Który styl QForum bardziej Ci się podoba?
 

sobota, 24 lipca 2010 09:55

Martwica mózgu: Dżadżment Dej

Oceń ten artykuł
(14 głosów)

(Tak, wiem, że był film podobnie zatytułowany, bodajże z cyklu „Terminator”, z występującym tam gwiazdorem kina akcji klasy B - Arnoldem S.)

O Pisarzu Niewyklutku jakiś czas temu było w „Martwicy mózgowej". Z tym że  powinnam przedłożyć wyjaśnienie: człowiek na całe życie nie zostaje niewykluty ze swoją twórczością. No, chyba że ma człowiek taki permanentny oraz konsekwentny zamiar i podobną tego zamiaru realizację, żeby się nie wykluwać prozatorsko. Nigdy w życiu. Zostać w jaju? Ale takie zachowanie przeczy zdrowemu rozsądkowi, neguje znaczenie określenia „pisarski progres” (o ile takie określenie istnieje), zahacza o średniej przyjemności patologię behawioralną typu „bezedura” (o ile patologie behawioralne mają skalę przyjemności), nie ma sensu takiego rodzaju zachowania analizować, psychiatra w pas się kłania i do gabinetu swojego zaprasza, od razu klasyfikując przypadek do ciężkich klinicznych... I te de.

Prędzej czy później Dzieło powstanie, kropką zwieńczone, Pisarz Niewyklutek od klawiatury paluszki odklei... Pytanie, co dalej, jak ktoś ładnie napisał, nasuwa się samo. Dzieło należy komuś pokazać. Po co? Na przykład celem uzyskania „opinii na Dzieła temat”.

Poza tym Dzieło powstało w jakimś celu. Najprawdopodobniej po to, żeby zostało wydane w wersji klasycznej, znaczy drukowanej. Ba, w wersji książkowej nawet.

I dodatkowo: mimo wszystko oraz mimo nieukrywanego geniuszu Skryby, samo Dzieło się nie oceni, samo na światło dzienne nie wylezie, samo nie wyrąbie maczetą osobistych słów osobistego szlaku w gęstwinie słów nieosobistych, czyli na „wydawniczym rynku”. Czy w innego rodzaju gęstwinie sobie samo Dzieło nic, maczetą słów, samo nie wymaczeci. Generalnie chodzi o to, że samo sobie wydawcy Dzieło nie znajdzie. Znaczy to, że  Dzieło, leżąc w szufladzie (znaczy Dzieło Nikomu Nieznane), nie wskóra NIC. Nie oszukujmy się, trzeba Dzieło wziąć i wypchnąć, z szuflady, z zakamarków, z czegokolwiek bądź, gdzie Dzieło się znajduje, na światło dzienne oraz Ludziom/Osobom trzecim Dzieło pokazać . Nie ma, że boli, nie ma, że się Skryba boi...

Tak uczynić trzeba.

Owszem, słyszy się niekiedy opowieści o tym, że ktoś kiedyś przez przypadek znalazł zapomniane (!?) przez pisarza jego pierworodne Dzieło, przedstawił ten ktoś owo Dzieło światu, również niejako przypadkowo i tak oto Niewyklutek, przez przypadek oraz przy bezinteresownym (!?) zaangażowaniu osoby trzeciej, zupełnie nieświadomie został Pisarzem Sławnym. Nie twierdzę, że w tego typu historiach nie ma ani jednego ziarna prawdy. W każdej, nawet najbardziej wydumanej opowieści jest bodajże wiadro ziaren, najczęściej każde ziarno z innej parafii. Lecz chyba nie ma takiej siły na niebie i ziemi, żeby jakikolwiek Skryba gdziekolwiek piszący, do jakiejkolwiek szuflady, wziął i ZAPOMNIAŁ o swoim Dziele Pierworodnym. To jakby iść na spacer i zapomnieć wziąć z domu głowy.

Niemożliwe.Owszem, są różne sytuacje i niekiedy od napisania Dzieła do jego edycji książkowej mija kilka, o ile nie kilkanaście lat... Ale jeżeli jednak ktoś w  międzyczasie powie, że pisarz stworzył Dzieło celem umieszczenia go w tej szufladzie (w którą Dzieło wrzucił po skończeniu), na wieki wieków amen, to nie nazywałby się wtedy ów człowiek Pisarzem Niewyklutkiem, tylko na przykład „krasnoludkiem”. Z krainy zwanej Szuflandią. Ten tor myślenia (permanentnego niewyklucia pisarza) napomknięty został powyżej, a co za tym idzie znaczy, że nie będzie analizowany. Kropka.

Dżadżment Dej znaczeniowy rozpoczyna się w momencie przedstawienia Dzieła Osobie trzeciej. Więcej powiem: Pisarz Niewyklutek osobiście musi Dzieło temu komuś przedstawić. W „międzybajki” można włożyć kwestie agencji literackich, czy w ujęciu pojedynczym: Agenta Literackiego. Taka instytucja/zawód sensu stricto w naszym kraju nie istnieje, mimo że coś tam kiedyś widziałam, z kimś tam kiedyś a propos agentowania rozmawiałam... Brak osoby pośredniej w relacjach między światem a Dziełem jest już chyba na betonowo zakorzeniony w realiach pisania. Oczywiście są wyjątki, jak od każdej reguły, ale są to naprawdę przypadki marginalne i nie ma sensu konstruować z nich statystyki. Dzieła osobiste przedstawienie Osobie trzeciej i to, co się dzieje w międzyczasie, można melodyjne określić zdaniem „z biegiem lat, z biegiem dni, po tułaczce od jednych do setnych wydawniczych drzwi, dupa mój drogi pisarzu stwardnieje ci... la-la-la”.

I ta pieśń nabiera nowego znaczenia w kontekście. Czyli odniesieniu.

Właśnie dlatego, żeby „otrzaskać” pisarza się wykluwającego z opiniami na temat Dzieła, należy dokonanie literaturowe pokazać osobie niezwiązanej z rodziną Skryby, bądź niezwiązanej ze środowiskiem, w którym Skryba przebywa. Osoba trzecia w tym mniemaniu znaczy: Osoba obca, nie posiadająca jakichkolwiek korelacji emocjonalnych ze Skrybą. Najlepiej od razu słać do wydawnictw. Oczywiście takich, które posiadają w swoim zakresie wydawniczym edycję książek w klimatach Dzieła. Bo przecież firma specjalizująca się w literaturze dla dzieci nie wypuści na rynek powieści w klimacie splatter-horroru. Tym bardziej rodzina bądź krewni, ewentualnie znajomi - posiadający na temat Skryby jakieś tam pojęcie, mogą być w odniesieniu do Dzieła niezbyt obiektywni. Nieobiektywizm wynika natomiast z tego emocjonalnego pryzmatu. Babcia powie: ładne wnusiu. I nieważne czego tekst dotyczy. Ciocia poklepie po głowie, zachwyci się, że siostrzeniec/bratanek „taki zdolny”... i następnie zaproponuje ciasto, bo pewnikiem młody zgłodniał pięć minut po obiedzie. Rodzice, wiadomo... Znajomi/kumple spytają: coś ty stary pił/palił/brał, kiedyś to pisał? Brałeś sam i nie poczęstowałeś???

I tak dalej.

I tak dalej.

A to wszystko powyższe znaczy, że pisarz musi przemyśleć do kogo słać Dzieło celem konkretnego zaopiniowania tekstu. Niewskazane jest słanie na tak zwany oślep. Ktoś kiedyś komuś powiedział coś w stylu: książkę powinien ocenić specjalista z wydawnictw, krytyk ostatecznie... Zresztą, co drugi wydawca oddaje tekst do krytycznej oceny swoim specjalistom. I koło się zamyka.

Nie mówię, żeby podejść do pokazywania Dzieła światu z twarzą pokerzysty. Czy aby to jest aż takie niemożliwe? Nie da się? Już tłumaczę. Emocje, jakie towarzyszą pisarzowi wychodzącemu ze swoim Dziełem ze stanu niewyklucia, są w najlepszym przypadku porównywalne z , na przykład, huraganem. A huragany, przypomnę klasyfikację, to najbardziej niszczycielskie siły natury. Chaos plus zniszczenie w czystej oraz najbardziej naturalnej postaci, niemożliwej do zatrzymania. No, chyba że trafi się Superman i wciągnie trąbę powietrzną do swoich supermenich płucek. Ale to jest możliwe tylko w komiksach, albo komiksów coraz częstszych ekranizacjach. Czy to huragan czy to ekranizacja komiksu, efekt jest taki sam - cytuję - „jaka piękna tragedia”. Metafora powinna więc oddać ogrom procesów oraz ich nasilenie, jakie mają miejsce w sferze emocjonalnej Skryby wypychającego swoje Dzieło z szuflady. Pisarz Niewyklutek ma coś, co w nomenklaturze młodzieżowo-subkulturowej, nazywa się „kisiel w gaciach”. Może i niestosowne jest nawiązanie do umieszczania słodkich kulinariów w elementach osobistej garderoby. Oczywiście, to kwestia upodobań i gustu wszelakiego, co kto sobie w gaciach kulinarnie umieszcza. De gustibus…, nie mój staw, nie moje ryby, nie moje gacie. Lecz to tylko metafora ogromnego strachu, który paraliżuje debiutanta  od momentu wysłania Dzieła potencjalnemu wydawcy, do momentu otrzymania z tej „drugiej linii frontu”  pierwszej opinii. Nazwijmy tę pierwszą opinię „dziewiczą recenzją”. Znaczy: pierwsza, jedyna w swoim rodzaju i już nic po tym pierwszym razie nie będzie takie jak przedtem...

Skrybowy Dżadżment Dej się rozpoczął.

Pytanie następne: Jak przeżyć proces rozdziewiczania... znaczy pokazywania Dzieła światu, w przypadku rozdziewiczenia bardzo bolesnego? A przeżyć trzeba i – mówię z doświadczenia – da się przeżyć. Owszem, jest ciężko, bardzo nawet, utrzymać nerwy na wodzy podczas lektury pierwszej recenzji. Felietonu założenie jest takie, że pierwsza recenzja jest niewymownie wręcz niekorzystna. Delikatnie mówiąc, zła. Krytyk literacki - przydzielony przez potencjalnego wydawcę - dokonuje ostentacyjnej wiwisekcji Dzieła Pierworodnego. Ba, wiwisekcji... zeszmacenia totalnego. Koleś rozpirza na kawałki każde dosłownie zdanie, kwasem żółciowym zalewa, kamieniami argumentów rzuca, zadaje jakieś dziwne pytania – na które nie tyle, że nie ma odpowiedzi, co wymagają odpowiedzi rozbudowanej do dwunastu tomów encyklopedii, poza tym wyjmuje treści z kontekstu, dywaguje na tematy zupełnie od czapy.  W efekcie Pisarz Niewyklutek dochodzi do wniosku, tonąc we łzach, że krytyk wcale Dzieła tak dogłębnie nie czytał... O ile czytał w ogóle.

Jeden krytyk opinii nie czyni. Nawet ława przysięgłych w amerykańskich sądach składa się ze stada ludzi. Nie ma sensu dostawać zawału/wylewu/paraliżu/zgonu (niepotrzebne skreślić) z powodu niekorzystnej recenzji Dzieła. Nie ma sensu zostawać kalafiorem podłączonym do rurek.  Wiem również, że niektórzy Wielcy Pisarze zostali docenieni dopiero po zejściu z tegoż łez padołu. Nie polecam ani kalafiora ani zejścia. Owszem, są inne środki wyrazu dla opinii na temat opinii: można sobie pofolgować, wyrzucić za okno komputer, obrazić się na krytyka, świat i okolice, spalić Dzieło (mało wydruki, nośniki elektroniczne też można spalić – wierzcie mi), określić swoją relację do pierwszej, dziewiczej opinii, jako „głęboko odtylną”, można się również zarzekać, że „nigdy w życiu już nic nie napiszę, bo i tak tego nikt nie wyda”... można wielu destruktywnych spraw i rzeczy dokonać. Tylko, czy aby się opłaca po piętnastu latach ścibolić powieść, którą się wtedy wzięło i w „szale numer pięć” zniszczyło? Bo się dziewczę wzięło i właśnie ambicją uniosło?

I jeszcze coś. Zauważalnym może się następnie okazać fakt, że w co drugiej biografii pisarzy, bądź w co drugim wywiadzie przeprowadzanym z jakąś Sławą Literaturową, można napotkać zdanie typu (i niech podniesie rękę ten, kto czegoś podobnego – w odniesieniu do swojego Dzieła - nie słyszał, bądź – za czas jakiś, nie usłyszy):

-         wielokrotnie chciałem/am zrezygnować z pisania, z powodu braku motywacji/odzewu od wydawnictw

-         moja żona/mąż wyciągnęli maszynopis z kosza na śmieci

-         resztką sił wysłałem/am do wydawnictwa „xyz”, nauczony/a doświadczeniem, nie miałem/am nawet cienia nadziei na odpowiedź, jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia odebrałem/am maila...

-         książkę odrzucili prawie wszyscy wydawcy

-         gdybym miał/a brać pod uwagę propozycje zmian w tekście, zaproponowane przez wydawnictwo, musiałbym/ałabym pisać za każdym razem książkę od nowa, jednak bez gwarancji na edycję...

-         straciłem już nadzieję, zająłem się uprawą pietruszki, aż pewnego dnia...

Jak mówią  ziomale na dzielni: twardym trzeba być, nie mientkim. Głowa buja w chmurach, dupa szoruje po betonie. Dotyczy to wszystkich dup i głów artystycznych. A Skryba się do artystów zalicza, jakby nie patrzeć. Na początku tekstu napisałam o Arnoldzie S. Mówili, że żaden z niego aktor, że drewniany jest i zwalisty, że nasterydowany, że się nie nadaje i że ma iloraz inteligencji kanapki z serem. Może to bez znaczenia dla tekstu o ciężkiej drodze pisarza debiutanta, ale skoro nie ma znaczenia, to napiszę, że obecnie kanapka z serem obejmuje stanowisko gubernatora Kalifornii i teraz to ta okrutnie niegdyś krytykowana kanapka właśnie organizuje „dżadżment dej”.

Proste, logiczne, sami sobie wyciągnijcie wnioski, koniec wykładu.

7 komentarze

  • Odnośnik do komentarzy Met poniedziałek, 02 sierpnia 2010 22:10 Umieszczone przez: Met

    Amber, zacznij się przejmować, dziewczyno. P.S. Bardzo treściwy komentarz. Merytorycznie na piątkę

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Amber poniedziałek, 02 sierpnia 2010 14:33 Umieszczone przez: Amber

    Met, weź wyluzuj, dziewczyno.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Met poniedziałek, 02 sierpnia 2010 11:48 Umieszczone przez: Met

    Hmm... Słyszałam, że autorzy nie znoszą krytyki. Zwłaszcza słusznej. Wiem również, że zazwyczaj, kiedy nie mają co powiedzieć stosują literacki bełkot, mając nadzieję, że rozmówca się po prostu przestraszy i...nie doczyta komentarza do końca? Ucieknie z krzykiem wobec tak powalająco uszczypliwych uwag? Wybij medal, skoro masz za dużo wolnego czasu (chociaż pewnie lepiej by było, żebyś poświęciła go na zastanawianie się, jak napisać powyższy tekst, żeby był zrozumiały). Przyznaj go jednak sobie za wszystko, co wymieniłam wcześniej - jesteś naprawdę dobra. Napiszę tak, żebyś zrozumiała: popełnionej przez Ciebie "Martwicy Mózgu" nie da się płynnie i przyjemnie czytać. To w sumie kwestia podejścia, ale nie powinnaś się przejąć opinią czytelnika i jakoś ją przemyśleć?

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Magdalena Kałużyńska niedziela, 01 sierpnia 2010 17:08 Umieszczone przez: Magdalena Kałużyńska

    Mówiąc szczerze, Droga Methionine, cieszę się niemożebnie wręcz, że nie zdołałaś doczytać niniejszej odsłony Martwego Mózgu do końca. Doceniam Twoje poświęcenie i Twój cenny czas stracony na męki czytelnicze. Doceniam, że dotrwałaś do "wymaczecenia" i chyba wezmę Ci medal za odwagę czytania na bezdechu wykuję. Przyznam, nie chciałabym mieć na sumieniu niewinnej Istoty, która ową zasłoną dymną przeze mnie roztaczaną wzięłaby się i na pewno udusiła. Oddychaj, pamiętaj. Wdech... Wydech... Ulga. W rzeczy samej. Serdecznie pozdrawiam.

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Methionine niedziela, 01 sierpnia 2010 15:52 Umieszczone przez: Methionine

    Mówiąc szczerze doszłam do "wymaczecenia" i stwierdziłam, że nie dam rady tekstu czytać dalej. Może powinna szanowna autorka bardziej skupić się na rzeczy samej zamiast starać się wytworzyć swoistą zasłonę dymną, która niestety po kilku akapitach zaczyna dusić czytelnika?

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Marta sobota, 31 lipca 2010 15:29 Umieszczone przez: Marta

    Się nie podnieca tak,bo nie wytrzyma do premiery i nie zrecenzuje -1 październik-wytrzymasz? :P

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
  • Odnośnik do komentarzy Jacek Orlicz wtorek, 27 lipca 2010 00:48 Umieszczone przez: Jacek Orlicz

    Uh, uh, książeczka będzie? Jest? Była? Zrecenzować trzeba ją będzie i należy!

    Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz