Zanim jednak do tego przystąpimy, warto się zastanowić, czym właściwie jest bohater drugoplanowy i co go różni od bohatera pierwszoplanowego. Brzmi banalnie? Być może, ale problem tkwi w tym, że nie ma sztywnych reguł, a różnica jest absolutnie płynna, zwłaszcza gdy w jednym utworze występuje wielu bohaterów pierwszoplanowych. Jakbym miał zaryzykować stworzenie definicji głównego bohatera, to powiedziałbym, że jest to postać nierozerwalnie związana z akcją i w sposób szczególny w niej zanurzona, której perspektywa jest kluczowa dla poznania fabuły lub pewnego jej aspektu. Mówiąc prościej to ten gość, bez którego cała historia nie miałaby sensu. Z kolei bohater drugoplanowy na zasadzie przeciwieństwa nie jest właściwie niezbędny, ale w taki czy inny sposób wpływa na losy tego głównego.
Oczywiście ktoś mógłby zapytać: „A co za różnica?”. Ostatecznie nikt się nigdy nie zastanawiał, czy Sherlock Holmes aby na pewno jest postacią pierwszoplanową. Najważniejsze zawsze było to, że historie o nim ciekawiły i bawiły. I faktycznie dla czytelnika wcale nie jest ważne, dlaczego Holmes jest postacią udaną. Dla początkującego pisarza – wręcz przeciwnie. Stworzenie klarownego opisu rzeczywistości, w której wiadomo, kto jest kto i jaka jest jego rola w historii powinno być kwestią najwyższej wagi. Inaczej wszystko to, co chce opowiedzieć czy przekazać zginie w chaosie.
Uff… Tyle tytułem części teoretycznej. Przejdźmy do naszych przykładów.
Bohaterowie w „Pod kopułą”
W swojej ostatniej powieści King postawił sobie zadanie bardzo ambitne, postanowił stworzyć miasto. Przez „stworzyć” rozumiem tu coś więcej niż tylko wymyślić nazwę, położenie i cechy szczególne. Stworzyć miasto znaczy w tym wypadku stworzyć jego mieszkańców, dokładnie odmalować panujące między nimi stosunki, zaprogramować ich sposób myślenia jako jednostek, a także jako zbiorowości. Mało tego, trzeba to jeszcze zrobić tak, żeby historia nie stała się nudna i rozlazła. Moim zdaniem Kingowi się to udało, dlatego wybrałem właśnie „Pod kopułą” jako przykład dla omawianego tutaj zagadnienia. Ale przyjrzyjmy się, jak on to właściwie zrobił.
Przede wszystkim bardzo wyraźnie wyróżnił Dale’a Barbarę i Dużego Jima Renniego jako głównych bohaterów, czyniąc ich przy tym antagonistami i ośrodkami, wokół których gromadzą się wszystkie pozostałe postacie. To ich działania mają największy wpływ na akcję oraz ostatecznie doprowadzają do jej rozwiązania. Wszyscy bohaterowie drugoplanowi muszą się prędzej czy później opowiedzieć po stronie któregoś z nich.
Taki zabieg pociągnął za sobą dwojakie konsekwencje. Po pierwsze bardzo ładnie wszystko uporządkował. Po drugie stworzył poważne ryzyko, że wszyscy bohaterowie staną się banalni, bo będą należeli do jednego z dwóch typów: dobrych lub złych. Żeby tego uniknąć King zastosował technikę sdoppiamento (o której wspominałem już przy naszym poprzednim spotkaniu), czyli dosłownie „rozdwojenia”. Polega ona z grubsza na tym, że postacie robią coś pozornie niezgodnego ze swoim charakterem. Dobrym przykładem może tu być radna Andrea Grinell, która zdecydowanie należy do obozu dobrych, ale przez swoje uzależnienie od leków daje się wmanipulować w działania złe. Podobnie policjantki Linda Everett i Jackie Wettington – obie są dobre, ale muszą funkcjonować w ramach sił policyjnych, które wykonują brudną robotę Dużego Jima. Z kolei ludzie kompletnie zdegenerowani jak syn Dużego Jima, który w przeciągu całej akcji powieści dopuszcza się niejednego morderstwa, w momentach najmniej spodziewanych odnajdują w sobie ludzkie uczucia.
Poza tym dość prostym, choć umiejętnie wykonanym zabiegiem rozmywania binarnych podziałów, King dużo uwagi poświęca również wyborom i motywacjom swoich drugoplanowych bohaterów. W jego powieści nikt nie jest dobry tak po prostu, ani zły tak po prostu. Niektórzy opowiadają się po jednej ze stron, gdyż chcą bronić swoich rodzin, inni, aby nie powtarzać błędów z przeszłości, jeszcze inni, żeby się za coś zemścić. Innymi słowy, każdy należy do jakiegoś „obozu”, ale niekoniecznie, dlatego że jest taki sam jak wszyscy inni, którzy do niego należą.
Trzecia i ostatnia rzecz, która moim zdaniem sprawia, że mechanizm napędzający świat Kinga tyka, to wiarygodność jego drugoplanowych postaci. Diabeł tkwi w szczegółach – jak mawiają. Pisarz powinien bardzo dokładnie wiedzieć, kim jest każdy człowiek, którego wprowadza do swojego dzieła. Powinien wiedzieć, skąd pochodzi, jacy byli jego rodzice, jak jest wychowany, wykształcony, etc. Te czynniki wpływają na to, jak postępuje, jak się ubiera, mówi – słowem, jak się prezentuje na zewnątrz. Natomiast z całą pewnością pisarz nie powinien zanudzać czytelnika rozpisywaniem obszernych biogramów. Doskonałym przykładem zastosowania tych zasad jest postać Sama Niechluja. Sam jest pozornie całkiem nieważnym pijakiem, pośmiewiskiem całego miasteczka. W całej powieści występuje wszystkiego razem chyba w trzech scenach. Jednak koniec końców odgrywa kluczową rolę w uratowaniu Dale’a Barbary i jego najbliższych przyjaciół. Nie tłumaczy się, dlaczego to robi, mętnie tylko wspomina coś o swojej przeszłości. Efekt jest taki, że nigdy nie poznajemy całej jego historii, nie dowiadujemy się, dlaczego popadł w biedę i alkoholizm, ale wiemy, że jakąś historię posiada – tak jakby żył gdzieś jeszcze poza mikrokosmosem powieści.
Podsumowanie
Ogólnie rzecz biorąc to, co King zrobił w swojej powieści można sprowadzić do dość prostego procesu. Po pierwsze stworzył dwóch wyraźnych głównych bohaterów, którzy idealnie pasowali do schematu akcji, jaki sobie opracował. Następnie do nich dopasował bohaterów drugoplanowych, których najpierw uprościł, sprowadzając do podstawowych kategorii dobra i zła, a następnie skomplikował, opracowując ich motywacje, ich przeszłość, obmyślając wewnętrzne konflikty i sprzeczności, które w sobie noszą. Efekt jest taki, że jego świat jest przekonujący, pomimo swojej prostoty i przejrzystości.
Oczywiście nie jest to jedyny sposób pracy nad postaciami pobocznymi. Nie jest to też najbardziej ambitne podejście do problemu, ale, sądząc po popularności Kinga, raczej skuteczne. Dlatego gorąco zalecam lekturę „Pod kopułą”, a tym, którzy już czytali, radzę ponownie przyjrzeć się rozmaitym sztuczkom starego mistrza.
































Odrobina teorii













