Katarzyna Zalecka: Znany jesteś, Marcinie z ogromnego zainteresowania Skandynawią. Świadczą o tym choćby powieści takie jak trylogia nordycka, czy Ragnarok 1940. Skąd się u Ciebie wzięła tak wielka sympatia do Skandynawii?
Marcin Mortka: Zabawnie to zabrzmi, ale zadecydował o tym bunt młodzieńczy. Większość mojej klasy licealnej wybierała się na kierunki ogólnie kojarzące się z karierą, jak prawo czy ekonomia, do czego ja zupełnie nie miałem głowy. Postanowiłem się na wszelki wypadek zbuntować i pójść za sercem. Któregoś dnia na lekcji wychowawczej otworzyłem informator na stronie, która przedstawiała filologię norweską, i powiedziałem do siebie w duchu: „O, mam”.
Rok przed swoim literackim debiutem zająłeś się tłumaczeniem powieści Patricka O'Briana. Czy pomogło Ci to jakoś w rozpoczęciu kariery pisarskiej? Czy przekładanie cudzych książek wpływa pozytywnie na szlifowanie warsztatu i tworzenie własnych tekstów?
Tak, z pewnością w jakimś tam stopniu wpływa, choć chyba niewielkim. Tłumacząc jestem ograniczony do myśli, wyrażonej przez pisarza, a pisząc nie jestem ograniczony niczym (poza regułami języka polskiego, rzecz jasna). Tłumaczenie jest w związku z tym nieco „ciaśniejsze”, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Bardzo lubię to zajęcie, ale z tworzeniem własnych tekstów nie ma wiele wspólnego.
Jeśli zaś o chodzi o karierę pisarską, to wieloletnia współpraca z tekstami O’Briana – którego po prostu uwielbiam – podsunęła pomysł napisania „Karaibskiej krucjaty” i uzbroiła w odpowiednie kompetencje. O’Brian zaszczepił we mnie miłość do opowieści morskich i musiałem znaleźć dla tego ujście.
Jesteś wielkim miłośnikiem i popularyzatorem RPG w Polsce. Napisałeś kilkanaście artykułów do czasopisma „Magia i Miecz”, współpracujesz też z wydawnictwem „Portal”. W 2005 roku w wywiadzie dla Gildii.pl przyznajesz, że w „Ostatniej Sadze” i „Karaibskiej Krucjacie” bardzo wiele postaci i wątków oparłeś właśnie na doświadczeniach wyniesionych z sesji. Czy są jakieś systemy RPG, które szczególnie sobie cenisz, a jeśli tak, to jakie i dlaczego?
Niezniszczalnym dla mnie systemem jest i będzie Warhammer, ze względu na swój mrok i nastrój zbliżającej się zagłady. Z identycznych powodów swego czasu uzależniłem się od pierwszej edycji „Wilkołaka”, dzięki któremu można było zanurzyć się w mrok nam współczesny. Ponadto, oba systemy pozwalają uczestniczyć w czymś, co umiera, ginie, traci wyrazistość i spróbować tego bronić.
Zanim podjąłeś się napisania „Miecza i Kwiatów”, trylogii poświęconej wyprawom krzyżowym, długo zwlekłeś z realizacją tego pomysłu, chcąc nabrać doświadczenia i udoskonalić swój warsztat. Powiedziałeś kiedyś, że „magię krucjat bardzo trudno jest wiarygodnie odmalować, a łatwo można spłycić”. Wszystkie trzy części „Miecza i Kwiatów” znajdują się już na półkach księgarń. Jak postrzegasz te powieści? Czy udało Ci się w nich uchwycić to, co jako miłośnik wypraw krzyżowych uważałeś zawsze za najważniejsze?
Nie mnie to oceniać, a czytelnikowi. Odpowiedzą na to pytanie recenzje i to już niebawem. Ja zaś jestem człowiekiem skromnym, a do tego nadal nieco wystraszonym rozmiarami podjętego wyzwania, tak więc tradycyjnie już obawiam się odbioru trzeciej, najtragiczniejszej części trylogii.
A co do moich odczuć? W czasie pisania „Miecza i Kwiatów” po prostu utonąłem w nastrojach arabsko-krucjatowych. Nie pamiętam, by jakakolwiek inna powieść tak bardzo mnie stymulowała i uzależniła, bym na punkcie którejkolwiek z nich oszalał tak bardzo. Nie wiem, czy można uchwycić nastrój lepiej, ale ja już nie umiem.
Na jednym ze spotkań autorskich ktoś powiedział, że „MiK” to najbardziej malarska z moich powieści. Poczułem się wspaniale…
Co było dla Ciebie największą inspiracją podczas pracy nad „Mieczem i Kwiatami”? Czy udało Ci się odwiedzić Jerozolimę i inne związane z krucjatami miejsca, np. Krak de Chevaliers?
Niestety nie. Podróż w tej miejsca to jedno z moich najgorętszych pragnień, niestety nie do zrealizowania na tym etapie życia. Inspirowałem się natomiast pragnieniami i marzeniami. Chowałem się na powieściach Zofii Kossak-Szczuckiej, które nauczyły mnie podziwu dla dramatyzmu krucjat, kazały postrzegać ich przywódców jako postacie z krwi i kości, targane namiętnościami, popełniające błędy, walczące z własnymi słabościami. Nigdy nie mogłem też przestać podziwiać owego niesamowitego zderzenia dwóch kultur, które zaowocowało powstaniem tak dziwnych, chrześcijańsko-islamskich państw.
Poza tym, jest jeszcze mit błędnego rycerza, który żyje w duszy wielu erpegowców starszej daty, mit opowiadany przy ogniskach, ożywiany dotknięciem czyjegoś miecza na pokazie czy ostrym podmuchem wiatru. Wiesz, jako mały chłopiec bardzo, bardzo chciałem zostać rycerzem. Nie zostałem, ale w rezultacie napisałem „Miecz i Kwiaty”.
Zawsze starasz się tworzyć solidne zaplecze historyczne dla swoich opowieści. Ile czasu w stosunku do pisania książki zajmuje Ci przygotowanie do niej?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo mój warsztat pracy to podręcznikowy przykład chaosu. Piszę jak opętany, jak najszybciej, jak najwięcej, czytam w przerwach, również szybko, gorączkowo, stresując się, że nie piszę. Dopiero później, na etapie redakcji, jest czas, by ochłonąć i co nieco dodać, uściślić, wprowadzić. Nie ukrywam też, że gdyby nie redaktorka merytoryczna – Ewa Leśniewska – chyba okryłbym się wstydem.
W jakich warunkach piszesz – zamykasz się na cztery spusty w pokoju, a rodzina przechodzi obok niego na paluszkach, nie chcąc Ci przeszkadzać, czy raczej siedzisz wspólnie z nimi i nie zważasz na to, co się wokół dzieje, nawet jeśli jest głośno? Czy lubisz w trakcie tworzenia słuchać muzyki? Jeśli tak, to jakiej?
Zamknięcie na cztery spusty odpada – za bardzo kocham swą Żonę i obu Synków, by się przed nimi chować. Jestem też zbyt zapracowany, by pozwolić sobie na luksus izolacji. Jestem więc jak stary żołnierz, który śpi, kiedy może – piszę, kiedy mogę. W pociągu do pracy, w przerwach między zajęciami, w kolejce w urzędzie, w nocy, gdy wszyscy śpią, wieczorami, gdy mój starszy Syn ogląda swe bajki, czasami w weekendy… Nie mam czasu na nic, więc go stwarzam. Nie marnuję w życiu ani chwili.
Tak, rozumiem. Ja też nie wiem, jak to możliwe, że te książki mają w ogóle sens.
Co do muzyki, nie jestem w stanie pracować bez niej. Muzyka wprowadza mnie w odpowiedni nastrój i nie pozwala wygasnąć wenie. Podczas „MiK” pożerałem dosłownie msze da Palestriny oraz „Ancient Muse” Loreeny McKennit, co za przepiękne perełki… W chwili obecnej piszę „Martwe Jezioro”, moją pierwszą powieść dark fantasy i nie daję spokoju Mortiisowi do spółki z Nightwish i Theatre of Tragedy.
Czy miewasz okresy pisarskiej niemożności, kiedy siedzisz godzinami nad pustą kartką i nie masz pojęcia co napisać, albo wręcz przeciwnie – piszesz, ale wszystko potem ląduje w koszu? Jak sobie z tym radzisz? Co Cię wtedy najbardziej motywuje do pisania i pomaga wybrnąć z dołka?
Nie wiem, co to brak weny. Piszę zrywami, a między zrywami myślę o tym, co chcę napisać. W okresie pisania książka staje się mną, a ja książką. Żyję życiem moich bohaterów, wyobrażam sobie ich rozmowy, ich przygody, maluję w myślach świat, tak więc kiedy nadchodzi ów zryw, jestem doskonale do niego przygotowany. Siadam i spod palców idzie ogień…
Czy to oznacza, że kiedy zabierasz się za pisanie, trzymasz się skrupulatnie jakiegoś określonego planu wydarzeń, który wcześniej obmyśliłeś?
Nie, skąd. Mam kilka punktów zaczepienia, jakiś pomysły na zwroty akcji, garść gagów i klimat. Potem uruchamiam ów wir, który opisałem wyżej, a książka zaczyna sama się pisać, ja jej tylko pomagam. Bywa, że nie mam kompletnie pomysłu na jakiś wątek. Wtedy przerywam na moment pisanie, idę na spacer, kładę się spać, biorę się za coś innego i nagle, niespodziewanie, pomysł sam przychodzi do głowy. Bum i jest.
Którą ze swoich książek lubisz najbardziej i dlaczego?
Pokochałem „Miecz i Kwiaty”, z powodów, które opisuję w posłowiu. Tu cytat:
„Tu i ówdzie rozpowiadałem, że Miecz i kwiaty jest książką mojego życia. Bynajmniej nie miałem na myśli autoreklamy, a chciałem raczej podkreślić, jak bardzo osobista jest ta powieść. I też nie chodzi tu o utożsamienie się z Gastonem, Vittorio, Jakubem czy którymkolwiek z bohaterów. Pisząc Miecz i kwiaty miałem na celu podzielenie się pasją, odmalowanie mitu, który opętał mnie już dawno i trzyma wciąż mocno. Zapragnąłem stanąć skromnie w cieniu pomnika Zofii Kossak-Szczuckiej i opowiedzieć o krucjacie po swojemu.”
Czy we własnych tekstach masz swojego ulubionego bohatera? Dlaczego czujesz do niego taką sympatię?
Cechuje mnie zabawna przypadłość. Główny bohater jest powieści potrzebny, więc go tworzę, maluję, rozwijam i dopieszczam. Ale tak naprawdę to przepadam wprost za postaciami drugoplanowymi. W „Mieczu i Kwiatach”, choć naprawdę bardzo polubiłem Gastona, moje serce zdobyli Anzelm, Jakub i Vittorio – ten pierwszy jako „rycerz mroczny”, drugi jaki „rycerz bez skazy”, trzeci jako „rycerz-sowizdrzał”, a więc trzy najbliższe mi archetypy rycerskie.
W „Wojnie Runów” uwielbiam postać śmiałego Collina Gubbinsa i komandora Gniewomira Korniłowicza, w którym usiłowałem odmalować przedstawiciela przedwojennego pokolenia ludzi honoru. W „Karaibskiej Krucjacie”, gdzie zresztą nie bez powodu prowadzę narrację w pierwszej osobie, co rusz mrugam w stronę Edwarda Love. W „Ragnaroku 1940” z pasją tworzyłem postać Terrence’a, angielskiego pilota-poety, a w „Ostatniej Sadze” uwielbiam sędziwego chwata Edgara.
Próbowałeś różnych rodzajów narracji. Co decyduje o tym, jaki rodzaj narracji wybierasz, zaczynając pisać powieść? W jakim typie narracji czujesz się najlepiej?
To kolejny z dowodów na to, że pisarstwo kryje w sobie magię. Narracja i jej styl kształtuje się jakoś sam, ja tylko w tym nieco pomagam. Nie przypominam sobie, bym pisząc „Ostatnią Sagę” silił się na narrację typową dla mrocznej, mroźnej sagi, a tymczasem tak wyszło. Cięte dialogi w „Ragnaroku” czy nastrojowe, rozbuchane opisy w „Mieczu i Kwiatach” również stworzyły się jakoś same, zupełnie jakby książka wiedziała, w co należy się ubrać na spotkanie z pisarzem.
Natomiast ja sam kapitalnie czuję się w nastrojach komediowych i na pewno jeszcze kiedyś w tę nutę uderzę.
Co sądzisz o ebookach? Czy twoim zdaniem są one w stanie wyprzeć tradycyjne, papierowe książki? Jak to może wpłynąć na zarobki autorów?
Moim zdanie ebooki mogą pisarza wspomóc, ale nie zagrożą mu. Książka w wersji elektronicznej nie ma bowiem owego sentymentalnego elementu, który cechuje taką z papieru. Wiesz, nie odłoży się go na półkę, nie weźmie po latach, nie wyciągnie zapomnianej zakładki… Książkę kupuje się, by ją przeczytać, a także po to, by mieć.
Jak często zdarza Ci się szukać opinii o swoich tekstach w Internecie? Jakie odczucia się z nimi wiążą – komentarze czytelników motywują czy raczej wręcz przeciwnie?
Zdarza mi się szukać, a co do komentarzy… Cóż, głupimi nie można się przejmować, ale zdarzają się uwagi celne, konkretne. Przyznam, że po krytycznej recenzji internetowej pierwszego tomu „Ragnaroku 1940” wprowadziłem do drugiego kilka ważnych poprawek. Mam nadzieję, że kiedyś uścisnę temu człowiekowi dłoń.
Czy Twoim uczniom zdarza się komentować Twoją twórczość? Co mówią na jej temat – krytykują czy chwalą?
Nie są to częste przypadki, ale bywa, że moi uczniowie przychodzą po autograf, bywa, że opisują swoje odczucia, bywa, że są bardzo obiektywni. Tak, lubię moich uczniów.
Jak twoje książki oceniają rodzina i znajomi? Czy zdarza im się sugerować Ci, co i jak powinieneś napisać?
Moja Żona, która jest uosobieniem zdrowego rozsądku, wytknęła mi kiedyś kardynalny błąd. Czytała szkic pierwszych rozdziałów „Ragnaroku 1940” i stwierdziła, że chociaż ja doskonale wiem, o czym piszę, to czytelnik już niekoniecznie. Przełknąłem pigułkę, przemyślałem, poprawiłem… Mama z kolei przeczytała z wypiekami „Ostatnią Sagę” – zresztą zadedykowałem tę powieść rodzicom – i wytknęła mi błąd fabularny, którego nikt wcześniej nie zauważył. Brat zaś pękał ze śmiechu przy „Karaibskiej Krucjacie” i powiedział, że nawet gdybym pisał przepisy kulinarne, też byłyby zabawne.
Jaka opinia na temat którejś z twoich książek zdziwiła Cię najbardziej i dlaczego? Czy uważasz, że czytelnicy rozumieją twoją twórczość, tzn. czy wiedzą, co autor miał na myśli?
W moich powieściach nie ma raczej problemu z tym, co autor miał na myśli. Maluję w nich pewien klimat, nastrój, atmosferę i cieszę się po prostu, gdy ktoś powie: „Wiesz co, czułem to, znalazłem się w tym.” Co do zaskakujących recenzji, cóż… Pisząc „Ostatnią Sagę” bardzo się starałem zachować równowagę między światem chrześcijańskim a pogańskim. Moje zdziwienie nie miało więc granic, gdy jeden z internetowych recenzentów z zachwytem stwierdził, że mi się to nie udało i powieść jest pro pogańska.
Czy czytasz swoje książki po ich opublikowaniu? Jak się wtedy czujesz? Masz ochotę wszystko pozmieniać czy wręcz przeciwnie – ogarnia Cię samozachwyt?
Wszystkie moje powieści stoją obok siebie na półce i patrzą na mnie. Zdarza mi się czasami, w chwili zadumy, podejść, wziąć którąś do ręki, przekartkować powspominać. Nie ma takiej, której nie lubię. Nie ma takiej, którą chciałbym zmienić. Nie ma też takiej, która mnie zachwyca. Po prostu je lubię podobnie jak dziesięciu starych, dobrych kumpli.
Ile miałeś lat, kiedy po raz pierwszy sięgnąłeś po pióro i co Cię do tego skłoniło? Co wtedy pisałeś? Po jakim czasie zacząłeś traktować swoje teksty poważnie?
Rany, nie pamiętam. Pisałem od dziecka, jakieś opowiastki, wierszyki, historyjki, każde wypracowanie na lekcję języka polskiego było dla mnie wielkim, wspaniałym wyzwaniem (tak, miałem opinię dziwaka). Potem zaczęły się artykuły do „Magii i Miecza” i nagle odkryłem, że to może być poważna sprawa.
Jak wspominasz swoje pierwsze kontakty z wydawcami? Ile czasu zajęła Ci walka o debiut?
Zabawne, ale o nic nie musiałem walczyć. W tym momencie mojego życia uśmiechnęło się do mnie szczęście, albowiem przez przypadek – a właściwie przez znajomego, Ignacego Trzewiczka - trafiłem na Annę Brzezińską, która akurat rozkręcała wydawnictwo. Przeczytała manuskrypt „Ostatniej Sagi” i odkryła w niej potencjał, jak to sama określiła.
W jaki sposób nauczyłeś się pisać? Czy możesz mówić o sobie jako o samouku? A może na twój sukces pracowały także inne osoby? Czy uczestniczyłeś kiedyś w warsztatach pisarskich?
Nigdy nie uczestniczyłem w żadnych warsztatach, ale samoukiem nazwać się nie mogę. Obraziłbym w ten sposób moje wspaniałe polonistki z liceum, wspomnianego już Ignacego Trzewiczka, który bezlitośnie krytykował moje teksty do „Portala”, Annę Brzezińską, która udzieliła mi ogromnej lekcji pisarstwa podczas redakcji „Ostatniej Sagi”, a ostatnio również Marcina Wrońskiego, Łukasza Małeckiego i Małgosię Koczańską, redaktorów z którymi przyszło mi pracować z ramienia Fabryki Słów.
Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia postaci?
To temat rzeka. Czasami po prostu chcę wbić w powieść kogoś charakterstycznego – rycerza-sowizdrzała (Vittorio Scozzi), sędziwego pułkownika-choleryka (Troy), faszystowskiego tropiciela sekretów (Tritz). Czasami zobaczę kogoś takiego w jakimś niszowym filmie lub niskobudżetowym serialu i postanawiam jakoś przemycić do powieści. Czasem ujrzę czyjąś twarz na ulicy, która mnie zainspiruje. Czasem usłyszę jakieś imię i myślę sobie: świetnie byłoby mieć takiego bohatera. Tak powstał główny bohater „Ragnaroku 1940” – słuchałem sobie kiedyś pewnego słynnego utworu Pearl Jam, wsłuchałem się w treść utworu i nagle urodził się Jeremy Baldwin.
Twój przepis na dobrą książkę – jak napisać bestseller?
Nie mam przepisu na bestseller, a żałuję. Wszystkie pozostałe sekrety zdradziłem powyżej.
Jakie masz plany na przyszłość? Czy wybrałeś już temat kolejnej powieści? Zamierzasz trzymać się starych i sprawdzonych klimatów, czy też weźmiesz się za coś zupełnie nowego?
Muszę dokończyć „Martwe Jezioro” – moje pierwsze dark fantasy – które zapewne również rozwinie się w cykl. Na pewno wrócę kiedyś do wikingów – mam pewien cudowny pomysł, którego na razie nikomu nie zdradzę. Chcę wrócić do drugiej wojny światowej, chciałbym wreszcie zacząć pisać bajki dla dzieci… Jeszcze pewnie nie raz będę miał okazję się Wam zwierzać…
I na koniec, zdradź nam proszę, Marcinie, co sądzisz o Qfancie?
Właśnie się zapoznaję.
Bardzo dziękuję za rozmowę!
Dziękuję i pozdrawiam.
z Marcinem Mortką rozmawiała Katarzyna Zalecka
































Marcin Mortka – urodzony w 1976 roku w Poznaniu. Absolwent skandynawistyki na wydziale neofilologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Swą przygodę z piórem zaczął od pisania artykułów do czasopism popularyzujących RPG, takich jak „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Tłumacz powieści Patricka O’Briana, którego uważa za niedościgniony wzór. Nauczyciel i lektor języka angielskiego. Pilot wycieczek zagranicznych do Islandii i Norwegii. Zadebiutował w 2003 roku powieścią „Ostatnia saga”, której kontynuacją są: „Wojna runów” oraz „Świt po bitwie” (trylogia nordycka). Autor dwóch dylogii: „Karaibska krucjata” oraz „Ragnarok 1940”. Przez ostatnie lata całkowicie oddany tematyce wypraw krzyżowych, czego efektem jest trylogia „Miecz i kwiaty”.













