Chciałem zamieszać ludziom w głowach – wywiad z Tomaszem Przewoźnikiem

Chciałem zamieszać ludziom w głowach – wywiad z Tomaszem Przewoźnikiem


Autor: Beata Tomaszewska

Beata Tomaszewska: Tomku, w 2011 roku wygrałeś organizowany przez Qfant konkurs Horyzonty Wyobraźni. Brałeś udział również w poprzednich edycjach, ale dopiero za trzecim razem udało Ci się trafić do finałowej dwudziestki i – co chyba najistotniejsze – od razu zgarnąć główną nagrodę. Czyżbyś znalazł złoty środek na recenzentów i jurorów? Co dało Ci zwycięstwo w tym konkursie i czy warto było startować?

Tomasz Przewoźnik: Jak to „dopiero za trzecim”? Ja bym powiedział: wystarczyły trzy lata, a ty już na podium. Nie dość, że zgarniasz nagrodę główną, to jeszcze (zapomniałaś?!) wyróżnienie ówczesnego Rednacza! Nie jest to tylko przewrotność. Wziąwszy pod uwagę to, kiedy w ogóle zacząłem pisać oraz ilość stworzonych przeze mnie tekstów, Horyzonty Wyobraźni w trzy lata to spory sukces.

MaTomasz_Przewoznik_wywiad_hikikomori_qfantło kto wie, że przed Hikikomori była jeszcze jedna powieść, zatytułowana Shabd. Już nawet nie pamiętam o czym była, ale to wtedy powstały pierwsze założenia pod postać gejszy i świat, w którym przyszło mu żyć. Zacząłem pisać ją w 2005 roku, ale porzuciłem po napisaniu ponad połowy tekstu. Później porzuciłem też pomysł pisania w ogóle i wróciłem do niego dopiero w 2008 roku. Wtedy wróciłem też do rozgrzebanej powieści, która okazała się bardzo słaba, mimo to dokończyłem ją, żeby udowodnić sobie, że jestem w stanie napisać naprawdę długi tekst. Następnie powstało opowiadanie Gejsza, które jest oficjalnym wstępem do świata Jonasza Hosali, a które kilka lat później rozwinąłem w Hikikomori. Tekst poszedł chyba nawet na pierwszą edycję HW, ale nie dostał się do finału. Na szczęście redaktor Parowski wypowiedział się o nim dosyć pozytywnie, co dodało mi wiatru w żagle. Ostatecznie ukazał się w Magazynie Fantastycznym. Od tego czasu powstało jeszcze zaledwie kilka opowiadań i to chyba jest klucz do mojego pisania: pisać wtedy, kiedy ma się potrzebę/ochotę i coś do powiedzenia, ale gdy już się to robi, to żeby było to przemyślane i przede wszystkim „moje”. Pisaniem wyrażam siebie, sortuję myśli, porządkuję swój świat, a że jestem z natury bałaganiarzem… (śmiech).

Nie ma złotego środka na recenzentów i jurorów. Niektórym wydaje się, że moja prowokacja w Mam obsesję na punkcie pana X, czyli niewielkie nawiązanie do konkursu, zapewniła mi miejsce na podium. Ci, którzy tak twierdzą, muszą chyba uważać, że recenzenci i jurorzy to bardzo naiwni ludzie, a przecież wystarczy spojrzeć na listę nazwisk – w jury siedzą misie, których nie da się nabrać na sztuczny miód (śmiech). Złoty środek polega na tym, żeby napisać dobre opowiadanie, chociaż to również nie gwarantuje sukcesu. Na ówczesną edycję HW wysłałem też Najlepszego hycla w mieście, który nie dostał się nawet do finału, a który spokojnie poszedł w Nowej Fantastyce, choć mógł również iść w śp. SFFiH, bo chciał go Rafał Dębski, redaktor naczelny pisma.

Mam obsesję na punkcie pana X jest po prostu bardzo przemyślanym tekstem. Starałem się podać ciekawy pomysł bez lania wody. Musiałem też trafić z tekstem w dobry czas recenzentów i jurorów (wg mnie BARDZO ważny czynnik każdego konkursu). Pewnie jeszcze koniunkcja Marsa z Jowiszem była odpowiednia, a duchy opiekuńcze nareszcie wzięły się do roboty (śmiech).

Zwycięstwo pozwoliło mi poznać na gali świetnych ludzi, z którymi miło spędziłem czas przy gorzkiej żołądkowej. Dla takich chwil i takich znajomości zawsze warto startować. Wróciłem z toną książek i naprawdę miałem spore zakwasy od dźwigania (śmiech). Oczywiście, zawiał też wiatr w żagle (czy też w klawiaturę) oraz przyszła większa pewność, co do własnych umiejętności i kierunku, w którym powolutku idę (tej chyba zawsze będzie mi brakować).

B.T.: Hikikomori to Twój powieściowy debiut, wydany najpierw w formie e-booka, a całkiem niedawno jako wersja papierowa w niewysokim nakładzie. Jak to się stało, że mimo zapowiedzi pozostawienia Hikikomori w postaci elektronicznej, trafiła ona na papier? Czyżbyś zdecydował się na skorzystanie z POD i wydanie książki własnym sumptem? Jaki udział w tym wszystkim ma wydawnictwo LAShTAL PRESS, na którego stronie można również zakupić twoją książkę? Cała sprawa wydaje się nieco owiana tajemnicą, a tajemnice lubią rodzić domysły…

T.P.: Prawda jest banalnie prosta – kłamałem (śmiech). Już wypuszczając Hikikomori w wersji elektronicznej myślałem nad niewielkim nakładem papierowym. Wiedziałem jednak, że nie będzie to standardowy POD.

Krzysztof Azarewicz z LAShTAL PRESS był katalizatorem całego procesu. Spowodował spore przyspieszenie działań. W zasadzie wszystko realizowałem na wariata (śmiech). Mało kto wie, ale jeszcze na dzień przed spotkaniem promocyjnym w Krakowie nie miałem papierowych egzemplarzy. Jednak udało mi się zakląć drukarzy tak, że wszystko dobrze się skończyło, chociaż było to trudne i męczące zadanie. Dobrze dla mnie, bo nie dla pierwszej drukarni, która wykazała się olbrzymią niekompetencją oraz chamskim podejściem do klienta. Niestety zbyt późno zauważyłem, z jaką inną czarną owcą wydawniczego półświatka firma ta współpracuje. Najważniejsze jednak, żeby uczyć się na błędach: kolejne zlecenie wysłałem do innej drukarni.

Po wypuszczeniu e-booka zgłosiłem się do Krzyśka, trochę po to, by się pochwalić,  a trochę po to, żeby pomógł mi w promocji (śmiech). Krzysztof ni stąd, ni zowąd zaproponował spotkanie autorskie dla wydania papierowego Hikikomori. Tak się składało, że za kilka miesięcy miało być jego spotkanie autorskie w Krakowie w związku z Targami Książki i promocją Spowiedzi Heretyka, której Krzysiek jest współautorem, więc zaproponował zrobienie tego w tym właśnie okresie, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pomyślałem, że skoro i tak miałem w głowie pomysł na limitowane wydanie papierowe, to głupotą byłoby odrzucić tę propozycję. Zebrałem więc wszystkie dostępne moce i zacząłem dostrajać rzeczywistość (śmiech). Większość rzeczy załatwiłem sam: nauczyłem się podstaw łamania tekstu i obsługi niezbędnego oprogramowania, skontaktowałem się z potencjalnymi redaktorami, drukarniami, znajomymi grafikami, ustaliłem warunki współpracy i zabrałem się do materializacji powieści. Wydałem Hikikomori własnym sumptem, ale nie w systemie POD. Polecam taką przygodę każdemu pisarzowi. Wiele się przy tym nauczyłem i poznałem świetnych ludzi.

B.T.: Widzę, że nie obyło się bez problemów i nerwów przy drukowaniu, ale zaimponowałeś mi chęcią wzięcia całego procesu we własne ręce. Nie lada wyczyn w obecnych realiach. Brawo.

T.P.: Dziękuję. Teraz w pełni rozumiem autorów uważających, że pisarz jest od pisania i nic poza tym (śmiech). Ta cała reszta jest naprawdę wyczerpująca, ale nie tylko w tym leży problem. Najgorsze jest to, że pisanie, a sprawy organizacyjne, to dwa całkowicie odmienne stany umysłu. Człowiek wchodzi w inny tryb myślenia. W całym tym zabieganiu i organizowaniu straciłem pisarską kreatywność. Nie byłem w stanie w tym samym czasie robić jednego i drugiego. Dopiero gdy już wszystko trochę się uspokoiło, mogłem usiąść nad nowymi tekstami. To moje ostrzeżenie dla tych, którzy zastanawiają się nad self publishingiem – być może będziecie mieli podobnie

B.T.: Wiem, że miałeś niemałe problemy ze znalezieniem wydawcy ze względu na niszowość tej powieści. Teraz natomiast przypięto jej dość ekstrawagancką etykietę, jaką jest „powieść ezoteryczna” – co notabene nie do końca jest zgodne z twoim zamysłem, prawda? Czy takie działanie marketingowe nie przyniosło negatywnych konsekwencji? Zapewne łatwiej byłoby zastosować bardziej utarty chwyt, jak choćby przyrównanie Hikikomori do Gry Endera Orsona Scotta Carda, bądź innej popularnej książki o dorastaniu.

T.P.: Trudno powiedzieć, na ile zaszkodziło to sprzedaży powieści, bo przecież nie mam żadnego porównania. Nie wiem, ile egzemplarzy więcej lub mniej sprzedałoby się, gdyby powieści przypiąć inną łatkę. Teraz pewnie nie zgodziłbym się na „powieść ezoteryczną”, ale ta etykietka sama w sobie nie była niczym złym, gdyby pójść z nią do odbiorców, którym nie przeszkadzała. Z różnych względów tak się nie stało. Niestety powieść ezoteryczna kojarzona jest ciągle z „miszczem Coelho”, przez co niektórzy czytelnicy podchodzili do Hikikomori jak do jeża – niby została zauważona, ale ze sprzedażą było już trochę słabiej. Chyba, bo tak jak mówię, nie wiem co by było, gdyby miała inną łatkę. Dla mnie jest to przede wszystkim niezła szkoła marketingu oraz przypomnienie, żeby jednak częściej słuchać intuicji. Nie jest jednak tak, że było to niezgodne z zamysłem. To był eksperyment, na który się zgodziłem. Wnioski wyciągnąłem, jest OK.

B.T.: I nie żałujesz, że nie zaczekałeś na „poważną propozycję” znanego wydawnictwa? W końcu poświęciłeś Hikikomori kawałek życia, czy to nie za dużo dla eksperymentu?

T.P.: Oczywiście, że żałuję. Zgodnie z powiedzeniem: tam gdzie nas nie ma, trawa zawsze wydaje się bardziej zielona (śmiech). Self publishing jest bardzo czasochłonny i wymagający. Czasami po prostu nie chce mi się w to bawić. Wolałbym tylko i wyłącznie pisać, ewentualnie pojawić się na jakimś spotkaniu autorskim, postresować, opowiadając śmieszne historie i wrócić do domu z miłymi wspomnieniami. Jednak co się stało, to się nie odstanie. Aktualnie jestem self publisherem, więc pcham ten wózek do przodu. Przynajmniej nie mam powodów do narzekania na „tych oszustów z wydawnictw co nie płacą” (śmiech).

B.T.: Chciałabym również poruszyć kwestię e-booków. Teraz, już po wydaniu i umieszczeniu Hikikomori w sieci, możesz obserwować ten rynek od drugiej strony. Czy to Twoim zdaniem przyszłość literatury, która zastąpi papier, a cały przemysł drukarski odeśle do lamusa?

T.P.: Nie odeśle przemysłu drukarskiego do lamusa, chociaż na pewno wykroi z rynku księgarskiego spory kawałek tortu. Z roku na rok coraz większy. Za lat kilkadziesiąt książki będą głównie w dwóch wersjach: elektronicznej oraz papierowej, limitowanej, pięknie wydanej, przeznaczonej dla fanatyków skrobi ziemniaczanej, będącej przecież jednym ze składników papieru, dzięki której przeżyją oni zombie apokalypse (śmiech). Albo nie. Nie mam pojęcia. Ten rynek jest bardzo niepewny, wszystko może jeszcze się zmienić, albo powstanie technologia, o której dziś jeszcze nikomu się nie śni.

B.T.: Ja jako posiadacz czytnika i tak z reguły wybieram wersję standardową, choćby z sentymentu, więc może masz rację z tymi fanatykami. A Ty zwolennikiem której wersji jesteś?

T.P.: Papierowej, ale mimo wszystko e-papier uważam za rewelacyjną i naprawdę przełomową technologię. Szczególnie przydatny jest w przypadku „jednorazówek”, czyli książek, po które z różnych względów (bo np. są zaledwie dobre albo są książkami całkowicie opartymi na suspensie) nigdy w życiu kolejny raz nie sięgniemy. Szkoda dla nich miejsca na półce, więc idealnie nadają się na kartę pamięci.

B.T.: Na co liczyłeś, wydając Hikikomori?

T. P.: Chciałem zamieszać ludziom w głowach (śmiech).

Na najbardziej podstawowym poziomie, liczyłem na to, że znajdą się ludzie, którym powieść się spodoba, że zostanie w nich na dłużej niż przeciętne historyjki, że zastanowią się nad problemami w niej poruszanymi. Nie chciałem światowej rewolucji (śmiech).

King pisał w Pamiętniku rzemieślnika, że pisanie to telepatia. Ja bym poszedł o krok dalej – pisanie to magia, za pomocą której można wpływać na ludzi, a poprzez nich na rzeczywistość zewnętrzną.

Patronem pisma jest Hermes. Dziwnym trafem jest on również patronem magii. Oraz złodziei i oszustów (śmiech). Każdy pisarz jest magiem, złodziejem i oszustem.

B.T.: Wpływanie na ludzi, na rzeczywistość, zmiana poglądów i myślenia szarej jednostki – poprzez umiejętne podsuwanie swoich teorii i wizji świata... Tomku, czy Ty przypadkiem nie planujesz przejąć władzy nad światem? (blink) To oczywiście żart, ale poza tym – w książce pokazujesz bardzo realną wizję przyszłości, przemyślaną i… wynikającą z obserwacji społeczeństwa i kierunku w jakim zmierzamy, a może własnych doświadczeń? Boisz się, a może fascynuje cię wizja, że Twoje przewidywanie kiedyś może się spełnić?

T.P.: Wystarczyłoby mi przejąć całkowitą władzę nad swoim własnym światem, z czym czasami mam spory problem (śmiech).

Moja wizja wynika z obserwacji i doświadczenia. Nie boję się, nawet jeśli nasza cywilizacja chyli się już ku upadkowi. Taka jest kolej rzeczy. Rozpadnie się wszystko, co powstało. To, co włożyłem w powieści w usta Paula, jest tym, co tak naprawdę o tym wszystkim myślę. Nawet jeśli niedługo nadejdzie era islamu w Europie, bo tradycyjny, zachodni świat zapadł na Hikikomori, to przecież nic złego się nie stanie. Ot, historia po raz kolejny zatoczy koło. Umrze w końcu to, co stare, a miejsce tego zajmie to, co młode i co się prężnie rozwija.

B.T.: Za początek miejsca akcji wybrałeś Śląsk, a dokładnie – Silesię przyszłości. Z sentymentu dla rodzinnych stron (przypomnę, że pochodzisz i mieszkasz w Pszczynie), czy był jeszcze inny powód?

T.P.: W Pszczynie się urodziłem i aktualnie mieszkam, ale pochodzę z niewielkiej wsi niedaleko Pszczyny – Góry. To, o co pytasz, to dosyć zabawna sprawa, ponieważ tak naprawdę nigdy jakoś za Śląskiem nie przepadałem, a gwara wydawała mi się obciachowa. Zmieniło się to w zasadzie kilka lat temu, gdy zacząłem się Silesią, jej historią i problemami bardziej interesować. Na Śląsku (poszerzonym aktualnie o Podbeskidzie i Zagłębie) mamy wszystko – góry, lasy, jeziora, tereny dzikie i mocno zurbanizowane. Wszystko na dosyć niewielkim terenie. Taka różnorodność daje spore pole do popisu dla pisarza. To niesamowite, wręcz magiczne miejsce. W ogóle nie dziwi mnie, że to właśnie tutaj powstały takie inicjatywy, jak okultystyczna gmina Janowska założona przez Teofila Ociepkę w latach 30 poprzedniego wieku, grupa Oneiron założona w latach 70 przez Andrzeja Urbanowicza, czy też pierwsza sanga buddyzmu Zen.

Jeśli się nie mylę, nikt przede mną nie wpadł na to, by miejsce swoich opowieści fantastycznych osadzić właśnie na Śląsku. Pierwsze opowiadanie jakie opublikowałem na papierze w 2010 roku w Dozie, czyli Manekin, działo się już w Silesii, choć tam jeszcze nie było to tak mocno uwypuklone, jak na przykład w Dzikich Dzieciach, opublikowanych w Esensji w czerwcu 2011 roku, których akcja toczyła się w okolicach Twojego rodzinnego miasta.

B.T.: Seks, wulgaryzmy, dojrzewanie fizyczne i duchowe oraz buddyzm – wszystko to znajdziemy w Twojej książce – jednak to dość kontrowersyjna mieszanka. Nie obawiałeś się negatywnej reakcji ze strony czytelników?

T.P.: Nie, bo trochę się jej spodziewałem. Negatywna reakcja była wkalkulowana w ryzyko puszczenia Hikikomori w świat. Poza tym, ta reakcja wcale nie jest jakoś bardzo negatywna. Czasami ktoś zwraca uwagę na sporą ilość seksu, czasami nie podoba się słownictwo używane do jego opisania. Jednak co najmniej drugie tyle dochodzi mnie całkowicie przeciwnych głosów, czyli że seks w Hikikomori jest ciekawie opisany, bo „nie zakrawa na harlekiny”. Z tym seksem to chyba spora przesada. Wcale nie ma go tam tak strasznie dużo, a to, co jest, i tak czyta się o niebo lepiej niż polskie tłumaczenie 50 twarzy Graya (śmiech). Jeśli ktoś jest choć trochę zaznajomiony z seksualną tantrą (uwaga: tantra, to kwestia znacznie szersza, niż to, co wyobrażamy sobie na Zachodzie. W prawdziwie tantrycznych duchowych tradycjach seks jest sprawą marginalną) bądź z alchemią i magią seksualną występującą w zachodnich ścieżkach, ten w seksie opisywanym w Hikikomori odnajdzie się łatwiej. Ale i bez tego spokojnie można się w tym połapać.

Co do kontrowersyjnych mieszanek, zapomniałaś wspomnieć o narkotykach, które z buddyzmem również rzadko się zestawia, a które jednak były, a chyba nawet do teraz są wykorzystywane w niektórych tantrach właśnie.

Czy kontrowersyjnym nie jest fakt zamykania kilkuletnich chłopców w klasztorach z samymi facetami w dziwacznych szlafrokach? (śmiech) Oczywiście, że jest, ale przecież takie rzeczy do teraz dzieją się w Tybecie czy w tybetańskich klasztorach na uchodźctwie.

Można znaleźć w mojej powieści znacznie więcej problematycznych momentów, ale ponieważ żyjemy w kulturze judeochrześcijańskiej, to większość odbiorców zatrzymuje się dopiero nad seksem. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czasami lubię prowokować. Hikikomori nie mogło wyglądać inaczej, skoro wyszło spod moich palców.

B.T.: Oj tak, prowokacyjna Hikikomori jest, szczególnie w kilku scenach, ale to zapewne będzie w dużej mierze zależało od wrażliwości czytelnika. Mnie osobiście od początku fascynowało to, że nie podajesz na tacy wszystkich informacji na temat buddyzmu, tantry i ogólnie zagadnień przewijających się w książce. Odniosłam wrażenie, że serwujesz podstawy, tyle, by zorientować się w fabule, ale nie dość dla wymagającego czytelnika, który po raz pierwszy zetknął się z tematem. Tak było w moim przypadku – czytając, co i rusz sięgałam do innych źródeł, by pojąć i zrozumieć pewne aspekty. Nie często się zdarza, żeby autor zachęcił mnie do takiego działania. Najczęściej w trakcie czytania robię research, żeby co najwyżej złapać autora na błędzie! (śmiech)

T.P.: Bardzo się cieszę, że udało mi się nakłonić kogoś do skorzystania z Wikipedii (śmiech). W czasach Internetu i związanego z nim przeładowania umysłów olbrzymią ilością informacji, zachęcenie czytelnika do sięgnięcia po dodatkową porcję wiedzy podczas czytania książki bardzo mnie cieszy. Każdemu autorowi życzę takich czytelników!

B.T.: Niejako nawiązując do jednego z wcześniejszych pytań: na jednym z portali literackich wzbudziłeś dość burzliwą dyskusję, w której odniosłam wrażenie, że nieco przemaglowano podstawy filozoficzne, na których zbudowałeś Hikikomori i starano się dociec jedynego, właściwego sedna sprawy. Nie próbowałeś się tam jednak tłumaczyć ani wyjaśniać. Dlaczego?

T.P.: Rolą autora jest napisanie książki. No, może nie w przypadku self publishera (śmiech). Mimo to, jeśli chodzi o treść powieści uważam, że moja rola skończyła się po puszczeniu Hikikomori w świat. Teraz niech nad zawartością dyskutują czytelnicy. Nie jestem na tyle egocentryczny, żeby narzucać innym to, jak mają odbierać moją powieść, jak ją powinni odczytywać. Podobno Hikikomori należy do książek, w przypadku których takie narzucanie widzenia mogłoby mocno spłycić jej odbiór, bo ta powieść z czytelnikiem dyskutuje, jeśli tylko ten jej na to pozwoli. Dlatego też wystrzegam się wtrącania w tego typu dyskusje.

B.T.: Więcej masz opinii od mężczyzn czy kobiet? I czy wątek homoseksualny – nie dominujący, jednak istotny – jakoś istotnie zaważył na odbiorze przez poszczególnych czytelników?

T.P.: Więcej opinii mam od kobiet, ale nie wiem, czy to właśnie Wasza płeć dominuje wśród czytelników Hikikomori. Na pewno kobiety chętniej dzielą się opiniami. Faceci wolą zdawkowe „fajne” (śmiech). Wątek homoseksualny w ogóle nie jest podnoszony, może poza jedną osobą, która napisała mi, że po przeczytaniu powieści sama zastanawiała się na ile jest homo, na ile hetero, a na ile auto. Być może trafiłem z powieścią w odpowiedni target. Jednak możliwe również, że homoseksualizm już nie jest w naszym społeczeństwie czymś, co dziwi na tyle, żeby o tym rozmawiać. Książki w Polsce czytają jednak najczęściej ludzie inteligentni. No chyba że jest jeszcze inaczej – nikt nie podejmuje tematu, bo boi się jakiegoś oskarżenia o bycie homoseksualistą, jakby samo zainteresowanie tym było czymś niestosownym.

Tak czy inaczej namawiam wszystkich czytelników do wysyłania choćby krótkich opinii wszystkim debiutantom. W czasach Facebooka to bardzo proste, a my potrzebujemy tego, jak kwiat wody (śmiech).
W przeciwnym razie bardzo łatwo zwątpić na początku tej naprawdę trudnej drogi. Pisanie wymaga olbrzymiego samozaparcia i zdyscyplinowania, a Wasze opinie są nam do wypracowania tego bardzo potrzebne. Starych wyjadaczy możecie sobie odpuścić (śmiech). Przy okazji zapraszam na moją stronę autorską: http://www.facebook.com/przewoznik.tomasz (śmiech).

B.T.: Czym dla Ciebie jest Hikikomori? I komu byś ją szczególnie polecał?

T.P.: Oczywiście jest moim magicznym dzieckiem, zaklęciem, które szeptałem w bladym świetle monitora przez ponad rok, a które ma za zadanie odwrócić koleje złego losu (śmiech). Polecam powieść wszystkim i nie jest to zwykła reklama. Z tego, co widzę, prawie każdy znajduje w powieści coś dla siebie, coś z niej wynosi. Oczywiście zawsze znajdą się słowa krytyki, jednak jak na razie są to bardzo konkretne wypowiedzi, na których mogę, jako autor, sporo skorzystać. Zdarzają się też „krytykanci”, ale już po formie ich wypowiedzi widać, że nie ma się nimi co przejmować (śmiech).  Natomiast szczególnie zachęcam do lektury osoby siedzące w klimatach buddyjskich, ezoterycznych, okultystycznych, psychologii głębi, itp. lub chcące w takie klimaty się zanurzyć. W ogóle sugeruję podczas czytania pośledzić kilka wątków w rzeczywistości, a przed czytelnikiem otworzą się kolejne drzwi do niezwykłego świata. Nie można też zapominać, że Hikkomori to również ciekawa fabuła dla miłośników spisków. To naprawdę uniwersalna, wielopoziomowa książka (śmiech).

B.T.: A czy zachęcanie osób, które jednak znają się na rzeczy, to nie trochę jak machanie surowym mięsem przed rekinami, siedząc na tratwie pośrodku oceanu? Jesteś aż tak pewny swojej wiedzy tematycznej, by się z nimi zmierzyć? Z czytelnikami, oczywiście. 🙂

T.P.: Jestem jej na tyle pewny, żeby podać ją w mojej własnej wersji, bo tym w istocie Hikikomori jest. Buddyzm przedstawiony w powieści nie jest ortodoksyjnym buddyzmem, jest przemielony przez zachodni umysł, rozmiłowany w psychologii głębi i zachodniej tradycji okultystycznej. Bardzo łatwo można znaleźć w tym, co napisałem, rozmaite nieścisłości. Na przykład w rzeczywistości Drukpa Kunley ma niewiele wspólnego z Yungdrung Bon, a być może nawet zwalczał tę tradycję, bo tak to wówczas w Tybecie wyglądało. Bon był uważany za rodzaj satanizmu. Jego wyznawcy wszystko robią na opak. Nawet świętą górę Meru okrążają w kierunku przeciwnym, niż cała reszta buddystów (śmiech). W zasadzie dopiero kilkanaście lat temu został uznany przez aktualnego Dalajlamę za oficjalną piątą szkołę buddyzmu tybetańskiego. Jednak ja nigdy nie zastrzegałem sobie prawa do napisania podręcznika traktującego o buddyzmie. Hikikomori to przede wszystkim powieść fantastyczna, a wszelkie podawane przeze mnie fakty należy konsultować z oficjalnymi przedstawicielami danych religii, lekarzem, farmaceutą lub chociażby Wikipedią (śmiech).

B.T.: Nie wiem, czy praktykujesz buddyzm, ale czy zdarza ci się medytować przed rozpoczęciem pisania? I co robisz, kiedy wena uporczywie nie chce współpracować? Masz jakiś „złoty środek” na zastoje pisarskie?

T.P.: Nie medytuję przed pisaniem. W zasadzie pisanie dalekie jest od buddyjskiej medytacji, w której staramy się raczej wyjść poza myśli. W pisaniu jest wręcz przeciwnie, chcemy złapać tę jedną myśl i polecieć za nią tak daleko, jak się da. Oczywiście musimy ją okiełznać, bo, nie daj boże, napiszemy drugiego Ulissesa (śmiech). Gdy wena uporczywie nie chce współpracować, a ja muszę coś napisać, robię to, co zawodowcy – siadam na dupie i piszę, choćby źle, aż w końcu zaskoczy. Bo zazwyczaj jednak zaskakuje. Jeśli weny nie ma, a ja nie mam ochoty na pisanie ani żadne zobowiązanie nade mną nie wisi, to nie piszę. Napełniam się wtedy jakimś pomysłem, mielę go w głowie, wymyślam fabułę, itp. Ale nie piszę, dopóki nie poczuję się gotowy.

B.T.: I chyba pytanie, które zadają wszyscy: co dalej? Jakie plany na nowy rok? Oczywiście, najbardziej interesują mnie te związane z Jonaszem Hosalą.

T.P.: Jeśli żaden z bogów nie będzie przeszkadzał, to w Esensji niedługo pojawi się opowiadanie Pozwól mi wyjść, które roboczo nazywam zaginionym rozdziałem Hikikomori. Jeśli komuś spodobała się powieść i klimaty Jonaszowe, to koniecznie musi po nie sięgnąć. Jeśli się nie spodobały, to… koniecznie musi po nie sięgnąć (śmiech). Małe ostrzeżenie: tam znowu jest sporo seksu! Ale nie tak dużo, jak się wydaje na pierwszy rzut oka (śmiech). Kolejne opowiadanie pod dwoma roboczymi tytułami, których na razie nie zdradzę, czeka na swój czas. Gdzieś pójdzie, ale jeszcze nie wiem, gdzie.

Oba teksty były dla mnie bardzo wymagające, tak od strony warsztatowej, jak i emocjonalnej (trzeba było inwokować potężne i niebezpieczne  energie (śmiech)), w związku z tym (jak to często bywa z tekstami „znaczącymi”) pewnie nikomu nie będą się podobać (śmiech). Co dalej? Na szczęście nie muszę zarabiać na życie pisaniem, więc trudno powiedzieć, co dalej. Może już nic więcej nie napiszę, a może dokończę rozgrzebaną powieść o dalszych losach Jonasza Hosali.

B.T.: Ja poproszę o dalsze losy Jonasza, jeśli można składać zamówienia (śmiech). I jeszcze jedna prośba: jako że czytałam Hikikomori zanim usłyszał o niej świat, a doszło moich uszu, że „trochę” pogrzebałeś w treści, odłóż dla mnie, proszę, jeden egzemplarz drukowany. Na e-booku autografu nie da się postawić, a kiedy już będziesz sławny i bogaty, będę miała czym się chwalić.

No i ostatnie pytanie, tym razem prywatne i również związane z planami na ten rok. Wiem, że jesteś pasjonatem wspinaczki. Czy szykuje się jakiś większy wyjazd w skały? A może będzie można Cię spotkać gdzieś… na szlaku?

T.P.: Jeśli chodzi o dalsze losy Jonasza, to zobaczę co da się zrobić (śmiech). Egzemplarz odłożyłem, tylko nie proś mnie o oszpecenie go jakąś dedykacją, bo zaprawdę powiadam ci, nie masz pojęcia jak brzydkim pismem się posługuję (śmiech).

Po życiowych i zdrowotnych zawirowaniach wróciłem do treningów. Nie mogę doczekać się słońca, wiosny i otwarcia sezonu w skałach. Być może pod koniec maja uda się zaliczyć kilka skalnych rejonów w Słowacji i Czechach, może nawet Austrię i jej Piekielną Dolinę, ale na pewno będzie można mnie spotkać w naszej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

B.T.: Dziękuję bardzo za wywiad i do zobaczenia, może na kolejnym spotkaniu autorskim?

T.P: Ja również dziękuję. Jeśli tylko odbędzie się kolejne spotkanie, to na pewno będziesz jedną z pierwszych osób, które zaproszę. Na koniec niespodzianka: Hikikomori jest dostępna na zmorze wszystkich wydawców, czyli portalu Chomikuj.pl. Zachęcam do ściągania.

Tomasz_Przewoznik_wywiad_notka_qfantTomasz Przewoźnik - urodził się w Pszczynie w 1978 roku. Studiował socjologię, obronił pracę dyplomową dotyczącą satanizmu, grał na perkusji. Publikował w Nowej Fantastyce, Magazynie Fantastycznym, Dozie, Esensji i Qfancie. W 2012 wydał debiutancką powieść Hikikomori (www.hikikomori.eu). Jest członkiem Ligi Piszących Dżentelmenów.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: