Andrzej Zimniak, „Władcy świtu”

Andrzej Zimniak, „Władcy świtu”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

Polak potrafi… lecz spieszy się na fajrant.

Przy okazji recenzji „Łatwo być Bogiem” Roberta J. Szmidta wyraziłam nadzieję, że „Horyzonty zdarzeń” mogą się jeszcze poszerzyć. Prześledźmy[i]: nie rewelacyjne, lecz niezłe, mające pewien patynowy urok i zalety czytadła „Światło cieni” Dębskiego. Tąpnięcie przy „Ceo Slayerze” Przybyłka, który zawiódł zwłaszcza kreacją bohatera. Następnie urokliwe, sympatyczne „Aposiopesis” Sawickiego, wreszcie sprawdzony Szmidt z powieścią „Łatwo być Bogiem”, intrygującym wstępem do większego cyklu: „Pola Zapomnianych Bitew”. Cztery książki. Na tyle mało, by przedwcześnie nie definiować serii, na tyle sporo, by zarysować charakter całości. Zastanowić się: o co jeszcze będą chcieli zapytać nas twórcy, znani już przecież, wybierający motywy nienowe (a może nawet celowo sięgający po te zgrane, z intencją twórczego ich przetworzenia, odświeżenia – XXI wiek zrewidował wiele przypuszczeń i wizji). Narobić sobie smaku, ale i nabrać ostrożności.

Powieść SF z zakresu social fiction, która mimo silnego sztafażu fantastycznego skupiona jest na aspektach socjologicznych i psychologicznych.[ii]

Piątka. Andrzej Zimniak. „Władcy świtu”. Mocna zapowiedź. Do tego z nurtu, który bardzo lubię. Lubienie rzadko lubi się z intelektem – lubić znaczy wybaczać. Przymknąć oko na brak oryginalności i drobne mankamenty, jeśli w ogólnym rozrachunku rzecz wychodzi dobra. Lubi się rzeczy stare, ale jare. Jare. Człowiek przy lubieniu i własnym lubieniem po prostu się jara.

Dlatego boli, gdy ktoś lub coś popsuje nam to jaranie się. Zepsuć je można, śrubując oczekiwania, wyostrzając apetyt, wzbudzając sympatię, by ostatecznie – rozczarować.

Uczucie zawiedzionej sympatii mam właśnie przy „Władcach świtu”. Bo mnóstwo rzeczy w tej książce da się lubić. To jedna z tych pozycji, które same się czytają. Zaskakująco łatwo ulatuje jednak z głowy.

Powieść Zimniaka na pierwszy rzut oka jest dopracowana w warstwie estetycznej, światotwórczej, ale ostatecznie czegoś w niej brakuje – ten złożony z wielu detali świat nie oddycha. Karmi się sam sobą, nie pomnaża, by nakarmić własnym dobrem odbiorcę: zachwycić czytelnika, zmusić go do wniknięcia w głębsze struktury powieści. Albo inaczej: do samego ich szukania, upatrywania czy, last but not least, domagania się w książce, która zawiodła  na samym poziomie treści.

Ani spojrzenie na homo sapiens i kwestie moralnych wyborów, jakich ten nieustannie musi dokonywać, dokonuje i dokonywać będzie, ani też wizje przyszłości – nie są szczególnie świeże. Mamy do czynienia z pytaniem, ile ludzkości wolno i gdzie tak właściwie pojęcie „ludzkość” się zaczyna, a gdzie kończy. Mamy konflikt dzikiego z cywilizowanym, nowy wspaniały świat, ekspansję naszego gatunku i bohatera, którego od typowego everymana odróżnia pewna unikatowa zdolność parapsychiczna.

Brak oryginalności w tych kwestiach nie jest jednak największą wadą. Tym bardziej, że Zimniak porusza się w obszarze już wyeksploatowanym, a bardziej niż temat liczy się często (najczęściej?) wykonanie. Znany motyw zyskuje we „Władcach…” mocno autorską oprawę.

Pojedyncze pomysły i smaczki są bardzo przyjemne. Wynalazki słowotwórczo-naukowe mogą się podobać. Wszystkie te witerie, semiwiterie, ptery, adiunkcja Fogha, wreszcie tytułowy motyw ze świtem i rola tego ostatniego w całej lekturze  – szybko dają się kupić. Odciągają też uwagę od pryncypiów: fundamentów świata przedstawionego. A zastrzeżenia do tych można mieć. Podważyć np. zabieg prostej ekstrapolacji naszych realiów na świat z odrębnego zupełnie kosmosu.

Jeśli można mówić o elementach koniecznych i niekoniecznych dla powieści, drugi wszechświat będzie tym niekoniecznym. „Istoty” z Ortusa to po prostu bliźniacy naszego gatunku, bardziej zaawansowani w rozwoju. Planeta mogłaby spokojnie mieścić się bliżej, choćby w naszej galaktyce. Tymczasem autor uznał, że potrzebuje osobnego kosmosu. Nie wiem po co, szczerze mówiąc.

Ortus został skrojony pod naszą własną dymensję małpoluda. Ze wszystkich możliwych (wszech)światów trafiliśmy akurat na zupełnie swojski, ze swojską planetą, podobnymi warunkami do życia i nie tak nieznaną kulturą, bliską dalekowschodniej. Szczególny to zbieg okoliczności. Przy tym wszystkim Ortus to miejsce zagadkowe – ponura, „spiskująca” fabuła wymaga ostrożnego dawkowania informacji. W porządku. Czemu jednak Ortus tak sobie wisi w przestrzeni i… nic? Lustrzane odbicie naszej planety aż prosi się o zbadanie, w końcu to taka druga Ziemia. Dane o niej nie powinny być aż tak fragmentaryczne. Skąd ten rozdźwięk?

Gigantyczny spisek, dezinformacja, okrutny projekt wyższych sił?

Możliwe. Zwłaszcza w świetle fabularnej intrygi, wkręcenia Fogha w grę potężniejszych od siebie. Równie zasadne jest jednak wzięcie konceptu Zimniaka za antropocentryczny egoizm. To, co w pomyśle dobre, to zderzenie człowieka z rzeczywistą ludzkością prim, a nie ludzkością ubraną w ciuszki obcych, gumowe i śmieszne. Tam, gdzie do rozrachunków wykorzystujemy antropomorficznego Innego, tam zbyt łatwo jest siebie osądzić lub usprawiedliwić. Futurystyczny bliźniak lepiej spełnia rolę obiektu do sekcji. Niełatwo jednak skupić się na niej, gdy sam protagonista nie przykuwa uwagi.

Shoza Fogh to nieszczególnie udana postać literacka. Jego zwyczajność jest aż zbyt zwyczajna, a uwikłanie w interesy Ortusjan – bardziej deklarowane niż współodczuwane przez odbiorcę. Bohater, człowiek niegłupi, bynajmniej nie młody idealista, lecz doświadczony przez życie dorosły facet – chwilami zbyt łatwo daje się robić w balona. Nie wie o tym, wiedzieć nie chce lub aprobuje stan rzeczy. Jeśli zaś już drąży sprawę czy okazuje sprzeciw – szybko odpuszcza. Nader często reaguje też na możliwości Ortusjan jak dziecko na magika w cyrku. Nie widać szczególnej aktywności własnej w poszukiwaniu wiedzy, jest bazowanie na informacjach uprzejmie podanych. Nie widać mocy w uczuciach, wytrwałości w decyzjach. Iskierki buntu i podejrzliwości gaszone są piwem, gotowością kochanki, biernością własną Fogha.

Fakt faktem, że Shoza nie miał być herosem. Pisarz zaplanował go jako tchórza. Zwykłego lekarza, postawionego przed niezwykłą odpowiedzialnością. I dobrze. Ale raczej nie chciał wyciosać bohatera z drewna. A Fogh jest drewniany. Trudno mu współczuć. Jego rozterki moralne wypadają jeszcze znośnie w czynach, w scenach, które po prostu się dzieją. Banalizują się jednak zupełnie w monologach. Shoza Fogh to imię i nazwisko, rola do odegrania w fabule, nie człowiek z krwi i kości. O ile rozumiem, że zastąpienie osobowości rolą czy archetypem ma sens w fikcji społecznej, o tyle akceptuję taki manewr, gdy cała książka jest mocna. We „Władcach świtu” drewniany dźwigar-bohater nie utrzyma zbyt ciężkiej dla siebie konstrukcji.

Konstrukcja. Kompozycja. To ona zaszwankowała.

Wymienione powyżej wady to skutki wadliwej struktury powieści: zanadto oszczędnej, rozrzedzonej, zwyczajnie za krótkiej. „Władcy świtu” są książką, której naprawdę pomysłowa, rozwojowa treść została upchnięta w formę zbyt ciasną. I w końcu ją rozsadziła. Powieści Zimniaka dobrze zrobiłaby grubość cegły. W tej objętości, którą mamy, finalna część, wraz z samym zwieńczeniem lektury, jest rażąco dysproporcjonalna względem początku i rozwinięcia. Zakończenie sprawia wrażenie, jakby w ostatniej chwili autor zdecydował się pokrzepić serca i tę intencję splótł z motywacją Fogha. Do tego wszystko dzieje się za szybko.Za szybko, zbyt skokowo, bez płynności, za łatwo.

W tym tempie sylwetki nie zyskują wyrazistości, atmosfera nie gęstnieje, wrażenie manipulowania i wciągania w intrygi niewystarczająco udziela się czytelnikowi. Nie ma odpowiedniej imersji. Nie zbudują jej wstawki o dotknięciu warg ukochanej istoty[iii] i ufnym wyciągnięciu dziecięcych rąk[iv]. Zmiany nastroju, pojawianie się wątpliwości, nowych postaw, relacji i dylematów – to wszystko powinno dziać się samorzutnie, gładko, bez podpowiadania odbiorcy, co ma czuć. Szkoda, że maszyneria Zimniaka działa opornie. I zgrzyta.

Szkoda, bo Polak potrafi. Zimniak potrafi. Ale pospieszył się, jakby nagle krzyknięto: „Fajrant! Koniec roboty!”

Szkoda, bo przy wszystkich w/w wadach „Władcy świtu” to niezła rzecz. Niezła, mimo iż recenzja jest nieco przewrotna – punktuję w niej głównie braki powieści i wydawać by się mogło, że „Władcy…” są złą lekturą. Tak nie jest. To po prostu książka ze zmarnowanym potencjałem. Mająca swoje zalety.

Doprowadzona do pełni możliwości, ortusjańska społeczność Zimniaka jest zimna i wyrachowana. A przecież sama siebie nie określiłaby takimi słowami. Musiałaby wcześniej wiedzieć, jak to jest być ciepłą i niewyrachowaną. Musiałaby jeszcze posiadać empatię. Równocześnie, ludzkość prim posiada negatywną część emocjonalnego spadku „ancjałów”: złośliwa, podła i sadystyczna być potrafi. Banda psychopatów czy społeczeństwo najsilniejszych z silnych? Co ciekawe, wartościowania moralnego możemy dokonać jedynie my – ludzie z dzisiaj. W przyszłości stracimy i pojęcia, i narzędzia do ich weryfikacji. Co nam zostanie? Czy da się samą ekspansywnością i progresją biologiczną zastąpić inne doskonalenie – etyczne? Wewnętrzne? Dokąd da się żyć, zwyciężywszy śmierć? Dokąd jest sens żyć? Może to właśnie śmierć daje nam szersze możliwości niż tylko niekończące się, hedonistyczne używanie? Kto nie ma czasu, często ma go najwięcej. Nienowe to pytania i stare wnioski, ale warto je co jakiś czas stawiać. Warto co jakiś czas myć zęby i wysypiać się dłużej. Pewne rzeczy muszą się powtarzać. Są fundamentalne. Kolejna akademicka dyskusja nad kondycją naszego gatunku może i ostatecznie nie zmienia nic, ale pozwala przeczyścić szare komórki.

Dlatego po „Władców świtu” można sięgnąć. To w końcu sprawnie, ładnym językiem napisana powieść, zapewniająca rozrywkę na godziwym poziomie. A przy tym wykraczająca nieco poza ramy czytadła. I właśnie dlatego żal, że lepszych się nie doczekała. Za dużo na tylko. Za mało na .

Korekta: Katarzyna Tatomir


[i] Patrz: recenzje poprzednich tytułów serii na portalu Qfant.

[ii] Fragment noty wydawniczej z okładki

[iii] Cyt. z recenzowanej książki, str. 318

[iv] Cyt. z recenzowanej książki, str. 318

wladcy-switu-qfant

  • Autor: Andrzej Zimniak
  • Tytuł: Władcy świtu
  • Seria/cykl wydawniczy: Horyzonty zdarzeń
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Gatunek: SF/social fiction
  • ISBN: 978-833-7818-658-8
  • Data wydania: 7 października 2014
  • Wymiary: 132x202 mm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Liczba stron: 320
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: