Wywiad z Saszą Hady

Wywiad z Saszą Hady


Sasza_Hady_wywiad_01_qfantAutor: Joanna Kubica

Od recenzentki do autorki kryminałów

Wywiad z Saszą Hady

Dlaczego zdecydowałaś się publikować pod pseudonimem?

SH: Pisarze mają ten przywilej, że mogą występować pod pseudonimem i przez to w pewnym sensie wykreować się na nowo. Taka możliwość zawsze wydawała mi się atrakcyjna. Dlaczego nie miałabym z niej skorzystać? Poza tym podobało mi się nazwisko Hady, które nosiła moja babcia ze strony ojca. Byłam z nią bardzo związana i dlatego miałam sentyment do tego nazwiska, które – jako że pochodzę z tej linii – jest też przecież moim nazwiskiem.

A imię Sasza?

SH: Sasza to zdrobnienie od mojego imienia, Aleksandra, i wiąże się z założonym przeze mnie blogiem kuzynka-sasza-poleca.blogspot.com. Wspólnie z Oficynką zastanawialiśmy się nad ostateczną wersją mojego pseudonimu i uznaliśmy, że Sasza Hady brzmi chwytliwie i intrygująco.

A może chciałaś w ten sposób rozgraniczyć dwa światy: świat pisarza i prywatne życie?

SH: Tak, to bardzo praktyczne wykorzystanie pseudonimu. Rzeczywiście, wygodnie jest tak oddzielić różne sfery, ale nie mam tu na myśli tylko życia prywatnego i pisania, ale też różne dziedziny twórczości. Jestem nie tylko „kryminalistką”, ale również redaktorką i tłumaczką. Tłumaczką co prawda początkującą, ale z tego co wiem, szykują się dla mnie następne przekłady. Kolejne nieprzespane noce (śmiech).

A zrobiłabyś przekład własnej książki?

Przychodziło mi to do głowy, ale nie wiem… Chyba byłoby to nudne i męczące – to tak, jakbym miała napisać moją książkę od nowa. Raczej nie chciałabym tego robić sama, wolałabym zdać się na doświadczonego tłumacza.

Sasza_Hady_wywiad_02_qfantCzy twoi dawni znajomi ze szkoły, kiedy widzą książkę, której autorką jest Sasza Hady, wiedzą, o kim mowa?

Większość znajomych tak, bo im powiedziałam (śmiech). Wszyscy moi przyjaciele wiedzą, że Sasza to ja, a dzięki Facebookowi to teraz już wszyscy wszystko wiedzą…

Gdy otrzymałam Twoją powieść, pomyślałam: aha, polski kryminał. Otworzyłam książkę i byłam mile zaskoczona, że jest to klasyczna powieść detektywistyczna, a akcja rozgrywa się w Anglii. Tylko dlaczego akurat w Anglii, a nie np. Krakowie, z którego pochodzisz?

SH: Chciałam umieścić akcję książki w miejscu dla mnie nieznanym. Kiedy po raz setny idę tą samą ulicą w Krakowie, jakoś nie nastraja mnie to do wymyślania czegoś nowego. Bardzo inspirujące natomiast  jest dla mnie realnie istniejące miejsce, w którym sama nigdy nie byłam, ale mogę je sobie wyobrażać na podstawie zdjęć, filmów, książek czy opowieści. Wtedy też łatwiej mi o nim pisać, bo nie muszę sztywno dopasowywać każdego detalu do rzeczywistości. Na przykład chciałabym, żeby droga biegła przez las na wschód, a ona naprawdę biegnie na północ. Skoro mam pełną władzę nad światem wyobrażonym (co jest bardzo przyjemne; myślę, że odzwierciedla to ciemną, despotyczną stronę mojego charakteru), mogę to zmienić. Konwencja, w jakiej utrzymana jest moja książka, pozwala mi na taką twórczą wolność. Miejsca, o których piszę, są na wpół wyobrażone, na wpół rzeczywiste. Osada Little Fenn nie istnieje, ale miasteczko Moreton-in-Marsh – jak najbardziej.

Jak wybrałaś to miejsce na akcję książki?

Wiedziałam mniej więcej, w którym rejonie Anglii chciałabym umieścić akcję mojego kryminału, więc szukałam na mapie miejscowości o odpowiedniej nazwie. To był wybór całkowicie spontaniczny – uznałam po prostu, że Moreton-in-Marsh brzmi posępnie, interesująco i kojarzy się z mokradłami. Odwiedziłam to miasteczko dopiero po napisaniu książki.

I jakie były twoje wrażenia po przyjeździe do Gloucestershire? Nie miałaś zbyt dużych oczekiwań, miejsce cię nie rozczarowało?

Byłam bardzo mile zaskoczona. Moreton-in-Marsh okazało się o wiele bardziej urocze, niż się spodziewałam. Mój przyjaciel Kit, który pochodzi z tamtych okolic, był dla mnie źródłem wiedzy i opowiadał mi o turystycznych atrakcjach Cotswolds i całego Gloucestershire. Mówił, że jest tam urokliwie, ale mu nie wierzyłam (śmiech). Myślałam, że to jednak głęboka prowincja – co tam można robić? Takie miejscowości są atrakcyjne tylko w kryminałach. Na co dzień pewnie można się tam zanudzić…

…dopóki kogoś nie zamordują.

Tak. Tymczasem to naprawdę miłe miasteczko, bardzo charakterystyczne, bo domy są tam budowane tradycyjnie ze specjalnego rodzaju wapienia, który ma przepiękny kolor, taki miodowo-złoty. Aż chciałoby się tam zamieszkać. Niestety, nie stać mnie na to, bo tam to mieszka księżniczka Anna i ci, którzy posiadają te domy od pokoleń.

Wróćmy do samej powieści. Czy główny bohater, Nick, będzie mógł dalej rozwiązywać kolejne zagadki? Pod koniec książki wydaje się, że prawdopodobnie założy rodzinę. Czy to mu nie zaszkodzi w detektywistycznej karierze?

SH: Tak, powstaje druga część jego przygód. Nick będzie kontynuował swoje działania i właśnie to, co zamierza teraz zrobić ze swoim życiem osobistym, jak pogodzić pracę z przygodami detektywa i być może założeniem rodziny, będzie jednym z głównych wątków nowej książki. Mój bohater stanie przed trudnymi wyborami.

Czytelnicy przywiązują się do swoich ulubionych postaci. Conan Doyle miał w którymś momencie szczerze dość Sherlocka i nawet go uśmiercił, ale potem przywrócił do życia, ulegając usilnym prośbom czytelników. Nie obawiasz się, że po iluś przygodach miałabyś dość postaci Nicka?

SH: Myślę, że nie. Nick jest jakby… moim męskim alter ego, obdarzyłam go wieloma własnymi cechami. Tak to jest, że tworząc daną postać, obdarza się ją swoimi własnymi upodobaniami, gustami albo wadami. Wydaje mi się, że niemal każdy bohater „Morderstwa na mokradłach” otrzymał ode mnie jakąś drobną cechę „w spadku” – to taki jakby znak wodny. Nick otrzymał ich najwięcej.

Zdecydowanie nie chciałabym tworzyć ogromnie długiej serii, w której Nick w każdym odcinku będzie miał nową dziewczynę, jak James Bond, i pozostanie wiecznym chłopcem. Na pewno jednak mój bohater ma potencjał na jeszcze co najmniej jedną książkę.

Moją ulubioną postacią jest Rupert, znany pisarz. Czy ma jakiś rzeczywisty pierwowzór?

SH: Ma bardzo wiele pierwowzorów, bo tak naprawdę ucieleśnia cechy, które posiadają moi przyjaciele jako grupa: specyficzne poczucie humoru, bezczelną pewność siebie, złośliwość. Prawie każdy z moich przyjaciół mógłby się podpisać pod niektórymi jego wypowiedziami czy reakcjami. Nie była to więc jakaś konkretna osoba, ale raczej pewien rodzaj zachowania, który zapożyczyłam od całej grupy.

Rupert jest spójną postacią. Bardzo wyrazisty, barwny, a przez to – że tak powiem – „prosty w obsłudze”. Zupełnie inaczej niż Nick, który ma różne oblicza, jest dynamicznym bohaterem, ulega zmianom, ewaluuje na kartach powieści. Rupert na pewno pojawi się w kolejnej książce. Będzie bardziej aktywny i sporo namiesza.

Gdy piszesz kryminał, to z góry znasz całą intrygę, wiesz, kto zabił, a potem tylko ustalasz, jak do tego doszło, czy czekasz, jak się sytuacja rozwinie, bo postacie żyją własnym życiem?

SH: Często postacie wymykały mi się spod kontroli. Najczęściej lepiej niż ja wiedziały, co mają robić, a więc im ulegałam. Jeśli chodzi o ogólny plan wydarzeń, to istniał prawie od początku. Najpierw bawiłam się biegiem tej historii, nie brałam jej do końca na serio, i dopiero pod koniec pisania trzeciego rozdziału uznałam, że od tego momentu muszę zapanować nad tym wszystkim, bo inaczej fabuła zaczęłaby się sypać. Spisałam sobie roboczy plan, ale wiele rzeczy zmieniało się w trakcie pisania. Niektóre wątki nieoczekiwanie się rozwijały i miało to wpływ na ogólną koncepcję intrygi. Czyli właściwie pisałam i z planem w ręce, i spontanicznie. Wydaje mi się to całkiem „zdrowym” podejściem: z jednej strony kontrolowałam fabułę, a z drugiej nie starałam się za wszelką cenę „przykroić” wszystkiego do pierwotnego planu. Zostawiłam przestrzeń dla nowych pomysłów, które były niespodzianką również dla mnie.

Skoro sama piszesz kryminały, to czy jakaś powieść kryminalna jest cię w stanie zaskoczyć rozwiązaniem? Czy może zawsze wiesz, „kto zabił”?

SH: Kryminały cały czas mnie zaskakują. Kiedy czytasz ich bardzo dużo, to w którymś momencie zaczynasz za bardzo „kombinować”, próbując rozwiązać zagadkę. Znasz już tyle różnych tricków fabularnych, że zaczynasz dopasowywać to, co czytasz, do znanych schematów. A to może być zwodnicze. Jest tylu różnych autorów, mają tyle oryginalnych pomysłów… bardzo często zdarza im się mnie zaskoczyć. A bardzo lubię być zaskakiwana. Na początku mojej przygody z kryminałami, gdy zaczytywałam się książkami Joe Alexa, nigdy nie udawało mi się odgadnąć, kto jest winny.

Gdy czytałam Twoją, nasunęło mi się skojarzenie właśnie z Joe Alexem. Łączy was wiele podobieństw: autorzy Polacy, występujący pod pseudonimami, piszący kryminały rozgrywające się w Anglii, w których jeden z bohaterów jest zarazem pisarzem kryminałów. Czy jego utwory były dla Ciebie inspiracją?

SH: Na pewno miał na mnie duży wpływ, ale nie starałam się go świadomie naśladować. Myślę, że jeśli lubisz konkretnego autora, to w jakiś sposób odbija się to w Twoim stylu pisania. Oczywiście postać mojego pisarza, Ruperta, jest pewnym ukłonem w stronę Joe Alexa. Porównanie do niego jest dla mnie bardzo pochlebne.

Zapewne wielu czytelników Qfanta, którzy sami myślą nieraz o pisaniu i publikacji, chętnie dowie się, jak wyglądała Twoja droga do wydania pierwszej książki.

Właściwie to zdecydował przypadek. Na początku próbowałam wydawać książki dla dzieci, pisałam takie krótkie opowiadania dla najmłodszych, w których zawsze obecna była jakaś zagadka, jakaś tajemnica. Próbowałam to wydać, ale… nawet jeśli moje opowiadania spotykały się z zainteresowaniem ze strony wydawców, to jednak zawsze jakiś powód decydował o tym, że do publikacji nie dochodziło, np. napięty plan wydawniczy. Poza tym trzeba pamiętać, że wydanie debiutu zawsze łączy się z ryzykiem. Wydawca niejednokrotnie woli postawić na tłumaczenie lub na utwór bardzo znanego autora. Nie wyszło mi publikowanie dla dzieci, ale jakoś specjalnie mnie to nie przygnębiło, bo te opowiadania pisałam przede wszystkim dla dzieci moich znajomych, niejako na osobiste zamówienie. Dzieciaki to bardzo żywiołowi odbiorcy i czułam się doceniona jako pisarka.

Kryminały zaczęłam pisać, gdy przestałam się starać coś wydać i zaczęłam tworzyć tylko dla własnej przyjemności i dla moich przyjaciół. Moje pierwsze opowiadania były przeznaczone tylko dla wąskiego kręgu znajomych. Dawałam im je do czytania bez zakończenia i kazałam zgadywać, „kto zabił”, więc była to właściwie forma literackiej zabawy. Później nawiązałam kontakt z portalem „Zbrodnia w Bibliotece” jako recenzentka i zostałam tam jakoś dostrzeżona. Zwrócili uwagę na mój styl pisania, a później w korespondencji przyznałam się, że zdarza mi się popełniać zbrodnie na papierze. Dzięki temu zainteresowało się mną wydawnictwo Oficynka – „Morderstwo na mokradłach” spodobało im się od pierwszego rozdziału, więc kolejne pisałam już z myślą, że książka może zostać wydana.

Dostrzegasz różnicę między pisaniem dla siebie i pisaniem ze świadomością, że wydawca jest zainteresowany tekstem?

SH: Tak, to drugie jest bardzo motywujące. Między innymi dlatego pisałam dosyć szybko – miałam wrażenie, że cała historia gdzieś mi ucieknie, a przecież ktoś na nią czeka. Ta świadomość nie pozwalała mi też na porzucenie pisania, czy odłożenie tego „na później”, a tworzenie książki to spory wysiłek emocjonalny, nie tylko intelektualny. Zatem mogę powiedzieć, że wszystko to stało się przez przypadek. Nie planowałam tego, gdy zaczynałam pisać o Alfredzie Bendelinie i Nicku Jonesie, nie planowałam też tego, że zadebiutuję jako autorka kryminałów. Z przyjemnością jednak dołączam do grona autorów, którzy zajmują się tym gatunkiem literackim.

Rozmawiała: Joanna Kubica

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: