Alastair Reynolds, „Otchłań Rozgrzeszenia”

Alastair Reynolds, „Otchłań Rozgrzeszenia”


Autor: Łukasz Szatkowski

Jakaż to książka powstać może, gdy do pisania zabiera się doktor astronomii? Zapewne jakaś naukowa tyrada niezrozumiała dla większości normalnych ludzi. Jednak nie w tym przypadku. Alastair Reynolds, doktor astronomii prosto z Walii, przedzierzgnął się bowiem w pisarza fantastyki. Nie dziwi zatem, że jest to fantastyka naukowa – prawdziwe hard science fiction. Dziwić może jedynie, że poza wszystkim, co ten odłam nam oferuje, czyli, powtarzając za Piotrem Kasprowskim z jego książki zatytułowanej: „500 zagadek z fantastyki i science fiction”, między innymi opieranie się na rzetelnych podstawach naukowych i na ich podstawie antycypowanie przyszłości, dostajemy także świetny pokaz umiejętności i warsztatu pisarskiego Reynoldsa, a są one nieprzeciętne. I głównie dzięki temu „Otchłań Rozgrzeszenia”, dostępna w Polsce dzięki wydawnictwu MAG, bo o niej właśnie jest mowa, plasuje się wysoko na tle innych pozycji z tego nurtu.

XXVII wiek. Ludzkość rozprzestrzenia się po galaktyce, jednak nie jest to ludzkość taka, jaką znamy. Dzięki rozwojowi nauki, a zwłaszcza inżynierii genetycznej, podzieliła się na kilka podgatunków. Mamy więc, obok standardowych ludzi linii głównej, między innymi Hybrydowców, Ultrasów (i nie chodzi tu o kibiców sportowych), a nawet zmodyfikowane świnie. Okazuje się, że obecnie jesteśmy sami we wszechświecie, choć nie zawsze tak było. Na różnych planetach odkrywane są szczątki kilku wymarłych kultur, jak się okazuje, zniszczonych przez tajemniczą armię maszyn rodem prosto z otchłani kosmosu, która z jakiegoś powodu nie chce dopuścić do egzystencji cywilizacji na poziomie wystarczającym do skolonizowania wszechświata. Przyszła kolej na ludzi – Inhibitorzy (bo tak nazwana została ta armia) niszczą kolejne układy planetarne. Czy skończy się to zagładą ludzkości? Być może nie, bo istnieje jeszcze trzecia siła, która mogłaby wspomóc nas w walce z najeźdźcami. Lecz jaka będzie cena za taki sojusz?

Po raz kolejny można się przekonać, że ważna jest nie tylko ciekawa, oryginalna historia, ale również w tym samym stopniu, umiejętność jej przedstawienia. Reynolds „sprzedaje” swoją opowieść w sposób błyskotliwy, przemyślany, wymagający tyleż dobrego konceptu i  umiejętności pisarskich, co ciężkiej pracy. Czytając, myślałem nad chwytliwymi porównaniami i metaforami obrazującymi układ i kompozycję powieści. Przychodzi mi na myśl skomplikowana, a jednak nie chaotyczna mozaika; olbrzymia figura ułożona z kostek domina – czytelnik ma szansę pchnąć początkowe elementy z różnych stron i obserwować, jak perfekcyjnie ułożone klocki przewracając się, odsłaniają wspaniały obraz; marynarski węzeł, laikowi wydający się przypadkowym zapętleniem liny, a w rzeczywistości służący konkretnym celom, dzięki takiemu, a nie innemu ułożeniu; wreszcie muzyka polifoniczna, nakładanie się na siebie muzycznych tematów i motywów, tak trudna do wykonania, a dająca tak wiele artystycznych wrażeń zarówno melomanom, jak i samym wykonawcom. „Otchłań Rozgrzeszenia” to powieść wielowątkowa, choć nie rozłazi się na wszystkie strony. Akcja toczy się na różnych światach, w różnym czasie (ponad sto lat różnicy, ale cóż to jest w realiach podróży podświetlnych i hibernacji!), a wydarzenia oglądamy z perspektywy różnych bohaterów. Różnorodność płaszczyzn może przytłaczać, ale są one niczym dopływy rzeki – niektóre zostają wchłonięte przez jeden z dwóch głównych wątków, łączą się ze sobą, rozdzielają, a wszystko zmierza ku wspólnemu finałowi. Reynolds w każdym rozdziale serwuje nam niewielkie fragmenty z każdego z aktualnie prowadzonych wątków, początkowo nie ma to wielkiego sensu, jednak w miarę czytania okazuje się, że nakładają się one na siebie, mimo że dzieli je czas i przestrzeń. Jednocześnie, są prowadzone w taki sposób, by nie popsuć czytelnikowi zabawy – dla przykładu: dwójka bohaterów prowadzona w odległych wątkach potrafi się okazać jedną i tą samą osobą.

Do wydania również nie można się za bardzo przyczepić. Może i nie zdobędzie głównej nagrody w konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku, ale dla mnie, jako czytelnika nałogowego, liczą się głównie względy pragmatyczne – MAG oferuje nam prawie osiemset stron, w jednym, konkretnym woluminie, który nie rozłazi się przy szerszym otwarciu, a wszystko to w schludnej, prostej okładce i przyzwoitej, biorąc pod uwagę zawartość, cenie. Warto także zwrócić uwagę na tłumaczenie, gdyż jest to hard, a nawet chwilami very hard SF, w dodatku pisana przez osobę, która ma z nauką wiele wspólnego i potrafi snuć dosyć skomplikowane futurystyczne wizje, używając przy tym wielu niełatwych zwrotów. Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski spisali się w tej materii bardzo dobrze i potrafili przetłumaczyć to wszystko tak, by nie była to zupełnie czarna magia nawet dla czytelnika, który nie wie nic na temat teorii wszechświatów równoległych, uzbrojenia czy systemów maskujących przyszłości i innych ciekawych nowinek.

Wydawnictwo zapewnia, iż mimo że „Otchłań Rozgrzeszenia” jest kontynuacją poprzednich powieści Reynoldsa, można ją czytać zupełnie niezależnie. Cóż, to prawda. To mój pierwszy kontakt z twórczością autora, niemniej (jeśli nie padnę trupem w ciągu następnych kilku tygodni), na pewno nie ostatni. Cieszyć i dumą napełniać może fakt, że logo QFantu widnieje na okładce wśród patronów medialnych – „Otchłań Rozgrzeszenia” Alastaira Reynoldsa jest niewątpliwie godna polecenia.

Korekta: Natalia Bieniaszewska

Autor:Alastair Reynoldsotchlanr_ozgrzeszenia_qfant

Tytuł:Otchłań Rozgrzeszenia

Data wydania:28 maja 2010

Wydawnictwo:MAG

ISBN: 978-83-7480-164-5

Tłumaczenie: Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski

Oprawa: miękka

Liczba stron: 784

Cena: 49,00 zł

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: