Który styl QForum bardziej Ci się podoba?
 

czwartek, 29 lipca 2010 13:18

Steve Thayer, „Pogodynek”

Długa i gruba powieść, zachwalana przez samego Kinga – mistrza grozy i thrillerów, powstawała przez osiem bolesnych (pod względem pisarskim, jak mniemam) lat. By dobrze odzwierciedlić przedstawiane realia, autor książki – Steve Thayer, zatrudnił się w najprawdziwszej redakcji wiadomości telewizyjnych w Minneapolis. Gruntowne, wieloletnie przygotowanie, silna wola i konkretna, skomplikowana wizja, w której wykorzystuje zdobyte doświadczenie, informacje i unikalną wiedzę, z pewnością przyczyniły się do kształtu i treści tej książki. Liczne konsultacje ze specjalistami, historykami, dziennikarzami i funkcjonariuszami policji, a także emerytowanym naczelnikiem zakładu karnego w Stillwater wniosły równie dużo – autor posługuje się specjalistyczną wiedzą, która nie razi, a przedstawiona jest w strawnej i pożywnej formie. Czytelnik, czyli w tym wypadku skromny ja, otrzymuje do rąk zgrabne, lecz osobliwe dziełko. Dlaczego gdziekolwiek tutaj znajduję dziwność? Już tłumaczę.

King poleca: „pierwsze czterdzieści stron mogłoby pełnić funkcję pełnego napięcia finału większości książek – i od tego momentu coraz mocniej epatuje dreszczami i napięciem...”. Pozwolę sobie definitywnie z takową tezą się nie zgodzić. Widzę ten marketingowy chwyt i wykrzywiam swą młodą, literacko niedojrzałą twarzyczkę z niesmakiem. Toć Stephen czytał widocznie inną książkę! Tak, Kingu, czytaliśmy co innego, to nie jest bowiem klasyczny dreszczowiec hołdujący zasadom Hitchcocka. Owszem, trzęsienie ziemi – jest. Napięcie na początku – jest. Przemoc, morderstwo, katastrofy – są. Ale później napięcie – poniekąd – nie wzrasta. I tyle w temacie rekomendacji pana Kinga.

„Pogodynek” to ponad czterysta sześćdziesiąt stron – mniej lub bardziej wartkiej – opowieści. To nie jest klasyczny thriller (o ile w ogóle), momentami owszem – przeraża, budzi skrajne emocje i wciąga niczym zwodnicze bagno, ale nie są to chwile zbyt częste i zbyt wartościowe. Czytelnik, biorąc do ręki „Pogodynka” liczy na akcję, rosnące napięcie, wybuchy, dźganie nożem, duszenie, morderstwa, przemoc, seks i narkotyki, ale tutaj tego nie uświadczy w dawce dostatecznej dla jego spragnionego płytkich wrażeń umysłu. I to jest, moim zdaniem, jeden z największych plusów powieści. Mimo zwodniczej okładki, mimo dziwnej rekomendacji mistrza grozy, mimo zapewnień o wszędzie obecnej sensacji, dostajemy w ręce książkę godną miana dobrego reportażu. Autor przedstawia długą, żmudną i łudzącą nieprawdziwą nadzieją historię. Historię – dodajmy – upadku człowieczeństwa, zniszczenia moralnego i degradacji definicji dobra. Świat nie jest czarno-biały, świat nie jest przyjaznym miejscem dla nikogo, a przede wszystkim – świat nie mówi jasno, jakie brutalne zasady nim rządzą. O wszystkim musimy przekonać się sami, wszelkie niuanse i dylematy moralne musimy rozwiązywać samodzielnie. I znowu – galeria ciekawie opisanych osób, wątpliwych etycznie działań, jak i szaroburych pobudek oraz czynów sprawia, że we własnym zakresie musimy rozważyć każdą kwestię i samodzielnie ją osądzić.

Zaskakujące, że ten thriller (w końcu powieść tak właśnie jest reklamowana) zmusza w tak dużym stopniu do myślenia i zachowania uwagi przy czytaniu. Bez odpowiedniej koncentracji nie sposób zauważyć wielu powiązań i drobnych szczegółów, które stanowią jeden ze smakowitych elementów książki. Momentami autor stosuje chwyty podwyższające napięcie i wtedy automatycznie śledzimy akcję. Nie powinniśmy jednak spoczywać na laurach przy spokojniejszych fragmentach – również opisy, tak pogody, jak i miejsc, przyrody i ludzi budują specyficzny, nieprzyjazny klimat, w którym trudno zachować spokój ducha. Przedstawiony świat jest spójny i logiczny, stanowi dobre odzwierciedlenie szarej rzeczywistości miejskiego życia. Autor skupia się na pracy redakcji stacji telewizyjnej Channel 7 – codzienna praca dziennikarzy i reporterów jest niezmiernie ciekawa. Trudno jest mi jednoznacznie określić, co tak naprawdę jest w tej powieści najważniejsze – czy chodzi tu o tło – pracę i życie prywatne postaci, czy też może o jeden konkretny wątek, w tym wypadku popełniane morderstwa i poszukiwania zabójcy. Z całą pewnością za plus należy uznać szeroką gamę detali, jakimi obsypuje czytelnika autor. Thayer jest w tym znakomity – dzięki jego powieści, niby przypadkiem, zanurzyłem się w świecie, jaki zawsze mnie interesował – wielkomiejska stacja telewizyjna, skuteczne zdobywanie informacji, brak skrupułów w walce o jak najlepszy materiał i wszechobecny cynizm, wylewający się z każdego i w każdym momencie. Brutalność i złożoność świata a zarazem specyficzny, wciągający klimat reporterskiej wędrówki do prawdy – to jest to, co cenię w tej powieści najbardziej.

Wspominając o prawdzie, nie sposób nie zajrzeć w głąb prowadzonej przez autora intrygi, która wcale nie jest oczywista i wzbudza w czytelniku co i rusz nowe, sprzeczne emocje. Historia, podzielona na krótkie rozdziały, toczy się z zachowaniem chronologii, a mimo to niejednokrotnie zaskakuje. Jeśli spodziewamy się dreszczowca, to „Pogodynek” zanudzi nas na śmierć. Długie, mozolne wprowadzanie czytelnika w wyrastające powoli fakty wcale nie rozgrywa się wartko i niespodziewanie. Jedyne punkty zwrotne to urywkowe sceny, przy których nie sposób oderwać się od książki, a które wrzucają tok rozumowania czytelnika na nowe tory. W powieści nieraz zdarza się, że popadamy w wątpliwości i nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi, dokąd zmierza autor i czy w tym całym reporterskim śledztwie jest jakiś cel. Muszę ostrzec czytelników i zarazem pochwalić ostrożność i mozolność Thayera – wszystko w powieści ma swoje miejsce i składa się na spójną całość, widzianą jednakże z różnych perspektyw. „Pogodynek” to książka skomplikowana, składająca się z ostrożnie dozowanej akcji i urywkowych faktów oraz zakrapiana soczystą dozą smaczków z przedstawianych, dziennikarskich realiów.

Historia opowiedziana przez autora emocjonuje i momentami wzrusza. Muszę przyznać, że niektóre fragmenty robią duże wrażenie, podczas gdy inne zdają się usypiać i dokumentnie nudzić. Mniemam, że był w takim rozwiązaniu głębszy sens, aczkolwiek niecierpliwi i porywczy czytelnicy mogą poczuć się rozczarowani. Tak czy inaczej – dla pewnego, konkretnego momentu warto przeczekać całą powieść. Wszystkie niuanse i domysły, dotyczące rozwiązania zagadki tajemniczych morderstw zostają poddane trudnej próbie – autor zaskakuje, autorowi udaje się wgnieść czytelnika w glebę, autor zanudza na śmierć. Paradoksalne, ale prawdziwe. Pod pozorem wolnej, usypiającej narracji Thayer snuje przerażającą, bo dotyczącą tak naprawdę każdego z nas, opowieść. Polityczne, etyczne i moralne dylematy zaprzątają umysły zwykłych obywateli, ale to nie wszystko. Poszczególne jednostki, stając oko w oko ze śmiercią, ponoszą niebagatelny wysiłek, by nadal pozostać sobą. To nie jest jednak możliwe. W skrajnych sytuacjach możemy liczyć tylko na siebie, to stara prawda, która znajduje tutaj zastosowanie w stu procentach. Główny wątek, klarujący się pod koniec powieści jest jej największym atutem. Autor wykazał się sporą umiejętnością wcielania w skórę osoby skazanej na upadek i dość dobrze do pokazuje. Sprawy błahe nie wychodzą mu tak dobrze, jak główny rys fabularny, przez co, jak sądzę, chciał uwypuklić konkretny problem. I udało się, ów konkretny problem jest zauważalny – wpędza czytelnika w zadumę i wywołuje refleksje.

Na pochwałę zasługuje kreacja głównych bohaterów. Jeden z nich to pogodynek, Dixon Graham Bell. Ta tajemnicza postać już od samego początku intryguje i zachwyca. Człowiek umiejący przepowiadać pogodę na podstawie obserwacji poczynionych za pomocą własnych zmysłów to nie lada czarodziej meteorologii. Podobnie niezwykły jest Rick Beanbossom – zagadkowy reporter w masce, postać równie nieprzyjazna, co lojalna i ciekawa prawdy. Poza wspomnianą dwójką, autor przedstawia nam wielu pobocznych bohaterów, których kreacja nie jest jednak już tak zachwycająca. Niektóre postacie, jak Andrea – ślicznotka z telewizji, czy też redaktor naczelny, Jack, są specyficzne i szybko zapadają w pamięć. Gorzej jest z innymi członkami redakcji i policjantami – widać, że te postacie zostały potraktowane po macoszemu. Niemniej – od czego mamy czytelniczą wyobraźnię?

Wracając do początku – King mylił się, co do rozkładu napięcia w powieści, fakt. To jednak nie znaczy, że cała wypowiedź mistrza była pozbawiona sensu. „To zdumiewająca historia, jedna z tych, które zostaną w mojej pamięci na długi czas.” To również słowa Kinga, tym razem z frontowej okładki. I pod tymi słowami mogę się z czystym sumieniem podpisać.

 

Korekta: Natalia Bieniaszewska

Książkę można kupić między innymi TUTAJ.

Dodatkowe informacje

  • Autor: Steve Thayer
  • Tytuł: Pogodynek
  • Data wydania: 2010
  • Wydawnictwo: Replika
  • Pozostałe dane: nr wydania: 1
    oprawa: miękka
    il. stron: 468
    wymiar: 145/205

Dodaj komentarz