Agnieszka Hałas, „W mocy wichru”

Agnieszka Hałas, „W mocy wichru”


Recenzował:Łukasz Szatkowski

                Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Tak stało się również z trylogią „Teatr Węży” Agnieszki Hałas, której finałowa część, „W mocy wichru”, właśnie znalazła się w sprzedaży. Być może istnieje szansa na kontynuację przygód Krzyczącego w Ciemności, gdyż zakończenia przedstawionego przez autorkę nie można raczej określić mianem definitywnie zamykającego. Na razie zostawmy jednak przyszłość w spokoju i zerknijmy na to, co kryje się między nieszczególnie urodziwą okładką „W mocy wichru”.

                Brune nie ma zbyt wiele czasu na podążanie tropem swych zaginionych wspomnień. Marshia wplątuje się bowiem w pojedynek i nie obejdzie się bez jego pomocy. Uwagi domaga się także sprawa brutalnych morderstw na prostytutkach w Eume. Na Krzyczącego spada również obowiązek wyszkolenia Anavri, a międzyczasie musi uporać się z demonami, które uwzięły się na niego z niewiadomych przyczyn. Życie ka-ira zdecydowanie nie należy do łatwych i przyjemnych. Czy Krzyczący sprosta wszystkim obowiązkom, odkryje swą przeszłość i przy tym pożyje dostatecznie długo, by nacieszyć się owocami ciężkiej pracy?

                Za każdym razem, kiedy w „Teatrze…” trafiam na fragment o Skażeniu, które dotknęło jeden z rodzajów magii, moje myśli z miejsca wędrują w stronę półki, na której dumnie pysznią się opasłe tomy „Koła czasu” Roberta Jordana. Podobieństwa bowiem nie kończą się na wspomnianym Skażeniu i jego konsekwencjach, czyli szaleństwie dotykającym czarnych magów, ale samym dualizmie leżącym u podstaw natury magii. U Jordana ten dualizm ma dość ostry podział przebiegający według płci i obecny jest on zresztą nie tylko w systemie magii, ale na wielu płaszczyznach opowieści. Hałas postawiła na czerń i srebro. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć: okej, czyli mamy dobrych i złych – nuda i stereotypy. Lecz wystarczy wejść trochę głębiej, by stwierdzić, że żadna ze stron nie jest ani dobra, ani zła. W zasadzie nawet ciężko stwierdzić, czy którejś jest bliżej do jednej z tych skrajności. Owszem, czarni czerpią swoją siłę z cierpienia, ale przecież nie muszą być jego sprawcami. Jest go w końcu aż nadto, wystarczy przejść się w odpowiednie miejsce i zaczerpnąć, nie robiąc nikomu krzywdy. Srebrnych obchodzi za to jedynie Ekwilibrium, zachowanie równowagi. Jeżeli nie ma potrzeby jej przywracania – nie ruszą palcem; nieważne czy to plaga, czy seria brutalnych morderstw – są obojętni, amoralni, żyją według zasad, które nijak się mają do powszechnie pojmowanej uczciwości, sprawiedliwości czy zwykłej wrażliwości. Czarni są mimo wszystko bardziej ludzcy.

                Choć w konstrukcji świata można dostrzec wiele podobieństw do znanych zachodnich cykli fantasy, to już na płaszczyźnie rozłożenia akcentów w fabule Hałas dość wyraźnie odcina się od powszechnie obowiązującego schematu. Nikt tutaj nie ma ambicji ratowania świata, nikomu nawet przez myśl nie przechodzi, by próbować odwrócić Skażenie, pokonać srebrnych czy sprowadzić bogów z powrotem. Nic z tych rzeczy, zresztą Krzyczący nie jest żadnym herosem – owszem, jest na tyle silny, by trzeba było się z nim liczyć, ale jakby któremuś z ważniejszych graczy naprawdę zależało, by go zlikwidować (a nie zmusić do posłuszeństwa), to może i by się trochę zmęczył, ale ostatecznie nie miałby z tym większych problemów. Wzniosłość ograniczona jest do minimum, tutaj najważniejsze jest przeżycie, w miarę możliwości jak najgodniejsze. Jeśli masz przeżyć mimo czarnego daru, musisz stać się do bólu racjonalnym pragmatykiem, mierzyć siły na zamiary i nie oglądać się za siebie.

                To czego mi w cyklu Agnieszki Hałas brakuje, a co może wynikać z powyższego akapitu, to brak jakiegokolwiek emocjonalnego uderzenia. Lubię, jak książka mnie sponiewiera w dowolny sposób – okrucieństwem, wzruszeniem, beznadzieją, poświęceniem, czymkolwiek, nie jestem wybredny. Nie wiem, czy wynika to z braku umiejętności grania czytelnikowi na nerwach (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) czy z pogardy autorki dla takich tanich chwytów, ale czegoś takiego po prostu tu nie ma. Świat demonów nie jest tak mroczny, jak być powinien, nieszczególnie odczuwam atmosferę zaszczucia czarnych przez srebrnych, a opis tortur ogranicza się do tego, że ktoś kogoś skopał i ten ktoś konał potem w męczarniach przez kilka godzin z powodu urazu organów wewnętrznych. Kiedy miałem przyjemność rozmawiać z Agnieszką Hałas na jednym z konwentów, z rozbrajającym, przepraszającym i jednocześnie złośliwym uśmiechem zapewniła mnie, że z pewnością będę nastawał na jej życie, kiedy przeczytam, co zrobiła z moim ulubionym Znajdą. Liczyłem, że zginie w jakiś wymyślny sposób albo zmieni się z dzieciaka w geniusza zła niczym Anakin Skywalker. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu został potraktowany jak nieistotny rekwizyt. Smutne.

                Muszę kończyć, a tyle jeszcze zostało do omówienia. Skoro o kończeniu mowa, to pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że „W mocy wichru” ma tyle zakończeń, że praktycznie nie ma żadnego. Jeśli wyda Wam się, że trafiliście na finałową walkę, to nie wstrzymujcie koni, bo meta jeszcze daleko. Kilka razy miałem wrażenie, jakbym schodził po schodach, nie patrząc pod nogi, i źle wyliczył liczbę stopni, co wiadomo czym skutkuje. Z tego wnoszę, że koniec powieści i całego cyklu może wcale nie jest końcem ostatecznym…? Oby, bo mimo pewnych zastrzeżeń, „Teatr Węży” nadal pozostaje jednym z najlepszych polskich cykli fantasy ostatnich lat i warto się z nim zapoznać. Z tego, co mi wiadomo, Agnieszka Hałas pracuje jednak nad czymś diametralnie innym, ale nie będę psuł niespodzianki.

 

 

Korekta: Katarzyna Tatomir w-mocy-wichru-3-qfant

 

  • cykl: Teatr Węży
  • wydawnictwo: Solaris
  • data wydania: 6 listopada 2013
  • ISBN: 9788375900798
  • liczba stron: 580
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: