Nie taki Krzyżak straszny, jak go malują! Borkowski, jakby na przekór utrwalonym w naszej świadomości stereotypom, pokazuje zakonników w nieco inny sposób. Przede wszystkim – to oni, a nie szlachetni polscy rycerze, zwycięzcy spod Grunwaldu, są głównymi bohaterami powieści. Wydarzenia śledzimy z perspektywy młodego, krzyżackiego rycerza, Eberharda von Hohendorfa, który bynajmniej nie przypomina potwora uzależnionego od przelewania pogańskiej krwi. To człowiek w pełni oddany sprawom Zakonu. Gdy rycerstwo wyrusza na wojnę, Wielki Mistrz właśnie jemu powierza ważne zadanie – obronę Malborka przed ewentualnym oblężeniem. Eberhard, choć stokroć bardziej wolałby sprawdzić się w boju, zdobywając przy okazji bogate łupy, pragnie sprostać oczekiwaniom władz zakonnych. Z początku wydaje się, że nic nie zagraża stolicy państwa, ale wkrótce okazuje się, że spokój jest złudny, a na Eberharda czyha wiele niebezpieczeństw… i pokus. Mężczyzna po raz pierwszy poznaje smak miłości. W dodatku ktoś go szantażuje i czyha na jego życie. Czy konspiratorom uda się przejąć zamek, doprowadzając do ostatecznej klęski Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego? Kim są ludzie, legitymujący się srebrną blaszką, z wyrytym na niej wizerunkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem? Czy wszyscy szpiedzy zostaną ujęci? A może Eberhard zdecyduje się dobrowolnie poddać twierdzę wrogom…? Powieść Borkowskiego przynosi odpowiedzi na te pytania, pozwala też czytelnikowi na podróż w czasie – oraz daje mu możliwość poszerzenia (lub utrwalenia) wiadomości dobrze znanych z lekcji historii.
Brzmi ciekawie: kryminalne zagadki średniowiecza, gotyckie zamczysko, polityczne zawirowania, spiski i miłosne uniesienia. Niestety, wykonanie nie dorównuje pomysłowi. Duże partie powieści to suchy wykład na temat stosunków polsko-krzyżackich, popularnonaukowa ściągawka, która burzy literacką iluzję. Wszystkie informacje zostają podane – proszę mi wybaczyć kolokwializm – na talerzu, w formie, która niekoniecznie odpowiada potrzebom miłośnika literatury pięknej. Podczas lektury irytowało mnie, że zabiera mi się możliwość wyciągania własnych wniosków – że zamiast coś pokazać, namalować słowami daną scenę, autor upiera się przy powielaniu stronic podręcznika. „Serce zakonu” to przedziwna książka, która łączy w sobie żywioł romansowy (miłosne perypetie, przygody, sensacja), z historycznym skryptem – mówiącym zresztą o znanych i dość oczywistych kwestiach – można więc powiedzieć, że mamy do czynienia z formą hybrydalną. Rozumiem, oczywiście, potrzebę poszerzenia perspektywy o wydarzenia historyczne, na tle których rozgrywa się akcja – bardzo to istotne i godne pochwały – wydaje mi się jednak, że literalne przytaczanie faktów nie jest najlepszym sposobem na oddanie klimatu epoki. A w każdym razie – nie powinno być sposobem jedynym. Należałoby, moim zdaniem, bardziej zaufać czytelnikowi i pozostawić mu choć trochę interpretacyjnej swobody, rezygnując z prowadzenia go za rękę i wyjaśniania, że dormitorium to sypialnia, a król Władysław, „dla pośledniego wzrostu Łokietkiem zwany”, prowadził przed laty wojny z Zakonem. Dodam jeszcze, że archaizowanie dialogów nie zawsze oznacza próbę wczucia się w sposób myślenia ludzi, którzy żyli na terenach dzisiejszej Polski przed sześciuset laty. Bohaterowie, wykreowani przez Borkowskiego, nie wzbudzili we mnie ani sympatii, ani niechęci, przyglądałam się ich działaniom zupełnie bez emocji. Mogę się natomiast założyć, że zamek krzyżacki został odtworzony przez autora w najdrobniejszych szczegółach, a historyczne informacje zawarte w „skrypcie” w stu procentach zgadzają się z naukowymi ustaleniami.
„Serce zakonu” ma, rzecz jasna, zarówno złe, jak i dobre strony. Muszę przyznać, że im bliżej końca, tym akcja robi się ciekawsza i bardziej wciąga, chociaż czytelnik dobrze wie, jak zakończy się obrona Malborka. Nie ma pojęcia natomiast, po której stronie stoi Inga Hein (to chyba najciekawsza i najmniej jednoznaczna postać w tej powieści), ani jak potoczą się losy Eberharda von Hohendorfa. Utwór Borkowskiego sprawdza się też doskonale, o czym pisałam już na początku, jako przystępnie napisana powtórka z historii – nie można mu odmówić zalet poznawczych. Styl umożliwia wchłanianie wiedzy w bezbolesny sposób, a przerywniki fabularne zapewniają szarym komórkom odpoczynek. Myślę, że warto zapoznać się z tą książką, chociażby tylko po to, żeby przekonać się, jak różne mogą być sposoby pisania o tych samych wydarzeniach historycznych. Komuda, Domagalski, Borkowski… Każdy z autorów zwraca uwagę na nieco inne sprawy, więc miłośnikom średniowiecznych batalii z pewnością nie grozi nuda.
Korekta: Natalia Bieniaszewska
Książkę można kupić między innymi TUTAJ.
































Całkiem niedawno, po raz sześćsetny pokonaliśmy Krzyżaków pod Grunwaldem, ku uciesze turystów, licznie zgromadzonych na polu bitwy. Upał był wtedy, jak wiemy, historyczny. Co jednak w niczym nie przeszkodziło miłośnikom średniowiecza, którzy nie dość, że dobrowolnie dali się zakuć w zbroje, to jeszcze znaleźli w sobie dość energii, żeby wywijać mieczami! Gdy oglądałam w telewizji relację z tego wydarzenia, nie mogłam wyjść z podziwu, albowiem mnie samej samozaparcia starczyło jedynie na krótki rajd do lodówki po kolejną porcję mrożonej herbaty… Walczyć, co prawda, nie umiem, w zbroję się nie odziewam, lubię natomiast poczytać o dawnych wiekach, które z powodu swojej odmienności wydają się magiczne i fascynujące. Dotyczy to szczególnie średniowiecza, ulubionej epoki romantycznych poetów i współczesnych twórców literatury popularnej. A ponieważ okrągłe rocznice sprzyjają wydawaniu książek, nic więc dziwnego, że na rynku wydawniczym pojawiło się ostatnio wiele powieści, nawiązujących do historii wojen polsko-krzyżackich. Jedną z nich jest „Serce zakonu” Roberta Borkowskiego.













