Ben Aaronovitch, „Księżyc nad Soho”

Ben Aaronovitch, „Księżyc nad Soho”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

 Cały ten jazz

  

Kiedy próbujesz ostrzec ludzi, często zwyczajnie cię ignorują, ale jeśli zadasz im pytanie, muszą się nad nim zastanowić. A jak już zaczną myśleć o konsekwencjach, prawie zawsze się uspokajają, no, chyba że są pijani, naćpani, mają od czternastu do dwudziestu jeden lat albo pochodzą z Glasgow.[i]

 

Kiedy próbujesz zachęcić ludzi do książki, często zwyczajnie cię ignorują, ale jeśli opowiesz im ciekawą historię, muszą się nad nią zastanowić. A jak już zaczną o niej myśleć, prawie zawsze chcą czytać dalej, no, chyba, że są pijani, naćpani, mają od czternastu do dwudziestu jeden lektur szkolnych do p r z e r o b i e n i a na wczoraj albo pochodzą z buszu.

Serię przygód Petera Granta, policjanta-czarodzieja ze współczesnego kolorowego Londynu, Ben Aaronovitch rozpoczął z przytupem. Choć niepozbawione pewnych niedociągnięć i uproszczeń, „Rzeki Londynu” mają sporo mocnych punktów, skłaniających do poznania kolejnych tomów cyklu: całkiem intrygującą zagadkę, stopniowanie napięcia przy jej rozwiązywaniu, niezbędną przygodzie żywą akcję, wreszcie dreszczyk, który dociąża (zasadniczo lekką) lekturę. Tych i innych zalet autor nie zgubił w „Księżycu nad Soho”, a nawet je uwypuklił. Szkoda, że wady, niczym mikroby, też się do kontynuacji przedostały. Na szczęście, nie przenoszą śmiertelnej zarazy, a jasne strony „Księżyca…” prezentują się naprawdę nieźle.

Część druga perypetii Granta jest nieco poważniejsza i mroczniejsza od swojej poprzedniczki. Pisząc „mroczniejsza”, nie mam na myśli tych rejestrów grozy, które odsyłają do definicji horroru i bezsennych nocy, niemniej pewne zgęszczenie atmosfery i „utratę niewinności” da się naprawdę poczuć. Nadnaturalni mieszkańcy Londynu zaznaczają swoją obecność wyraźniej i brutalniej. Aaronovitch zaś nie stroni od krwi i makabry, które w „Rzekach…” były mniej zauważalne, bardziej przysłonięte humorem i teatralnością (także dosłowną, z uwagi na charakter głównego wątku) fabuły. W „Księżycu…” czarna magia nie jest machaniem różdżką, lecz naprawdę niebezpieczną sztuką, prowadzącą do uzależnienia, deprawacji i zbrodni.

Ale dociążenie książki to nie tylko efekt poczernienia sfery fantastycznej. Wątki obyczajowe były obecne już wcześniej, prezentowane jako scenki z życia i pełne humoru, celne komentarze Granta-autora na temat społeczeństwa (szczególnie rodzimego, brytyjskiego) czy popkultury. Teraz jednak Peter, wieczny chłopiec, kobieciarz i zawadiaka, ma przynajmniej jeden asumpt do tego, by w końcu dojrzeć. Tego powodu nie zdradzę, napiszę tylko, że nasz dzielny policjant nareszcie stanie wobec problemu mniej sensacyjnego i komiksowego, a bardziej ludzkiego. Problem ten zaprawia goryczą leciutką, przyjemną książeczkę, która miewa momenty nostalgiczne, melancholijne czy zwyczajnie smutne. Widać je zwłaszcza we fragmentach poświęconych państwu Grantom oraz mistrzowi Nightingale’owi. Słodko-gorzki koloryt buduje otoczka, ilustrująca wątek główny, gdzie śmierć wiąże się z muzyką. A konkretniej – z jazzem.

Świat standardów z pierwszej połowy dwudziestego wieku, zadymionych knajpek i klubów, specyficzny klimat retro, trochę też noir – całkiem fajnie w powieści wygląda. A może nawet fajniej niż fajnie – na wybór stopnia wpływa znajomość realiów. „Księżyc…” dość nieoczekiwanie (to w końcu nadal powieść rozrywkowa) odkopuje zależność między odbiorem dzieła a wiedzą odbiorcy. Pełnię smaków książki odkryją w pierwszej kolejności ci, którzy potrafią wychwycić smaczki drobniejsze, przeznaczone dla wtajemniczonych.

Scenopisarskie doświadczenie Aaronovitcha, jego pochodzenie i miłość do rodzimego miasta pozwoliły mu na namalowanie pełnokrwistego obrazu Londynu i okolic, Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków. Środek ciężkości jest zauważalnie anglofilski, lokalny, nie globalny. Da się jednak poruszać po miejscach akcji bez poczucia upośledzenia, będąc Polakiem nieznającym Londynu nawet z pocztówek. Wyważenie proporcji między „swoim” a „uniwersalnym” widać już w pierwszej części cyklu, lecz warto o nim wspomnieć raz jeszcze, bowiem nazw ulic, marketów czy firm jest więcej (są bardziej widoczne?) w porównaniu do pierwszego tomu. Reporterskie umiłowanie detali może irytować, jednak nie jest w stanie zniechęcić. Może się także spodobać. Zazdrość o to, że tracimy na doznaniach, nie będąc Anglikami? Tak. Poczucie wykluczenia, wrażenie hermetyczności? Nie.

Autoironia, dystans, błyskotliwy dowcip czynią podróż przez plątaninę londyńskich uliczek znośną i dla laika. Ba. Buszowanie po magicznej angielskiej stolicy z mapą w ręku, wyszukiwanie w Google wciągnie tych czytelników, którzy „okołoliteracki research”, notowanie na boku, czytelniczą komparatystykę po prostu lubią. Lubią drążyć, wiedzieć. Czają (mikro)klimat „światów osobnych”. Z pomocą bardzo sprawnego warsztatu autor pokazuje, że Wielka Brytania pozostała właśnie takim „królestwem osobnym”, osobnym światem na tle globalnej, demokratycznej (przynajmniej w teorii) wioski. Specyficzny snobizm, przywiązanie do jakości i rdzennej marki, swoiste, konserwatywne rozwarstwienie klasowe i dzielnicowe, wyspiarskie wzorce gustu – to wszystko we wspomnianych wyżej drobnych smaczkach wychodzi. I doskonale powieść przyprawia.

Podobnie jest z muzyką. Cały ten jazz, rozbrzmiewający smutno, chwilami nawet ponuro, w Londynie teraźniejszym i przeszłym, niejako dwóch krzyżujących się miastach – pasuje jak ulał do całej reszty i zafrapuje nie tylko miłośnika gatunku. „Wynaturzenia” Aaronovitcha mają swoją nieprzemijającą modę, swoją muzykę. Magia jest staroświecka, dystyngowana, klasyczna, oparta na grece i łacinie. Inny świat pełną gębą – nic, tylko odkrywać.

Zaraz, zaraz. A środki bezpieczeństwa? Niezbędnik odkrywcy? W coś trzeba się wyposażyć. Haczyk gdzieś przecież być musi. Wspomniane mikroby. Transmitowane wady. Gdzie?

Zabierając się za lekturę, zajrzałam jeszcze do „Rzek Londynu”. Kontynuacja nie wymaga wprawdzie więcej niż pobieżnej znajomości części pierwszej (by nie rzec, iż nie wymaga jej wcale, bo pisarz sam, nienachalnie uzupełnia nasze informacje), ja jednak musiałam sobie ją przypomnieć. Z prostego powodu – gdy sięgałam po tom drugi, „Rzeki…” odpłynęły już bardzo daleko w niepamięć. Przy całej sympatii dla bohaterów Aaronovitcha – zapomniałam ich perturbacje dość szybko.

Teoretycznie po takim czasie czytadło ma prawo zatrzeć się w pamięci. Niby normalna rzecz. Ale naprawdę szkoda, że oprócz protagonisty (umiarkowanie oryginalnego) nie znajdujemy ciekawszych typów. Pojawia się co prawda Grubsze Zło, w postaci tajemniczego złego Magika, to jednak mało. Groźny szwarccharakter bardziej zapowiada niezły ciąg dalszy, niż wzbogaca czytaną właśnie treść.

Z wad pozostały też, niestety: samczość Petera i lekceważenie przez autora postaci kobiecych. Te ciekawsze Aaronovitch zmarginalizował albo wyłączył z gry, najmniej ciekawą zaś uczynił… żywym spoilerem fabuły. W sposobie, w jakim prowadzi Simone Fitzwilliam, jest dużo podpowiadania, po(d)suwania i wyrąbywania drogi maczetą, niewiele zaś głębi i wiarygodności tej sylwetki.

Wątek gorącej Simone nie tyle rozwija się, co leży. Bohaterkę spotykamy głównie w pozycji horyzontalnej. Rozkosz (bo przecież nie miłość) wygląda bardziej jak „wstawka obowiązkowa” w średnim kinie, aniżeli rzeczywiście potrzebna w książce scena. „Momenty” Aaronovitcha są sztampowe i nudne. Trochę wulgarne. Nawet nie złe, chociaż oburzają, śmieszą lub zadziwiają. W tym względzie pisarz jest po prostu byle jaki. I mdły. Łatwe piękności i szybkie, płytkie związki… Cóż, pełno ich w literaturze kryminalnej, sensacyjnej czy ogólnie „męskiej”. Zgrzyta, że znalazły się w dobrym, inteligentnym, dowcipnym czytadle, jakim jest „Księżyc nad Soho”. Zgrzyta, że bystry skądinąd posterunkowy daje się podejść i okpić, gdy tylko widzi cycki, a przestępców gotów dzielić na ładnych i chętnych płci żeńskiej oraz całą resztę (jeden, wzmiankowany wyżej motyw daje mu pewną szansę zmężnieć).

Kiedy zmęczą nas żarciki Granta i jego podboje, trudno nam będzie znaleźć zawodnika do kibicowania. Skoro bohaterowie – tak ważny składnik książki, zwłaszcza z nutką powieści detektywistycznej – zawiedli, rzutem na taśmę możemy (jeśli już naprawdę jesteśmy złośliwi) czepić się jej tła. Tego, że w zasłonie, oddzielającej magiczne od codziennego – pęknięcie jest zbyt małe. Dzielna brytyjska policja jest aż nadto pewna siebie w kwestii zatrzymania paranormalnych dziwów w tajemnicy. Wydarzenia następują na tyle gwałtownie, by jakiś przeciek do opinii publicznej (lub problem wystąpienia takiegoż) wreszcie się pojawił. Cały ten jazz aż prosi się o wybuch… Może w następnej części?

Warto to sprawdzić. Czyli: przeczytać obydwa dotychczas wydane tomy cyklu. Przecieków innego rodzaju, tych rozumianych jako niespójności czy błędy kompozycji – w opowieści o Grancie akurat szczęśliwie brakuje. Mimo wymienionych wad, „Rzeki Londynu” zapowiadają się jako solidna, a przy tym lekka i wdzięczna konstrukcja powieściowa. Na tyle bezpieczna, by upadek z niej nie zabolał. Na tyle wysoka, by mieć możliwość podziwiania widoków.

Na znany-nieznany Londyn. Na bardzo przyjemną opowieść.

Przyszłość obiecująca, panie Aaronovitch.

 

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

 

  • Autor: Ben Aaronovitch
  • Tytuł: Księżyc nad Soho
  • Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
  • Tytuł oryginału: Moon Over Soho
  • Seria/cykl wydawniczy: Rivers of London
  • Wydawnictwo: MAG
  • Data wydania: 11 lipca 2014
  • ISBN: 978-83-7480-437-0
  • Liczba stron: 384

 



[i] Cytat z recenzowanej książki (rozdział I: Ciało i dusza, str. 27)

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: