Alexandra Monir, „Władcy czasu”

Alexandra Monir, „Władcy czasu”


Recenzowała: Jagoda Wochlik

                „Władcy czasu” to kontynuacja bestsellera „Poza czasem” autorstwa Alexandry Monir. Jest to opowieść o siedemnastoletniej Michele, która odkrywa, że potrafi podróżować w czasie. Dzięki swoim umiejętnościom udaje jej się przenieść do XIX wieku, gdzie poznaje Philipa Walkera. Nastolatkowie zakochują się w sobie, ale jest jeden problem. Ich epoki dzieli ponad sto lat. Cóż to jest dla wielkiej miłości, prawda? „Jeśli trzeba, zaczekam na ciebie i tysiąc lat, nawet w innym wcieleniu”, powiedzą niektórzy. „Miłość, prawdziwa miłość, potrafi być wieczna”, dopowiedzą inni. I o tym też zdaje się być książka Alexandry Monir, bowiem jak wytłumaczyć fakt, że pewnego pięknego dnia w 2010 roku, w szkole, Michele spotyka Philipa Walkera? Tak, tego samego Philipa. Chłopak zdaje się jej jednak nie pamiętać. Gdy dorzucimy do tego zemstę zza grobu oraz podłe intrygi dawnej przyjaciółki ojca Michele (rozwiązane ostatecznie w sposób po prostu żenujący), uzyskamy w zarysie fabułę powieści „Władcy czasu”.

                Oczywiście jest to książka o wielkiej miłości. I gdybym była targetem, do którego jest skierowana, miała lat 13, no może 16, to pewnie urzekłaby mnie ta historia. Ale jestem trochę starsza, wiem, że miłość jest nieco bardziej skomplikowana, niż patrzenie sobie w oczy i zapewnianie się nawzajem o dozgonnym (i pewnie „pozgodnym” również) oddaniu oraz o tym, że jesteśmy gotowi zrobić dla siebie wszystko. Płaski, lukrowany obrazek dla nastolatek. Kiedyś pewnie by mi się to podobało, dziś jedynie śmieszy.

                To, co najbardziej by mnie w powieści interesowało, zostało potraktowane bardzo po macoszemu, przykryte ciągłymi westchnieniami głównych bohaterów, którzy w wieku lat nastu kochają się już przecież całe wieki (sic!). Owszem, pojawiają się zasady rządzące Stowarzyszeniem Czasu oraz prawa, jakim muszą podporządkować się podróżnicy, ale dylematy, z którymi się stykają, zostają jedynie zasygnalizowane. A przecież próba odpowiedzi na pytanie – czy istnieje przeznaczenie, czy los można zmieniać, czy przyniesie to więcej dobrego niż złego – jest tematem fascynującym. Rozumiem jednak, że gdybym była nastoletnim odbiorcą tej powieści, bardziej skupiałabym się mimo wszystko na powłóczystych spojrzeniach dwójki głównych bohaterów. Podobała mi się we „Władcach czasu” idea hotelu Aury i pokojów, które miały odzwierciedlać poszczególne roczniki. Gdy Irving Henry miał wybrać się do 1991 roku, zamieszkał w pokoju, w którym znajdował się między innymi plakat z filmu… „Pretty Woman”.  Ciekawy był również dziennik ojca bohaterki, XIX-wiecznego dżentelmena, który w zabawny sposób opisywał początek lat 90 i dziwił się zaistniałym w ciągu stu lat zmianom. Na uwagę zasługuje także opis XIX-wiecznego Nowego Jorku. Tym razem nie mogę się przyczepić. Przyznaję, Monir udało się oddać klimat. A przynajmniej mnie przekonała.

                O ile do wydania „Władców czasu” przyczepić się nie można, o tyle korekta woła o pomstę do nieba. Wygląda to tak jakby książkę tłumaczyły dwie różne osoby, które nic ze sobą nie uzgodniły. Imię „Rebecca” raz odmieniane jest jako „Rebecki”, innym razem jako „Rebecci”. Również jedno z głównych pomieszczeń w domu Windsorów raz bywa „holem”, innym razem „hallem”, a ilość literówek jest wręcz zatrważająca.

                Są książki dla nastolatków, po które chętnie sięgają także dorośli. Są książki dla nastolatków, do których wracając jako dorośli, odkrywamy głębsze sensy, inne sposoby odczytania. Cóż, „Władcy czasu” nie są ani pierwszym, ani drugim przykładem. To typowa powieść dla nastoletnich dziewcząt, a dodatkowo, niestety, przeciętniak w tej kategorii.

Korekta: Katarzyna Tatomir270624-352x500

  • autor: Alexandra Monir
  • tytuł: „Władcy czasu”
  • tłumaczenie: Natalia Mętrak
  • tytuł oryginału: „The Timekeeper”
  • wydawnictwo: Jaguar
  • data wydania: czerwiec 2014
  • ISBN: 9788376862477
  • liczba stron: 288
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: