Grawitacja – niech żyją prawa Murphy’ego!

Grawitacja – niech żyją prawa Murphy’ego!


Autor: Łukasz Szatkowski

Jeśli w krótkim czasie usłyszysz pianie zachwytu nad filmem quasi science fiction z dwóch różnych mainstreamowych stacji radiowych, a znajomi zaspamują ci facebooka hymnami na jego cześć, to wiedz, że coś się dzieje. Takiego fenomenu nie wypada przegapić, nawet jeśli łatka najlepszego filmu sf od lat została przypięta „Grawitacji” nieco na wyrost.

                Trwa standardowa misja serwisowa teleskopu Hubble’a, gdy astronauci zostają poinformowani o zestrzeleniu przez Rosjan swojego satelity szpiegowskiego. Niestety zrobili to tak nieudolnie, że wywołali reakcję łańcuchową, w związku z czym po orbicie krąży deszcz szczątków, niszczący wszystko co spotka na drodze. Katastrofę wywołaną zderzeniem przeżywają tylko dowódca misji, weteran lotów kosmicznych Matt Kowalsky (George Clooney) i niedoświadczona członek załogi dr Ryan Stone (Sandra Bullock). To jednak dopiero początek ich kłopotów.

                A te następują jeden po drugim, widz ani przez chwilę nie ma czasu odetchnąć. Bombardowanie odłamkami, brak tlenu, paliwa, pożar, podtopienie, odlot w przestrzeń i scena z odpinaniem liny niemal żywcem wyjęta z „Granic wytrzymałości”. Reżyser Alfonso Cuarez nie patyczkuje się z bohaterami swojego filmu i wyraźnie pokazuje, że w kosmosie prawa Murphy’ego działają w dwójnasób. Jeśli coś może się zepsuć, to możesz być pewien, że się zepsuje i to w tak złośliwy sposób i w tak niefortunnym momencie, że będziesz miał szczęście, jeśli ujdziesz z życiem. A nawet jak ta sztuka się uda, to drugiej szansy nie będzie, pozostaje dryfowanie w kosmicznej pustce z kończącym się zapasem tlenu. W połowie filmu byłem przekonany, że jeśli jakimś cudem dwójce rozbitków uda się wrócić na Ziemię, to zapewne wylądują w środku jakiejś wojny domowej w Afryce, gdzie po wystawieniu głowy z kapsuły z miejsca zarobią po kulce. I zapewne będzie to przypadkowy rykoszet. Taka ironia losu rodem z „Happy Tree Friends”.

                Mimo że w „Grawitacji” tak wiele się dzieje, to mamy tu do czynienia praktycznie z kinem dwójki aktorów – w pozostałych rolach głosy (m.in. Ed Harris) i trochę trupów. Oraz oczywiście Ziemia i kosmos dookoła. Technologia 3D została stworzona właśnie dla takich filmów, widok Ziemi z kosmosu w trójwymiarze na kinowym ekranie dosłownie zapiera dech w piersiach i niejako kontrapunktuje z tragedią, która dzieje się w tak urokliwej, niesamowitej scenerii. Wielka w tym zasługa doskonałej pracy wykonanej przez operatora Emmanuela Lubezkiego, zdjęcia naprawdę robią wrażenie.

                Zatem choć fabuła „Grawitacji” nie jest szczególnie oryginalna ani ambitna, to warto przejść się na ten film choćby przez wzgląd na, nomen omen, nieziemskie widoki i szybką, trzymającą w napięciu akcję. Pieniądze przeznaczone na bilet do kina z pewnością nie okażą się zmarnowane.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: