Opowieści zakurzone – „Na srebrnym globie”

Opowieści zakurzone – „Na srebrnym globie”


Opowiesci_zakurzone_qfantAutor: Łukasz Szatkowski

O Jerzym Żuławskim usłyszałem po raz pierwszy przy okazji ustanowienia nagrody literackiej jego imienia. Jednym z jej pobocznych celów była właśnie popularyzacja tego zapomnianego już nieco „ojca polskiej science fiction”, w moim przypadku zatem udało się. Normalnie trafiłbym na niego dopiero parę lat później, żadne bowiem poważne syntetyczne opracowanie mające za przedmiot polską fantastykę naukową nie może tego pisarza pominąć. Z tego samego powodu, jak również dlatego, że jest to najstarsze wydanie w mojej fantastycznej kolekcji, wybrałem na rozpoczęcie naszego nieregularnego antykwarycznego cyklu „Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca”, pierwszy tom „Trylogii Księżycowej”. Odkurzmy więc trochę tę opowieść.

Mój egzemplarz „Na srebrnym globie” odkopałem ze sterty książek za złotówkę na jednym z bibliotecznych kiermaszów. Pochodzi z roku 1946 i zgodnie z moim rozeznaniem jest to drugie wydanie tej książki. Wydawca to Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza” podległa Polskiej Partii Socjalistycznej.[1] Okładkę i ilustracje w tekście wykonał syn Jerzego Żuławskiego – Marek, malarz i grafik urodzony w Rzymie, wychowany w Zakopanem, zmarły w Londynie. Zbiór jego prac malarskich, rysunków i grafik znajduje się w Muzeum Uniwersyteckim w Toruniu, gdzie przez kilka lat mieszkał wraz z matką i chodził do miejscowego gimnazjum. Nieszczególnie znam się na sztuce, ale okładka jak widać raczej na kolana nie powala. Dałbym radę narysować podobną, pomimo że plastyka zawsze obniżała mi średnią w szkole. Musicie wybaczyć, że została trochę ścięta, ale to wina introligatora, który trzydzieści lat temu z hakiem (sądząc po znakach proweniencyjnych na wyklejce) najwidoczniej dla ratowania książki od rozpadu musiał ją tak potraktować. Nie odnalazłem w Internecie tej okładki (z pozostałych wydań są, może jakiś biały kruk mi się trafił?), musiałem zatem zeskanować z własnego egzemplarza. Będzie trzeba uzupełnić kilka moich ulubionych baz, które tym razem wyjątkowo zawiodły na tym polu.

Jerzy Żuławski pisał „Na srebrnym globie” na przełomie 1901 i 1902 roku, a więc mniej więcej w okresie, gdy swe największe dzieła tworzył doskonale znany George Herbert Wells (m.in. „Wehikuł czasu” 1894, „Wojna światów” 1898). Trzeba zatem brać przy lekturze poprawkę na stan ówczesnej wiedzy i niejakie prekursorstwo w eksploracji pewnych oklepanych już dzisiaj literackich motywów. Zgodnie z tytułem, powieść Żuławskiego to rękopis jednego z członków wyprawy na Księżyc, która wiele lata wcześniej została uznana za nieudaną. Jak się jednak okazuje, nie wszyscy jej uczestnicy zginęli podczas lądowania, zawiodła jedynie łączność, przez co uniemożliwiono konwencjonalny kontakt z Ziemią. Rękopis opatrzono przedmową, w której opisuje się okoliczności odnalezienia dokumentu oraz przybliża zapomnianą już nieco próbę kolonizacji Księżyca.

Już sam sposób dotarcia na Księżyc może dzisiaj wzbudzać śmiech czytelnika – ochotnicy zostają wystrzeleni w statku-pocisku z wielkiej armaty. Była to jednak najwidoczniej wizja dość modna w tamtym czasie, gdyż w podobny sposób naukowcy dostają się na ziemskiego satelitę w filmie Georgesa Mélièsa „Podróż na Księżyc” z 1902 r., spopularyzowanym nie tak dawno przez inny film – świetny „Hugo i jego wynalazek” Martina Scorsese. U Mélièsa jednak jest to humorystyczne przedstawienie, w którym wspomniani naukowcy pokonują tubylców za pomocą parasoli, po czym wracają na Ziemię poprzez zepchnięcie statku z powierzchni Księżyca. Ekspedycja u Żuławskiego to siłą rzeczy podróż w jedną stronę, naznaczona trupami towarzyszy, tęsknotą i tragizmem.

Żuławskiemu wyszła zatem ponura dystonia, momenty szczęśliwe, radosne, triumfalne policzyć można na palcach jednej ręki, dominuje cierpienie oraz poczucie, że nie tak to miało wyglądać. Cała ekspedycja jest totalnie nieprzemyślana, plan zakłada wyłącznie dostanie się na Księżyc i zbadanie jego ciemnej strony. Co robić dalej? Naszych dość niefrasobliwych badaczy usprawiedliwiać może fakt śmierci dowódcy na samym początku drogi oraz awaria łączności z Ziemią (bezprzewodowego telegrafu). Nagle okazuje się, że ich ambicją jest nie zbadanie (bo po co badać, skoro nie ma jak przekazać wyników), ale stworzenie na Księżycu kolonii. W porządku, nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w załodze jest tylko jedna kobieta, w dodatku zabrana w ostatniej chwili i niejako przypadkiem. Na drugą stronę srebrnego globu, gdzie oczywiście jest roślinność, woda i powietrze zdatne do oddychania, dociera po wielu perypetiach dwóch mężczyzn i kobieta w ciąży z trzecim mężczyzną, który zginął po drodze. Pula genów w sam raz, żeby zachować ciągłość ludzkości, w końcu Adam i Ewa nie mieli nawet tyle, a dali radę, nie? W tym kontekście poraziła mnie wybiórcza moralność bohaterów płci męskiej. Dla zaspokojenia własnej chuci zmusili (pod płaszczykiem przetrwania ludzi na Księżycu) swoją towarzyszkę do spółkowania z jednym z nich, ale nawet przez myśl im nie przyszło, że dla położenia choć trochę mocniejszych fundamentów pod to przetrwanie powinni podzielić się kobietą, obaj powinni byli mieć z nią dzieci. Wtedy byłyby trzy linie przyrodniego rodzeństwa miast dwóch, co dałoby genetyce szersze pole do popisu, choć niewiele. Tak czy owak chów wsobny. Niemniej, dla facetów oczywiste było, że kobieta może należeć tylko do jednego z nich. Cóż za krótkowzroczny szowinizm i tani western (to miasto jest za małe dla nas dwóch).

Jednym ze zmartwień odsuniętego na własne życzenie od procesu prokreacji głównego bohatera jest właśnie degeneracja zarówno fizyczna, jak i umysłowa potomków podróżników na Księżyc. W swych rozmyślaniach nie łączy jednak tego faktu z kazirodztwem, na którym ta społeczność się opiera, ale wyłącznie z odmiennymi warunkami panującymi na srebrnym globie oraz własnymi niedostatkami pedagogicznymi. Dochodzi do tego, że po śmierci dwójki towarzyszy, nasz ostatni pamiętający Ziemię bohater, wbrew własnej woli zostaje lokalnym bóstwem. Warto wspomnieć, że jest on Polakiem, zatem na Księżycu w prozie Żuławskiego językiem obrzędowym staje się język polski. Budująca wizja, prawda? Trzeba było odpuścić sobie naukę religii, ludzie na ziemskim satelicie mocno stoją na tamtejszej ziemi , nie wierzą ani w rewelacje o przybyciu z innej planety, ani tym bardziej w jakiegoś niewidzialnego boga. Zaadaptowali więc biblijne nauki i zrobili bogiem najstarszego (i żyjącego kilkakrotnie dłużej niż oni), a jednocześnie największego, najsilniejszego i najmądrzejszego – naszego głównego bohatera przyzwyczajonego do ziemskiej grawitacji i na Ziemi wychowanego, co ma mu dawać takie supermoce w porównaniu ze skarlałym księżycowym ludkiem.

W pewnym sensie powieść Jerzego Żuławskiego przypomina trochę twórczość Juliusza Verne’a, jednak akcenty rozłożone są zupełnie inaczej. W takiej np. „Tajemniczej wyspie” znaczną część zajmują opisy pokazujące jak rozbitkowie się na tej wyspie urządzają, ich zmyślności, eksploracji terenu, sukcesów i porażek. Żuławski ogranicza ten etap do kilkuzdaniowego opisu w stylu: zbudowaliśmy dom, odkryliśmy niedaleko złoża tego i owego, postawiliśmy kilka warsztatów, żywiliśmy się tym i tym. Koniec. Trochę żal, bo u Verne’a to zawsze była moja ulubiona część. Nasz rodak stawia na coś innego – na człowieka i jego rozterki. W „Na srebrnym globie” odnajdziemy wiele opisów uczuć głównego bohatera: strachu, zazdrości, bólu, miłości, pożądania, rozczarowania, wstydu, zgorzknienia, samotności, zrezygnowania, obawy o przyszłość, tęsknoty za Ziemią i wielu, wielu innych. Facet ma nieliche powody do zmartwień wspierane jeszcze przez melancholijną, refleksyjną naturę. Chwilami irytuje przypominając szurniętego młodego Wertera, którego zawsze miałem za nieudacznika, co nawet się porządnie zabić nie potrafi, jednak częściej łączymy się z nim w bólu, gdyż Żuławski potrafi roztoczyć naprawdę przejmujące wizje. Człowiek ma wrażenie, że rzeczywiście siedzi na niegościnnym globie i wpatruje się w Ziemię – pozornie na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie tak odległą, bez możności kontaktu. Autor bowiem nie wychwala postępu, pokazuje, że nadmierna ciekawość prowadzi tylko do nieszczęść – wielka misja przyniosła wyłącznie śmierć, cierpienie i zapomnienie, żadnych korzyści, same straty. Ostatnie rozdziały zmieniają się w niemal ciągłą afirmację Ziemi, bohater nabiera przy tym takiego dystansu, że nie widzi się jako Polaka, nie człowieka nawet, ale ziemski organizm wyrwany z ojczystej gleby:

„Niegdyś, gdym tam jeszcze mieszkał, były to dla mnie różne lądy i różne kraje, narody i społeczeństwa – teraz stopiło się to wszystko w jedną myśl, jedną miłość i tęsknotę. Nie umiem już rozróżnić z odległości lat i przestrzeni państw, ani ludów odmiennego języka i wiary; nawet ludzkość cała zlewa się w mojej duszy w nierozdzielną jedność ze zwierzętami, roślinami i całą ziemską bryłą (…) Ziemia! Ziemia! Ziemia!”

Choć „Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca” Jerzego Żuławskiego pod pewnymi względami brodę ma bardzo długą (eksploracja Księżyca w kombinezonach nurków!), to jednak pod innymi dotyka prawd uniwersalnych, test na ponadczasowość zdała zatem połowicznie. Nie zamierzam wprawdzie sięgać po dalsze części „Trylogii Księżycowej”, ale nie uważam również czasu spędzonego na lekturze za stracony. Ostatnie znane mi wydanie tej powieści wyszło w Wydawnictwie Literackim w roku 1987, jednak od jakiegoś czasu twórczość Żuławskiego z uwagi na wygaśnięcie praw autorskich dostępna jest w domenie publicznej. „Trylogię” można znaleźć chociażby na stronach portalu Poltergeist, gdzie została umieszczona właśnie z powodu utworzenia wspominanej na początku literackiej nagrody imienia Jerzego Żuławskiego. Zachęcam do przeczytania.


[1] Dwa lata później PPS połączyła się z PPR tworząc Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, a wzorem partii matek połączyły się również wydawnictwa – wspomniana Wiedza oraz Książka Polskiej Partii Robotniczej. W ten sposób powstała Książka i Wiedza, wydawnictwo istnieje do dziś.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: