„Gra Endera” a sprawa gejowska

„Gra Endera” a sprawa gejowska


Autor: Łukasz Szatkowski

 

                „Gra Endera” miała zostać zekranizowana już dawno temu. Do kultowej powieści Orsona Scotta Carda filmowcy podchodzili kilkukrotnie bez efektów, w końcu jednak wchodzi na duży ekran. Reżyserii podjął się Gavin Hood (który na swoim koncie ma również ekranizację… „W pustyni i w puszczy”), a w obsadzie znalazły się takie sławy jak Harrison Ford, Ben Kingsley czy młody i nadzwyczaj zdolny Asa Butterfield („Chłopiec w pasiastej pidżamie”, „Hugo i jego wynalazek”). Nic, tylko odliczać dni do premiery i liczyć na niezłe widowisko. Ale, ale! Okazuje się, że na „Grę Endera” można nie iść z powodów… ideologicznych. W dodatku nawet niezwiązanych z samym dziełem, a osobą twórcy literackiego pierwowzoru. To dość okrężna droga, nieprawdaż?

                Najwyraźniej nie uważają tak ludzie zrzeszeni w jednej z organizacji LGBT (wybaczcie drogie lesbijki, biseksualiści i transseksualiści, że ominąłem was w tytule, geje są bardziej medialni), której nazwę pominę milczeniem, by nie dodawać cegiełki do specyficznej reklamy, jaką sobie robią. Organizacja ta wymyśliła mianowicie akcję „Skip Ender’s Game”, polegającą na nawoływaniu do bojkotu ekranizacji „Gry Endera”, by uderzyć po kieszeni Orsona Scotta Carda, mocno nieprzychylnego rzeczonym środowiskom. Nie ukrywając swej niechęci nie tyle do osób homoseksualnych, ile ich agresywnie roszczeniowych aktywistów i odpychającej subkultury oraz afirmacji dzieł Carda, a zwłaszcza „Gry Endera”, postanowiłem wypunktować tę akcję. Przeanalizujmy zatem możliwe pobudki homoseksualnego lobby w tej sprawie.

                Zawsze dziwiło mnie, jak nietolerancyjne potrafi być środowisko nawołujące wszędzie gdzie się da do tejżeorson_scott_card_qfant tolerancji. Jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę, to już źle (pozostając w klimatach Gavina Hooda). Nie dotyczy to oczywiście tylko homoseksualistów, ale wszelkich innych mniejszości żerujących na miękkich zasadach rządzących zachodnimi demokracjami. Homoseksualiści powinni zaakceptować to, że ludzie mają prawo do własnego zdania, nawet jeśli będzie odmienne od ich własnego. Co innego, gdyby Card polował na gejów czy ich lżył. Wtedy odpowiadałby przed sądem, bo wbrew temu, co chcą nam wmówić homoseksualiści, mają takie same prawa, jak każdy inny obywatel – za ich pobicie czy obrazę przewiduje się kary. Inna sprawa, że środowisko homoseksualistów nie jest w społeczeństwie szczególnie lubiane, ale cóż, mogą za to podziękować swoim kolorowym kolegom-cudakom, którzy dziwnym ubiorem i zachowaniem siłą rzeczy lansują swoją orientację jako coś dziwnego. Specjalne zapisy w prawie tego podejścia nie zmienią, wręcz przeciwnie. Próba finansowego samosądu na Cardzie jest zatem co najmniej niestosowna.

                Nie dość, że niestosowna, to jeszcze zwyczajnie głupia. Nie wiem jak wynagradzany jest pisarz za udostępnienie swojego dzieła pod ekranizację, ale szczerze wątpię, by miał udział w zyskach z biletów. Pewnie sprzedaje po prostu licencję. A nawet jeśli, to i tak Card nie odczuje tego faktu jakoś szczególnie, bo w końcu zarabia przede wszystkim na książkach. Pewnie więcej zarobi pośrednio, dzięki wzrostowi popytu na „Grę Endera” i inne jego powieści niż bezpośrednio za sam film.

                Wróćmy jednak do tego, od czego powinniśmy zacząć. W „Grze Endera” nie ma ani słowa, które by w jakikolwiek sposób godziło w homoseksualistów. Jakby się uprzeć (baaardzo), to można by nawet uznać scenę, kiedy Alai całuje Endera w policzek („salaam”) za ich promocję. Już bardziej racjonalna jest sytuacja, o której kiedyś czytałem, jak to jeden z rodziców w Ameryce złożył zawiadomienie na policję, że nauczyciel angielskiego jego czternastoletniego syna czyta uczniom „pornograficzną” powieść na lekcji. Wprawdzie po Szkole Bojowej dzieciaki biegają czasem na golasa, ale nigdy nie wpadłbym na to, że mogą być w tym jakieś seksualne podteksty. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że głodnemu chleb na myśli, ale to pewnie tylko jakaś chorobliwa nadwrażliwość rodzica. Wracając do meritum – nawet tę sytuację można zrozumieć, bo odnosi się do treści książki. W przeciwieństwie do akcji „Skip Ender’s Game”. Niech panie i panowie (oraz wszelkie formy pośrednie i poboczne), którzy wpadli na ten pomysł, nie zapomną wyrazić swojego sprzeciwu, kiedy Card wyda np. książkę kucharską. Ja tam mam zamiar nadal czytać i promować dobrą fantastykę, niezależnie od tego czy zgadzam się z przekonaniami jej autora, choćby to był Hitler czy bin Laden.

                Przyjmijmy jednakzałożenie, że organizatorzy bojkotu, nad którymi się tak pastwię, mają co nieco między uszami (bo za uszami z pewnością) i wcale nie robią tego tylko w ramach pustego gestu. W komentarzach pod artykułami dotyczącymi bojkotu spotkałem się z opinią, że instytucja sprawcza całej afery to jakaś pomniejsza organizacja LGBT, która chce się na tym wybić, a te bardziej znaczące odcięły się od inicjatywy. Nie wiem czy to prawda, ale brzmi rozsądnie, w takim wypadku zwracam część honoru, bo takie działanie przynajmniej ma sens. Z pewnością część ichniego środowiska podatna na manipulację doceni to bardzo medialne w końcu działanie samo w sobie, jak idiotyczne by ono nie było. Być może przełoży się to na prestiż i większe poparcie dla rzeczonej organizacji oraz ich awans w branżowym rankingu. W końcu cały świat o nich usłyszał, a jak to mówią,  nieważne źle czy dobrze, byle po nazwisku.

                Można pójść w rozważaniach jeszcze dalej, w okolice wyrachowania i cynizmu przechodzących wręcz w teorię spiskową. Co powiecie na hipotezę, że nasza ulubiona organizacja dogadała się z producentem, by w ten nietypowy sposób zareklamować zarówno film, jak i sprawców zajścia? Wiecie, zakazany owoc, podobnie jak Kościół strzela sobie w stopę krytykując jakieś książki. Skoro im się to nie podoba, to znaczy, że jest tam coś ciekawego. Zatem tym bardziej kupujemy, najlepiej w zestawie z popcornem.  Komentarze w stylu: „zrobię pedałom na złość, pójdę na film trzy razy i jeszcze zabiorę kilkunastu znajomych” nie należą do rzadkości. A są z pewnością zdecydowanie częstsze niż te nieliczne przyznające racje fanatykom LGBT. Zabrońcie czegoś ludziom, a na pewno to zrobią, nawet jeśli wcześniej nie mieli tego w planach.

                Ja z pewnością pójdę zobaczyć „Grę Endera” w kinie przynajmniej raz i zapewne podobnie uczynią ci wszyscy spośród mojej rodziny i znajomych, wśród których rozreklamowałem w swoim czasie sztandarową powieść Orsona Scotta Carda. I Was wszystkich również gorąco zachęcam do pójścia w moje ślady, niezależnie od tego z kim i w jaki sposób uprawiacie seks oraz czy chodzicie pod sztandarami „zakaz pedałowania” czy może tym w kolorze tęczowym. Lub po prostu tak jak ja macie to wszystko generalnie gdzieś. Oby tylko film był dobry.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: