Maciej Lewandowski, „Splątanie” – [fragment]

Maciej Lewandowski, „Splątanie” - [fragment]


Jacek ruszył po schodach, sunąc przy ścianach. Chwila rozmowy pozwoliła odzyskać równowagę, a Pan Zdrowy Rozsądek, zwyczajowo drzemiący w swojej kanciapie, gdzieś na zapleczu świadomości, wrócił na posterunek. Mechanizm świadomości na powrót działał, wybijając rytm precyzyjnie wymierzonych obrotów niedopuszczających do najmniejszej fuszerki, mielących na miał lęki i troski. Uśmiechnął się w duchu. „Potwory może i mieszkają w szafach, ale nie w zacienionych korytarzach publicznych placówek, zwłaszcza komisariatów policyjnych” – przemknęło mu przez głowę.

Obracając tę myśl niczym uszkodzoną zębatkę, powodującą awarię całego układu, wszedł do ciasnego pokoju, skrytego za mlecznymi drzwiami. Po raz ostatni przyjrzał się felernej części swojej wyobraźni i z satysfakcją obrócił ją w niebyt. Ponad dwa tygodnie męczył się, by się pozbyć tego cholerstwa; stanowczo za długo. Przekroczył przestrzeń tego kuriozalnego połączenia biurowego kołchozu z ideą open space’a i przecisnął się do swego biurka.

Krzesło jęknęło cicho, gdy opadł na nie ciężko, rozprostowując bolące kolano. Przez chwilę przyglądał się słonecznej tarczy dźwigającej się ociężale nad dachami budynków. Cienie w pokoju wydłużyły się, sięgając szpar między meblami, zupełnie jak robactwo rozbiegające się w kuchni po włączeniu światła. Jacek prychnął, szydząc na równi z przyczyny niedawnej irracjonalnej paniki, jak i samej reakcji na ciemność.

– Za dużo pogawędek z Michałową – mruknął pod nosem, otwierając zamaszyście szafkę i wyciągając z niej niewielką butelkę ballantine’sa. Zmierzył fachowym okiem zawartość flaszki, po chwili nalał odrobinę na dno szklanki i zamarł.

„Przeszłość definiuje przyszłość, chłopcze” – mawiał dziadek Jacka. Zwykle sadowił się w tym swoim wytartym fotelu w najbardziej wstrętnym odcieniu spranej zieleni, jaki można było sobie wyobrazić. Ilość i zaciekłość bojów toczonych o siedzisko można było spokojnie przyrównać do czasów, gdy Napoleon panoszył się w Europie. Nic, nawet spokojne tłumaczenie ojca, który postanowił sprezentować teściowi eleganckiego cadillaca pośród foteli, nie dało rady przekonać starego profesora do zmiany przyzwyczajeń. Dziadek, gdy już umościł się wygodnie, dopasowując resztki wygniecionej gąbki do swego kościstego zadka, odpalał fajkę i stroszył brwi, szykując się do opowieści. Pewnego razu nie opowiedział jednak o Napoleonie i Waterloo – przynajmniej nie od razu. Tamtego czerwcowego popołudnia, gdy wszyscy domownicy cieszyli się niedzielą w ogrodzie, pyknął fajką i szeptem odsłonił kawałek historii, która zapadła Jackowi w pamięć. „Czasem definiuje ją tak silnie, że maluje obrazy, pokazując zarysy i barwy przyszłości. Czasem tworzy jedynie zakładkę, wbija pinezkę, tak byś wiedział, że dotarłeś do właściwego miejsca. To może być zapach, refleks świetlny czy kolor, ale przeszłość zawsze znajdzie sposób, by o sobie przypomnieć w najmniej odpowiednim momencie”. Jacek zamknął oczy, pozwalając płynąć myślom swobodnie. „Pamiętaj, nie zdradź się, że wiesz. Nawet w tej rodzinie nie mówimy o tym na głos”. To był pierwszy i ostatni raz, gdy cokolwiek mogło powstrzymać opowieść o pochodzie Napoleona.

Otworzył oczy, czując, jak krew buzuje mu w skroniach. Wpatrywał się tępo w zarzucone papierami biurko, kolorowe zdjęcia wygaszacza ekranu, szklankę whiskey oraz telefon. Prostokątny, analogowy relikt technologicznego szaleństwa okresu transformacji ustrojowych, obleczony w żółknącą biel taniego plastyku.

Wstrzymał oddech, czekając na drażniący dźwięk dzwonka.

Wiedział doskonale, że za chwilę rozbrzmi świdrujący, uporczywy dźwięk nadchodzącego połączenia.

Już to kiedyś widział. Był w tym miejscu, w tej dokładnie chwili i wszystko oglądał przez mleczną szybkę, rozmywającą kontury rzeczywistości.

Tamtego leniwego poranka nie zastanawiał się nad tym. Dopił spokojnie kawę i starł bułką z talerza resztki twarogu. Wizje, jak je nazywał, pojawiały się zawsze nieoczekiwanie. Czasem w trakcie jazdy samochodem, podrywania dziewczyny w pubie albo podczas śniadania, przerywając lekturę felietonu Vargi.

Pomijając całkowitą nieregularność, wszystko przebiegało zawsze wedle tego samego schematu: to, co miał przed oczyma, dajmy na to kubek kawy i gazetę, rozmywało się w mgle, wypierane niewyraźnym obrazem innego miejsca i czasu. Ot, teraz pije kawę w sobotę rano, by po chwili żłopać chyba piwo, w jakimś chyba barze lub w najlepsze zabawia się z chyba jakąś panną. Z biegiem czasu Jacek doszedł do wniosku, że ta mgła to forma zasłony, włókna czasu, które, nie wiedzieć czemu, przecierało się tu i ówdzie akurat, gdy on patrzył. I tak jak z patrzeniem na odległe rzeczy przez firankę okienną, tak i w tym wypadku widział nieostry obraz odległej rzeczywistości.

Pierwszy raz podejrzał – co do tego Jacek miał pewność, bo podglądanie wedle słów ojca było czymś niewłaściwym i niegodnym mężczyzny – przyszłość, gdy ledwie zaczął chodzić do przedszkola. Pewnego dnia rzeczywistość najzwyczajniej w świecie nagle się rozwarstwiła, odsłaniając – nigdy siebie nie widział, ale wiedział, że to on – jak robi brzydkie rzeczy nagiej dziewczynie. Jak ją dusi i ściska, a ona krzyczy z bólu.

Tak się wystraszył tego, co zobaczył, że obsikał spodnie i tkwił na środku kałuży, z wolna wsiąkającej w dywan, dopóki nie szarpnęła nim nauczycielka. Do tej pory pamiętał jej wykrzywioną obrzydzeniem, naszpikowaną bladymi piegami, twarz. Wezwano rodziców. Pani Majewska, nadworna pedagog przedszkola, w roli życia mozolnie tłumaczyła płonącemu ze wstydu Janowi Domagalskiemu i roztrzęsionej Marii Domagalskiej prawidła wychowania oraz rozwoju dziecka. Jacek w tym czasie, walcząc z poczuciem upokorzenia, zagryzał wargi, obiecując sobie, że nigdy, przenigdy nie przyzna się do tego, co widział.

Słowa dotrzymał, ale wizje wracały – czasem we śnie, w efekcie czego miał całkowity zakaz oglądania bajek i filmów straszniejszych niż Scooby-Doo.

Potrzebował kilku lat, by nauczyć się żyć i ukrywać przed innymi, że jest nieco inny. Bardzo szybko pojął, że usiłowanie przekonania kogokolwiek, że wie, co się wydarzy w przyszłości, to kiepski pomysł. Wystarczyło obejrzeć kilka filmów, nawet tych niezabronionych przez rodziców.

Obrazy przyszłości przestały nawiedzać Jacka niedługo po pierwszym razie, gdy bez udziału własnej ręki użył fiuta do czegoś więcej niż sikanie.

Wtedy też pierwszy raz od dawna spokojnie zasnął, nie dlatego, że ukołysały go do snu słodkie uda Marty. Tamtego wieczoru dowiedział się, że dziewczyna może krzyczeć nie tylko z powodu trafienia z procy w tyłek.

Jacek uśmiechnął się do wspomnień, pozwalając wybrzmieć skrzeczącemu dźwiękowi nadchodzącego połączenia telefonicznego. Upił spokojnie łyk ciepłej szkockiej i odetchnął z ulgą, czując jak z piersi spada mu ciężar.

Przez te wszystkie lata nauczył się jednego: wizje pokazywały mu moment węzłowy, rozdroże, dając wybór, po którym zawsze było coś nowego. Nawet te rzadkie, spontaniczne objawienia, jakich czasem doświadczył po pamiętnej nocy z jędrnymi cyckami oraz pachnącymi miodem i rozpustą udami Marty, pozwalały mu wierzyć w przyszłość.

Telefon zadzwonił ponownie. Jacek dopił ostatni łyk, sięgając po słuchawkę i wychodząc naprzeciw losowi z uniesioną głową.

W słuchawce nie było sygnału, głos po prostu zaczął płynąć.

– Mhkll… Nigdy nie jest za późno na pogawędkę, prawda, mhkll, koleżko? – W ułamku sekundy jedno uderzenie serca i wszystko zamilkło. – Bo jesteś, mhkll, moim koleżką, prawda?

Jacek zadrżał, słuchając z narastającym lękiem. Nie był to głos automatu ani człowieka, nawet o uszkodzonej krtani. To skrzeczał cień zalegający w komisariacie. Ponura obecność, która sączyła się ze ścian i szpar w podłodze. Coś obcego i głodnego, skrzecząc ze słuchawki telefonicznej, klarowało szczegóły pożerania ludzkiej duszy.

Jacek poderwał się, cofając niezdarnie. Rzucona niedbale słuchawka zawisła smętnie, obijając się o rant biurka. Bezwiednie poluzował krawat i złapał flaszkę szkockiej, upijając solidny łyk.

Bujając się niczym wisielec na wietrze, słuchawka rzęziła, nawołując Jacka głosem maszynki do mięsa, która nauczyła się ludzkiej mowy. Każde słowo wylewające się z niej rozbrzmiewało powolnie z trzaskiem, tak jak mieli się kości – powolnie i dokładnie.

Uderzył go niespodziewany podmuch. Kartki z szelestem sfrunęły z okolicznych biurek, porwane niewidocznym cugiem powietrza. Drobiny kurzu, pyłków i okruchów zbiły się w wirującą wściekle burzę roztrącającą wszystko, co stanie jej na drodze. Po chwili cały pokój trząsł się od widmowych podmuchów i migotliwego, stłumionego światła. Jacek raz po raz uderzany niewidoczną siłą żywiołu chwiał się na nogach, usiłując przedrzeć do przeszklonych drzwi. Coś niegodziwego się zbliżało.

Ściany i podłoga zafalowały, wypaczając okna, gnące się w łamiących się ramach. Łuki i kąty zniknęły, pochłonięte nienaturalnymi krzywiznami, raniącymi zmysły obserwatora.

Cienie w pokoju stężały, rozlewając się po wypaczonych resztkach konstrukcji. Rozpadliny w ścianach krzywymi liniami rozrywały budynek, niszcząc cienką granicę światów.

Ponury głos ze słuchawki narastał z każdą sekundą, zamieniając się w upiorny bulgot.

Jacek bezwiednie cofnął się, ponownie obijając o biurko. Odbił się od obrotowego fotela i w pijackim pląsie dopadł do przeszklonych drzwi, odgradzających przestrzeń biurową od głównego korytarza piętra. Matowa szyba, ciągnąc się niczym topniejąca guma, rozwarła się rozdziawionymi ustami żarłocznej istoty. Jacek doskonale słyszał dyszenie czegoś żywego i niebezpiecznego. Czegoś pożerającego ludzkie dusze.

Uderzył go swąd trawionego mięsa i żar buchających płomieni.

Mężczyzna wypadł przez resztki niestopionego szkła na korytarz tchnący chłodem zimnych murów starego budynku. Zatoczył się niezdarnie i odbijając od wyślizganej, drewnianej poręczy, przewinął się przez kutą barierkę, ściskając w dłoni butelkę niedopitej szkockiej.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: