowinisty, którego jedynym celem są seksualne podboje. Wrażenie to można odnieść również dzięki jego towarzyszkom. Kobiety „Rzek…” są bardziej dodatkiem służbowym dla dzielnego gliny niż samodzielnymi istotami. Liczą się głównie ich nogi i biusty. Od standardu odbiega jedynie Molly – nieludzka pokojówka czarodzieja Nightingale’a. Tu żałuję, że nie zdecydowano się zostawić oryginalnej nazwy siedziby magicznego wydziału policji: Molly bardziej niż z Szaleństwem, zgrałaby się z angielskim „The Folly”, pasującym też bardziej do reszty nazw własnych, które brzmią naturalnie jako Henrietta Street czy British Museum. Żal także oryginalnej, klimatycznej okładki, w polskiej wersji zastąpionej estetyczną, co prawda, lecz nudną i nijaką fotografią pana w kapeluszu.

Mimo tych niedociągnięć, „Rzeki…” to czytadło pierwszej wody: wartkiej, płynącej zakosami, z iskrzącą się od humoru powierzchnią. Nie jest to woda głęboka, ale zdradziecka, pełna wirów. I jako taka – wciąga.

 

Korekta: Grzegorz Hammer



* Cytat pochodzi z recenzowanej książki (rozdział 8: Wersja dla dzieci, str. 213)

 

rzeki londynu A

  • Autor: Ben Aaronovitch
  • Tytuł: Rzeki Londynu
  • Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
  • Tytuł oryginału: Rivers of London
  • Seria/cykl wydawniczy: Rivers of London
  • Wydawnictwo: MAG
  • Data wydania: 18 marca 2014
  • ISBN: 978-83-7480-425-7
  • Liczba stron: 384
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: