Wywiad z Tomaszem Jamrozińskim

Wywiad z Tomaszem Jamrozińskim


Wywiad_z_Tomaszem_Jamrozinskim_qfantAutor: Kinga Król

Ostatnio na rynku czytelniczym w dziedzinie kryminału pojawiło się nowe nazwisko – Tomasz Jamroziński, autor powieści "Schodząc ze ścieżki". Nie omieszkałam skorzystać więc z okazji, by podpytać autora o kilka spraw.

Poeta, prozaik, mieszkaniec Częstochowy, absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskego, autor tomów poetyckich: stenogramy, Przylądek do skrócenia i Mężczyźni są z Warsa. Przyznaję, że niewiele informacji można o Panu odnaleźć w sieci, w związku z tym, czy mógłby Pan nam coś więcej o sobie opowiedzieć, choćby o swoich zainteresowaniach, pasjach?

Jeśli ktoś szukałby informacji o tym, czy kolekcjonuję przedmioty, czy coś uprawiam, czy opiekuję się jakimś zwierzątkiem, to odpowiadam – nie warto. Wątpię, żeby to specjalnie rzutowało na to, co piszę. Interesują mnie relacje między ludźmi, ale to trudno podporządkować pod pasje, chyba że obserwacyjną. Kawał siebie, wyobraźni i języka, zostawiam w pisaniu zarówno poetyckim, jak i kryminalnym. Lepiej więc uważnie czytać – jeśli ktoś ma życzenie mnie wypatroszyć (śmiech) – i poznać te rzeczy literackie, które przytrafiły mi się po drodze.

Czym jest dla Pana pisanie – odskocznią od codzienności czy sposobem na życie?

W „Psach” Pasikowskiego pojawia się taki tekst Franza Maurera, że ktoś rodzi się księdzem, ktoś kurwą, a ktoś inny złodziejem. Tak łatwiej się poznać. Ja – mam nadzieję – szczęśliwie urodziłem się tylko kimś, kto czasem opowiada niepokojące historie, raz zmyślone, innym razem bardziej z życia. Mam też swoje ciśnienia pisarskie, chciałbym, żeby to, co pomieszczę w okładkach było dobre, żeby otwierało na taki intymny związek autora z czytelnikiem. Na co dzień pracuję ze słowami, więc nie jest to odskocznia, już prędzej sposób na życie, inne od zapieprzania za pieniędzmi czy władzą.

Swoją dziaWywiad_z_Tomaszem_Jamrozinskim_02_qfantłalność autorską rozpoczął Pan od tomików poezji. Niedawno ukazała się jednak Pana debiutancka powieść "Schodząc ze ścieżki". Skąd decyzja o zmierzeniu się z prozą? Czy był to chwilowy "skok w bok", czy możemy liczyć na jakiś dłuższy związek?

Zdecydowanie stawiam na związek z prozą, aż do wyczerpania pokładów wyobraźni. Powalczę i zaproponuję jeszcze ciekawsze rozwiązania fabularne, dialogi i akcje. Z poezją jest ten problem, że powstaje dużo świetnych zbiorów, funkcjonuje całe środowisko zdolnych poetów w Polsce, ale jest przykryte mnóstwem miałkich książeczek wydawanych własnych sumptem przez osoby, które w ogóle nie czytają współcześnie pisanych wierszy, zwyczajnie nie interesują się tym. Ta masa słabych przykrywa te imponujące światy poetyckie i na zewnątrz poezja jawi się jako obciach. Ostatnie trzy lata to typowe myślenie długimi narracjami.

Na co dzień jest Pan pracownikiem Wydziału Kultury, Promocji i Sportu w częstochowskim urzędzie. Ciekawe jest również to, iż w tym samym wydziale pracuje Aleksander Wierny, autor niedawno wydanego kryminału "Teraz" (dodajmy jest Pana naczelnikiem). Czy Panowie nawzajem namawialiście się do napisania powieści, czy wydanie jej w podobnym czasie i tym samym wydawnictwie jest jedynie przypadkiem? A może był to wspólny pomysł na promocję miasta?

Zbieg okoliczności. Śmieszny i na swój sposób dramatyczny, bo nie możemy liczyć na wsparcie miasta w zakresie jego promocji. Nie możemy sami do siebie zwracać się o pomoc i oczekiwać wdzięczności. Śmiejemy się, że to trochę jak praca po godzinach. Poza tym kryminalna promocja Częstochowy okazała się dość przewrotna, bo pokazuje mroczną stronę duchowej stolicy Polski.

Marek Hłasko napisał, że „wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien, a kto nie; chodzi o to, żeby mieć winnego”. Na takim założeniu opiera się w powieści cała sprawa makabrycznego zabójstwa sprzed lat. Tego typu "pomyłki" zdarzały się jednak w rzeczywistości, zatem ciekawi mnie, czy w przypadku zabójstwa nad Michaliną inspirował się Pan jakimś konkretnym wydarzeniem?

Wymyśliłem to od początku do końca, ale problem zaniechania to grzech różnych służb i urzędów, zwyczajnie ludzki. Co do stróżów prawa to słyszałem o historii, jak to dzieciaki bawiące się w opuszczonej fabryce znalazły zwłoki zalane betonem. Policja uznała, że to samobójstwo, i miała robotę z głowy. Dopiero prokurator zaczął zastanawiać się, czy to aby nie egzekucja. Co do Michaliny to ciekawostka – sto lat temu został tam zamordowany ówczesny dyrektor huty, teraz stoi tam pomnik, który pozwoliłem sobie wykorzystać w spocie filmowym zapowiadającym książkę.

Jest Pan rodowitym częstochowianinem. Czy oczywistym było umiejscowienie akcji powieści właśnie w tym mieście? Czy Częstochowa opisana przez Pana pokrywa się z tą, jaka jest w rzeczywistości?

„Schodząc ze ścieżki” to nie „Ania z Zielonego Wzgórza”, dlatego Częstochowa musi być pokazana od tej bardziej peryferyjnej, brudnej strony. Stąd glinianki i blokowiska. Jasna Góra pojawia się raczej jako odległe tło dla pokazania, że to normalne miasto ze swoją codziennością i okropieństwami, które przytrafiają się pod każdą szerokością geograficzną. Znam dość dobrze Częstochowę, czuję się w niej jak u siebie, dlatego pozwoliłem sobie na ten wybór. Dla literatury to chyba dobrze, bo samo miasto jest jednym z czterech najbardziej rozpoznawalnych w Polsce, chociaż nie jest żadną metropolią.

Duet tak przeciwstawnych bohaterów Wołoszynow – Zdaniewicz sprawdził się według mnie w stu procentach. Nie myślał Pan o napisaniu serii z komisarzem i aspirantem w rolach głównych? Przyznaję, że z chęcią przeczytałabym o kolejnych perypetiach tych bohaterów 😉

Myślę o tym. Stąd w „Schodząc ze ścieżki” pojawia się wzmianka, że po rozwiązaniu sprawy zostali nazwani „Świętymi”. Byli Święci z Bostonu i Wszyscy Święci, ale częstochowskich brakowało. Mógłby być z tego cykl, ale nie chcę niczego przesądzać. Piszę rzecz, która policjantów nie trzyma w głównej osi akcji, więc zobaczymy.

Zmieńmy trochę temat. Kto jest pierwszym odbiorcą Pana tekstów? Czy krytyka tej osoby ma duży wpływ choćby na bieg wydarzeń w powieści?

Z kryminałem tak jest, że nikomu nie mogę sprzedać całego zamysłu, nikt nie ma prawa wiedzieć od razu, kto zabił. Co najwyżej po zakończeniu powieści mogę testować, czy ktoś nie domyślił się za wcześnie, na ile tajemnicę tłumaczy układ zdarzeń. Żona Kasia pierwsza czyta fragmenty. Do tego dochodzą moje wypady literackie do chatki w leśnej głuszy, gdzie przy whiskey z dwójką przyjaciół, poetą i prozaikiem, na zmianę czytamy sobie ostatnio spisane kawałki. Tak się dziwnie składa, że jeździmy tam w porze zimowej i trzeba ratować się nie tylko alkoholem czy kominkiem, ale też elektrycznym grzejnikiem. Z pewnością czytanie na głos obnaża słabsze momenty tekstu.

Jeśli stanąłby Pan przed koniecznością uratowania od zniszczenia tylko jednej książki ze swojej biblioteczki, jaką by Pan wybrał?

Zostawiłbym coś, na czym wychowuje się mój 3,5-letni syn i po czym lepiej śpi. Może Tuwim 😉 I tak wychodzi właśnie ze mnie pragmatyk.

Przeżyliśmy koniec świata, więc chyba mogę zapytać Pana o plany na 2013 rok?

Mam co nieco już napisane, w zarysie też całość z finałem, więc gdyby się uprzeć, to skończę drugą powieść. Tylko co począć ze „Świętymi”, komisarzem Wołoszynowem i aspirantem Zdaniewiczem? Może spróbować czegoś nowego kryminalnego bez nich? Nie wiem jeszcze. Na razie panowie schodzą ze ścieżki.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę powodzenia w dalszej pracy!

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: