Alice Munro, „Odcienie miłości”

Alice Munro, „Odcienie miłości”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Zbyt wąska gama barw

 Znaki szczególne lubianego twórcy – jego styl, dobór środków, podejmowane tematy – są jak sprawdzona marka. Sprawdzona marka solidnej firmy. Nasze zaufanie do autora buduje w tym wypadku raczej schemat, nie jego brak. Obstajemy przy tym, co nas nie zawiodło. Krytykowanie pisarza za to, że pisze w swój charakterystyczny sposób, kiedy właśnie za tę swoistość go cenimy – mija się z celem. Z drugiej strony, jeśli już się zawiedziemy – rozczarowanie takie boli szczególnie. Mocniej, niż to, które wywołuje badziewie bez atestu.

W „Odcieniach miłości” Alice Munro nie sposób nie zauważyć dystynktywnych cech prozy noblistki. Ktoś, kto już poznał jej opowiadania, wyłapie typowe problemy, wątki, chwyty warsztatowe: pozornie przypadkowe zdjęcia „z życia”. Zakończenia-antypointy. Umiłowanie detali. Dramaty w czterech ścianach, tragedie w niby to uładzonych, uczciwych życiorysach postaci. „Skażenie” społeczno-rodzinne bohaterów, intensywne związki rodziców i dzieci. Dryf w stronę prozy kobiecej, ale tej dobrej, nie z Harlequina, nie agresywnie feministycznej. Prowincja i prowincjonalizm. Ulubione motywy i akcenty (np. indycza farma).

Nic nowego. Ale też nie po nowe sięga czytelnik Munro, jeśli lubi, kocha, szanuje (wszystko naraz?), a jeszcze się nie znudził. Trudno zresztą mówić o przesycie, gdy autor jasno manifestuje: „Tego będę się trzymał”. Munro nie idzie w olśnienia, nudzi z przekorą i to ta „nuda” jest jej siłą. Jeżeli więc coś wytykać „Odcieniom miłości”, to na pewno nie fakt, iż „nic się nie dzieje”. Zarzut ten traci na mocy tym bardziej, im więcej opowiadań Munro poznaliśmy. Wiedzieliśmy, co nabywamy. Skądinąd, zawsze trochę wiemy, prawda? Już sama decyzja o tym, co czytamy, nie sięgając w tym samym czasie po rzecz zupełnie inną, jest manifestacją gustu, jest wyborem, jest wyróżnieniem lub deprecjacją danego utworu (najgorszy dla twórcy nie jest hejt, lecz obojętność). Wybieramy coś kosztem czegoś. Wybór śrubuje oczekiwania, oczekiwania wpływają na odbiór. Tym sposobem obiektywność recenzencka wpływa w nawias. Idzie się paść, znaczy. Na słodkich wodach naiwności.

Może jednak da się złowić. Spróbuję.

Bliżej mi akurat do wgryzienia się w twórczość Munro, aniżeli do przesycenia nią. Niemniej, już po tych pierwszych, nieśmiałych spotkaniach mogę napisać, że jestem na tak. Senna, czasem trochę mroczna atmosfera małomiasteczkowego realizmu, makro pstrykane ludzkim duszom – to lubię. I like it. Jednak „Odcienie…” – nie żrą. Nie biorą. Ich paleta wydaje mi się uboższa, niż powinna być.

Miłość… Miała i ma tyle odsłon i piewców, nie tylko w literaturze, że trudno napisać o niej coś nowego. Odnosząc się do tematu równocześnie uniwersalnego i wyświechtanego, trudnego do udźwignięcia nawet przez doświadczonych autorów, „Odcienie…” powinny ujmować go z siłą proporcjonalną do wagi. Wydaje mi się, że Munro tej siły zabrakło.

Miłość w „Odcieniach...” występuje w różnych postaciach i pod różnymi maskami. To nie tylko najbardziej popularna romansowa jej wersja (wcale nie najczęściej zresztą reprezentowana), ale i miłość w rodzinie, skomplikowane uczucia między przyjaciółmi, relacje z bliźnimi. Miłości antytezy i wypaczenia: zaborczość, bycie ze sobą dla zachowania pozorów, chęć sprawowania władzy i kontroli, obsesyjne zakochanie i niedojrzałość emocjonalna, mylone z oddaniem. Nie można mówić, by brakło miłości w miłości. Sądzę jednak, że nieco zbyt mocno roztopiła się w tle. Wszystko to, co mieści się w „Odcieniach…”, a odnosi do ich tytułu, stanowi część innych, trudniejszych do nazwania konstelacji uczuciowych. Można by było złożyć zbiorek z innych zupełnie utworów, inaczej go nazwać – otrzymalibyśmy to samo, tyle że miłość nosiłaby miano „odwiecznych problemów” albo „podstawowych kwestii”, ewentualnie: „silnie splątanych uczuć” czy „relacji pełnych niepokoju”. Jakkolwiek pokpiwam tu trochę z klisz recenzenckich, których każdy czasem używa, nie mam nic przeciw występowaniu opisywanych nimi elementów. Ba, lubię, gdy są.

Brakuje mi jednak wyrazistości samego mianownika.

Te „splątane uczucia”, niekiedy na granicy obsesji, nie mają w „Odcieniach…” odpowiedniej temperatury, wyrazistości. Umieszczone w ciągu podobnych do siebie opowieści, pod wspólnym szyldem – nie zyskują, a tracą. Autorka posługuje się przejrzystymi dla jej czytelników trikami: retrospekcją, ukazującą momenty krytyczne w przemianach bohaterów; indukującym ciągi skojarzeń detalem; opowieścią przez opowieść (bohaterowie sami snują historie, wspomnienia, anegdotki). Podobieństwo formy jest nieco za duże, a przeskoki i cięcia w narracji, wywołane wspomnianymi sztuczkami (z historii w historię, z wczoraj w dziś i na odwrót) – zacierają różnice między pojedynczymi utworami. A przecież i miłości, i przyjaźnie, i konflikty – są zupełnie inne. Inne są problemy, życiorysy, inne osoby.

Można, owszem, powiedzieć: nie ten czas, nie ta pora, to czytać dłużej, tamto wolniej. Niestety, chemii między tekstem a odbiorcą zabiegi te nie stworzą. Mogą ją podkręcić. Sama musi być wcześniej. Gdzieś się natomiast upłynnia, cicho i zdradziecko – wszystkie opowiadania niebezpiecznie upodabniają się do siebie przy końcu lektury.

A szkoda, bo pojedynczo są naprawdę warte uwagi. W „Kataklizmach”, wzbogaconych dość nieoczekiwanie wątkiem kryminalnym, opowieść o zbrodni stanowi pretekst do rozmów o szczerości. Szczerości i zakłamaniu. Łączeniu się empatii z niezdrową ciekawością, altruizmu z próżnością, solidarności z owczym pędem. „Kataklizmy” burzą nasze wyobrażenie o wiedzy na temat innych – których niby to można „dogłębnie poznać”, „przejrzeć na wylot”, a nie zna się do końca nigdy. Pytają też o to, ile wiemy o sobie. Jak zachowamy się w sytuacji krytycznej. Czy zdamy sprawdzian z człowieczeństwa, gdy nadejdzie. Czy w ogóle go dostrzeżemy. Wiedza o sobie samych, cóż tu dłużej mówić, uwiera.

„Miles City w stanie Montana” ilustruje niejednoznaczne, ciekawe relacje rodzinne. Trochę dźga naiwną, romantyczną wizję rodzicielstwa w bebech. Troszkę skubie mit o poświęceniu się dla dobra innych. Ale pokazuje też optymistyczny rys naszej natury. Niech ta nasza miłość będzie próżna, ułomna, niedoskonała. Ale niech w ogóle będzie. Bez niej nic. Nawet, jeśli stanowi dziwne dziecko przypadku i niedojrzałości, wychowane przez biedę, oschłość, zaniedbanie – lepsza taka, niż inna. Nie nam sądzić („Księżyc nad lodowiskiem przy Orange Street”). Nawet, kiedy aż świerzbi, by krzyknąć: „Cóż za egoizm!”.

Jedna z tytułowych bohaterek „Jesse i Meribeth” jest postacią w tym stopniu antypatyczną, że chce się jej dołożyć… uświadamiając sobie, iż niewiele nas różni od niej samej. W tym utworze, zdrapywanie skórki człowieczeństwa już naprawdę piecze. A przy tym, Munro z wyjątkową celnością pokazuje cały fenomen dziewczęcej przyjaźni: dziewczęcej słodyczy, dziewczęcej naiwności, kobiecej mściwości, kobiecej uraźliwości. Pisze też o wolności, sile, poczuciu sprawstwa, zrywając więzy tych pojęć ze szlachetnością i dobrocią. Ze wszystkiego możemy się wytłumaczyć i odcedzić tak samo, jak ubrać się w słowa, które nic nie znaczą. Kto niby ma weryfikować nasze postępowanie? Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Psy należą do ogrodnika i pod drodze spotkamy ich mnóstwo. Smakowita jest przewrotność tego tekstu. Nawet pomimo faktu, iż samousprawiedliwienie się protagonistki następuje zbyt pospiesznie i trąci banałem (ostatnie linijki finału brzmią trochę jak dobra rada, pusty frazes).

Wskazane powyżej opowiadania to niekoniecznie te najlepsze. W zasadzie każde jedno opowiadanie „Odcieni…”, gdyby dać mu odpowiednią panoramę, tło, na którym mogłoby błyszczeć – byłoby dla kogoś perełką. Sklejone – są wzorem na wzorze, zestawieniem deseni, które razem tworzą chaos. W spiętrzeniu, ścieśnieniu i pomieszaniu zbyt wielu impresji, fabuł jakby zaczerpniętych z wprawek do czegoś większego, szeregów imion i retrospekcji – może się pogubić nawet Munro, mistrzyni „debanalizy” codzienności, chirurgicznie precyzyjna w jej rozbiorze na czynniki pierwsze. Może też pogubić się czytelnik. Jeśli trafi na „Odcienie…” zbyt późno, przebiwszy się wcześniej przez szereg innych, wcześniejszych miniatur Kanadyjki – będzie wymagał więcej. Jeśli zbyt wcześnie – pozna już znaki szczególne noblistki i być może nie zachwyci się jej dawniejszą twórczością. Choć świeższa – z racji chronologii – to starsza proza Munro będzie wówczas tą odgrzewaną. Kolejność czytania dzieł pisarki, stopień nasycenia jej stylem i motywami, kontekst okołoliteracki – zapewne wpłyną na odbiór „Odcieni…”. Z tego samego powodu należy się spodziewać, że paleta barwna, ascetyczna już programowo – ze zbioru na zbiór będzie tylko blaknąć. Udane akcenty z „Odcieni miłości” (np. znaczenie tytułowego porostu w „Poroście”, portrety socjopatycznych sióstr w „Skazie”) pozostaną niewyraźnymi plamkami w sytuacji, gdy powinny być mocnymi punktami obrazu. Jakkolwiek więc „Galeria Munro” jest bardzo ciekawa, a jej obrazy więcej niż dobre, część znaną jako „Odcienie Miłości” polecam zwiedzić przy okazji. Na ostatku. Nieobowiązkowo.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

Munro_Odcienie-Milosci_m

  • Autor: Alice Munro
  • Tytuł: Odcienie miłości
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
  • Gatunek: proza obyczajowa/psychologiczna/społeczna, proza współczesna
  • ISBN: 978-83-08-05408-6
  • Data wydania: …
  • Wymiary: 123x197 mm
  • Oprawa: broszura ze skrzydełkami
  • Liczba stron: 512
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: