Kim Stanley Robinson, „2312”

Kim Stanley Robinson, „2312”


                Recenzował: Łukasz Szatkowski

     Kim Stanley Robinson, utytułowany autor doskonale znanej i w pewnych środowiskach kultowej „Trylogii marsjańskiej” przez ostatnią dekadę został niejako odstawiony na boczny tor. Jego kolejne powieści przechodziły niemal bez echa, ostatnią poważniejszą nagrodę zdobył w 2002 roku za powieść „Lata ryżu i soli”, która była zresztą do niedawna najnowszą powieścią Robinsona dostępną po polsku. Nadszedł jednak rok 2012, a wraz z nim powieść o tajemniczym tytule „2312”, która w końcu przebiła się do szerszej świadomości, zdobyła aż siedem nominacji do najważniejszych nagród i zgarnęła Nebulę. Któż by się jednak spodziewał, że po tę książkę sięgnie nie kojarzona szczególnie z ambitną zachodnią science fiction Fabryka Słów? To kolejny dobry ruch tego wydawnictwa w ostatnim czasie – po pozyskaniu Marka Huberatha i polskich edycjach cykli Marka Hoddera i Jamesa Coreya. Oby szli dalej tą drogą.

                Ludzkość skolonizowała cały Układ Słoneczny – Mars jest już w pełni zdatny do życia, trwa terraformowanie Wenus, następne planety i księżyce czekają w kolejce. Tam gdzie podobne zmiany nie są możliwe, ludzie i tak funkcjonują pod ziemią bądź w habitatach pod specjalnymi kopułami. Nie daliśmy spokoju nawet dużym asteroidom, większość z nich również została poddana swoistej terraformacji, a przy okazji pełni rolę środka transportu. Nowa sytuacja to jednak także nowe problemy i tarcia na płaszczyźnie politycznej, kulturowej, światopoglądowej, społecznej i ekonomicznej. Dokąd zmierza nowe, podzielone społeczeństwo – do dalszego rozwoju czy samozagłady?

                Osią fabularną „2312” jest historia kryminalna o podłożu politycznym z problemem rzekomej świadomości komputerów kwantowych w roli głównej i uzupełniona o dość rozbudowany wątek miłosny. Fabuła napisana została solidnie, lecz bez jakiegoś szczególnego polotu. Mam wrażenie, że to nie ona jest w powieści Robinsona najistotniejsza, a służy tylko jako przerywnik, popitka do głównego dania, jakim jest wykreowany z wielką dbałością o szczegóły świat.

                Kim Stanley Robinson próbuje bowiem robić to, co jest jednym z najważniejszych elementów hard science fiction – ekstrapolować przyszłość. Widać tu doskonale, że nie bierze sobie technologii i wszelkich rozwiązań z kapelusza niczym w space operze, ale wszystko, o czym pisze, ma solidne podstawy. Solą tej powieści (pozostając w klimacie porównań kulinarnych) są międzyrozdziałowe wstawki – „spisy”, a przede wszystkim „wycinki”. Normalnie byłyby to tylko takie tam ciekawostki, uzupełnienie uniwersum, ale tutaj wyrastają na pierwszy plan – mnie zainteresowały bardziej niż to, co się działo w opowieści. Trzeba jednak przyznać, że zgrabnie korelują z fabułą. Bohaterowie mają wyruszyć w podróż asteroidą-terrarium? Parę kartek dalej mamy zgrubną instrukcję ich tworzenia i funkcjonowania. W rozmowach wspomniane zostały jakieś bliżej nieokreślone okresy historyczne w dziejach kolonizacji Układu Słonecznego? Możecie być pewni, że niedługo dowiecie się, o co chodzi i jaki był ich przebieg. „Wycinki” są ponadto o tyle ciekawe, że nie przybierają formy tekstów naukowych, ale zostały spreparowane tak, aby przypominały fragmenty podręczników, artykułów popularnonaukowych, a niekiedy wręcz prospektów reklamowych. Rzadko są to teksty zwarte, przeważnie mamy do czynienia z urwanymi kawałkami pojedynczych akapitów – maksimum informacji podanych w interesującej formie i stylizacji, zero wodolejstwa i hermetycznego naukowego slangu. A informacje te mają różnoraką naturę – Robinson porusza nie tylko kwestie astronomiczne, medyczne, historyczne, ale również filozoficzne czy społeczne. Przewiduje, zauważa, przestrzega, skłania do refleksji, szuka rozwiązań.

                Zastanawiam się, czy przeciętny fan Fabryki Słów nie odbije się od tej powieści. Być może wystarczy po prostu inaczej rozłożyć uwagę, by cieszyć się fasadową fabułą, a zignorować całą głębię, która kryje się w świecie przyszłości wykreowanym przez Robinsona. Jakbyście jej nie czytali, warto dać szansę „2312”, zwłaszcza jeśli należycie do grupy utyskującej, że w dzisiejszych czasach dobrej science fiction już się nie wydaje.

2312-qfant

Korekta: Katarzyna Tatomir

 

  • tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
  • tytuł oryginału: 2312
  • wydawnictwo: Fabryka Słów
  • data wydania: 4 października 2013
  • ISBN: 9788375747676
  • liczba stron: 636
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: