Adrian Turzański, „Anielski śpiew”

Adrian Turzański, „Anielski śpiew”


Recenzowała: Magdalena Mińko

„Anielski śpiew”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res to debiut Adriana Turzańskiego i zarazem pierwszy tom serii „Anielska Apokalipsa”. Powieść wpisuje się w popularny od lat nurt literatury angelologicznej, prezentującej alternatywne wizje niebiańskiej hierarchii i relacje jej przedstawicieli ze śmiertelnikami. Ze względu na sporą konkurencję w tym temacie, moje oczekiwania względem książki były dość duże.

W pierwszej chwili zwróciłam uwagę na opracowanie graficzne „Anielskiego śpiewu”. Przyjemna dla oka okładka oraz przejrzysty układ tekstu zachęcały do lektury. Niestety, dobre wrażenie szybko prysło. Już czytając zapowiedź wydawcy, miałam lekkie obawy, by sięgnąć po ten tytuł. Kanwa historii zdawała się nie wyróżniać niczym wyjątkowym – Bóg odszedł, pozostawiając Dzieło Stworzenia w rękach aniołów, które pozbawione boskiej jurysdykcji, popadają w marazm. Trudno w tym miejscu uniknąć skojarzeń z kultowym cyklem „Anielskie zastępy”, pióra Mai Lidii Kossakowskiej. Jednak wszelkie podobieństwa między obiema pozycjami w tym punkcie się kończą. Adrian Turzański kreuje mroczną wizję Nieba, w którym Aniołowie, przez wieki toczeni zawiścią wobec ludzi, postanawiają wziąć na nich odwet, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. W Chórach dochodzi do rozłamu na zwolenników Metatrona, pragnącego utrzymać dawny ład, w oczekiwaniu na powrót Ojca oraz na sympatyków Gabriela, który chce rozpętać Apokalipsę. Archanioł czuje się w obowiązku zająć miejsce Najwyższego, który w jego rozumieniu zniknął, gdy zepsuta ludzkość odwróciła się od Niego. By wypełnić Janową wizję Końca, Gabriel gotów jest sprzeniewierzyć się duchowemu dziedzictwu i nie cofnie się nawet przed wejściem w konszachty z potępionymi duszami. Choć z początku nikt nie dowierza, by „pierwszy kuglarz Nieba” był w stanie dopiąć swego, Gabriel zyskuje coraz większe poparcie, zaś na Ziemię posyła herolda z misją zwiastowania niechybnego końca.

Pierwsze rozdziały książki czytało mi się stosunkowo dobrze – intryga rozwijała się powoli, autor stopniowo wprowadzał kolejnych bohaterów, pozwalając czytelnikowi dobrze ich poznać, nim akcja ruszy na dobre. Niestety, w moim odczuciu, ten długo wyczekiwany moment nigdy nie nadszedł. Fabuła z każdą kolejną stroną zaczęła przypominać dość chaotyczny zbiór wątków, miejsc oraz postaci, które zamiast nadać dynamiki opisanym wydarzeniom, wprowadzały niepotrzebny zamęt, znikały bez wyjaśnienia lub koniec końców – okazywały się nie mieć związku z głównym nurtem historii. „Niezależna”, trzecioosobowa narracja jedynie potęgowała to wrażenie, a jej obiektywizm często okazywał się pozorny (świadczą o tym wtrącenia w rodzaju: „ja nie wiem”). Narracja „przeskakiwała” z postaci na postać, choć początkowo można było odnieść wrażenie, że będzie prowadzona z perspektywy konkretnego bohatera. W moim odczuciu, „Anielskiemu śpiewowi” jest bliżej do scenariusza niż powieści, a ukazane wydarzenia, podobnie jak ich układ, miałyby szansę obronić się, gdybym zamiast z książką miała do czynienia z jej filmową adaptacją.

Największymi problemami, przed jakimi stanęłam podczas lektury i wobec których trudno mi przejść obojętnie, to niedopracowany styl i korekta językowa, a w zasadzie jej brak. Czytelnik na każdym kroku natrafia na błędy, takie jak zapis nazw własnych małą literą, błędna odmiana przymiotników i rzeczowników czy przekręcanie imion postaci. Są to pomyłki typowe dla „autokorekty”, które najlepszym zdarzają się sporadycznie. Natomiast pierwszy raz spotkałam się z tak zastraszającą ilością błędów w publikacji papierowej, a częstotliwość ich występowania zdecydowanie utrudniała lekturę.

Również styl uprawiany przez Adriana Turzańskiego pozostawia wiele do życzenia. Początkowo wydawało mi się, że autor uderza w lekko sarkastyczne tony, nadające dodatkowego kolorytu samej historii. Wypowiedzi aniołów i świętych były pozbawione patosu i archaizmów, których mógłby oczekiwać przeciętny śmiertelnik, nawet pobieżnie obeznany z Pismem Świętym. Sporo zapożyczeń z języka kolokwialnego i odwołań do współczesnej kultury masowej zapewne wynikało z umieszczenia znacznej części akcji na Ziemi, z drugiej strony zaś stanowi pewnego rodzaju wyciągnięcie dłoni w kierunku młodego czytelnika. Po pewnym czasie „styl” okazał się jednak męczący i pełen (groteskowych) dysonansów, jak przyrównanie wyglądu Gabriela („wyszkolonego w sztukach wybiegowego modelingu”) do Brada Pita, czy cytowanie przez Archanioła fragmentów piosenki Budki Suflera. Liczne powtórzenia i nie najlepiej sformułowane porównania (jak choćby „ciapowato” idący Serafini, „zblazowana mina” Michała Archanioła lub „nijaki” Mojżesz), zaczęły sugerować nie tyle celowy zabieg stylistyczny, co pewne braki w warsztacie pisarskim. Chyba do najbardziej charakterystycznych potknięć można zaliczyć użycie słowa „makówka”, które autor stosuje na określenie wszelakiego rodzaju głów, zarówno ludzkich, anielskich, jak i demonicznych.

„Anielski śpiew”, jak rzadko która książka, okazał się dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Nie tylko ze względu na wymienione wcześniej niedociągnięcia, ale przede wszystkim dlatego, że zawiódł pokładane przeze mnie w nim nadzieje. Mimo wszystko uważam, że historia opisana przez Adriana Turzańskiego miała w sobie potencjał, który przy odrobinie pracy pozwoliłby jej zaistnieć na rynku, jako że sam autor wydaje się nie pozbawiony wyobraźni i odnosi się do otaczającej go rzeczywistości z pewną przekorą. Ciekawi mnie bardzo, czy rzeczywiście „Anielska Apokalipsa” doczeka się zapowiadanej kontynuacji. Pomimo nie najlepszych doświadczeń podczas lektury pierwszego tomu, chciałabym dowiedzieć się, jaki będzie finał tej historii.

 

Korekta: Urszula Pituraanielski-spiew-qfant

  • Tytuł: Anielski śpiew
  • Autor: Adrian Turzański
  • Wydawca: Novae Res
  • Format: 121x195mm,
  • Oprawa: miękka
  • Wydanie: Pierwsze
  • Liczba stron: 388
  • Rok wydania: 2014
  • ISBN: 978-83-7942-089-6
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: