Jacek Skowroński, „Był sobie złodziej” – PATRONAT

Jacek Skowroński, "Był sobie złodziej" - PATRONAT


Był sobie złodziej.
Taki wybrał zawód.
Okradał bogatych, nie rozdawał biednym.
Nigdy nie wpadł.
Aż do tego feralnego dnia.
Kiedy wychodził z mieszkania, które właśnie obrobił, ktoś już na niego czekał...

W sprzedaży od 15 czerwca
Cena: 29.90 zł

Fragmenty
Zamów książkę

Była sobie powieść; czyli recenzja „Był sobie złodziej” Jacka Skowrońskiego.

Ludzi pociąga zbrodnia, to żadna nowość. Ma ten pikantny, zakazany smak, który powoduje dreszcz podniecenia. Ludzie uwielbiają także tajemnice; czymże byłby bez nich świat? Gdy dodamy obie te rzeczy, staje się jasne, dlaczego ludzie zaczytują się w powieściach kryminalnych lub też oglądają filmy. Któż nie zna Sherlocka Holmesa, Philipa Marlowa, Herkulesa Poirota, Jamesa Bonda?

Cytując za Wikipedią: w nurcie powieści kryminalnych możemy wyróżnić cztery typy fabuł: sensacyjno-awanturniczą, detektywistyczną, czarny kryminał amerykański, z którego wywodzi się powieść gangsterska, oraz czwartą, charakterystyczną dla krajów byłego obozu socjalistycznego.

„Był sobie złodziej” Jacka Skowrońskiego zaliczyć należy do nurtu sensacyjno-awanturniczego, bohaterem nie jest detektyw, który toczy samotną walkę ze zbrodnią, lecz tytułowy złodziej, który ma prawo w głębokim poważaniu. A konkretnie nie ma oporów moralnych przed przywłaszczaniem sobie przedmiotów należących do kogoś innego.

Tytułowy złodziej nie jest jednakże przysłowiowym rzezimieszkiem, który czeka za wyłomem na kupca cegły, czy uwalnia pasażerów autobusu od ciężaru portfeli. Jest to profesjonalista, dbający przede wszystkim o to, by pozostać na wolności. Wszystkie skoki planuje niesamowicie drobiazgowo, nie zamierzając nigdy zamieszkać na koszt państwa w małym lokalu z kratami w oknach. I faktycznie, udaje mu się igrać z losem niesamowicie długo. Niestety, każda dobra passa ma swój koniec.

Pomimo że bohaterem powieści nie jest agent specjalny, detektyw, czy inny heros, to jego mottem mogłoby być Marlowowskie: kłopoty to moja specjalność. Tak jak dla detektywa z powieści Chandlera, nie ma dla niego sytuacji, w obliczu której ogłosiłby kapitulację. Jest to zdecydowanie gwiazda książki, przy której pozostałe blakną. Wraz z każdą kolejną kartą książki, czytelnik zaczyna mu coraz bardziej kibicować. To trudna sztuka, którą czytelnicy uwielbiają. Nieliczni pisarze to potrafią.

Co do postaci drugo- i dalszoplanowych, to książka oferuje nam całą ich barwną galerię, od meneli, przez mafię, normalnych ludzi starających się godnie zarobić na chleb, aż do stróżów prawa, którzy depczą po piętach bohaterowi powieści Skowrońskiego.

Fabuła książki jest piekielnie wstrząsająca. Najpierw niewiele wiemy, ciemność powoli rozjaśnia się, a potem nagle okazuje się, że siedzimy w wagoniku kolejki górskiej i zaczynamy pędzić przez kolejne sytuacje, którym bohater musi stawić czoła. Czasem zdarzają się momenty odpoczynku, wytchnienia, gdy ten znajduje schronienie w pozornie bezpiecznej oazie. Wagonik nagle szarpie i znów jedziemy głową w dół, pokonując pętle śmierci. Ta dynamika nie zmienia się aż do ostatniego zdania książki. Podczas lektury czytelnik nie ma czasu na nudę, brak jakichkolwiek dłużyzn, a każdy element buduje układankę, która odsłania swoją misterność w chwilę po tym, gdy finalnie zamykamy okładki.

Czytałem już książki, w których dobry pomysł fabularny został uśmiercony fatalną realizacją. W przypadku „Był sobie złodziej” jest dokładnie odwrotnie.

Dialogi urzekają stylizacją i naturalnością. Gdy rozmawia dwóch bandytów, w ich słowach aż pieni się prymitywizm, arogancja i brak szacunku dla wszystkiego co uczciwe i sprawiedliwe, a gdy bełkocze osobnik po spożyciu kilku litrów ożywczych procentów, to niemal czujemy jego oddech, świeży niczym zsyp na osiedlu socjalistycznym.

Autor jest człowiekiem spostrzegawczym. Opisy, które serwuje, przenoszą nas w miejsca, gdzie toczy się akcja. I nie są to rozwlekłe spisy inwentarza, lecz krótkie ulotne obrazy, zapachy, odgłosy. Wielkie brawa za Ustkę. Gdy dotrzecie do tej części książki, będziecie wiedzieć, o czym mówię.

I wreszcie na koniec zostawiłem to, co dla mnie osobiście jest numerem jeden powieści. Narracja pierwszoosobowa. Kiedy ostatnio zdarzyło się wam chichotać podczas lektury? Książkę Skowrońskiego czytałem w nocy i czasem łapałem się na tym, że zbyt głośno reagowałem (to znaczy rechotałem) na kolejną porcję przemyśleń, w której złodziej opisuje z pozoru beznadziejną sytuację. Niektóre z jego powiedzonek wbijają się w głowę jak niechciana piosenka. Na przykład, porównanie spojrzenia bandyty do świeżego grobu. Nie chcę być wróżbitą, ale kilka z takich smaczków może wejść do kanonu.

Dla kogo jest to książka? Czy jest ktoś, kogo nie zachęciłem? Przysięgam, na własny parol, że kto sięgnie po „Był sobie złodziej”, o ile oczywiście lubi/umie czytać, ten będzie bawił się wybornie. Nie wspomniałem o jednym istotnym fakcie. „Był sobie złodziej” to debiut wydawniczy Jacka Skowrońskiego. Każdemu życzę takich początków i jednocześnie czekam na kolejną powieść jego autorstwa. Mam prośbę, panie Jacku, niech to będzie coś dłuższego, bo wciągających jak bagna historii zawsze mi mało.

Piotr Michalik

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: