Wysłany: 2010-07-22, 18:47 Miłość dookoła nas - Ankieta
Zasady takie same jak poprzednio. Sora za opóźnienie, robiłem Labirynt Książkowy.
Czytajcie i głosujcie.
James Bond
Zimny wieczór wlewał się do środka przez półotwarte okna, liżąc twarz nieprzyjaznym chłodem. Ciężkie, ołowiane chmury kłębiły się na niebie zachłannie kradnąc piękny, gwieździsty blask. Tańczące w lampionach płomienie migotały pośród zdobnych szybek rzucając na ściany kolorowe plamy. W taki wieczór jak ten, można było usłyszeć to co niewypowiedziane, można było poczuć to co nienamacalne, można było rozkochać się w aksamitnym atramencie nocy i urzekającej melodii ciszy. W taki wieczór jak ten, nie sposób było być smutnym. Jednak ja czułem ogromny smutek i jeszcze większy strach.
Od dziesiątek lat niepodzielnie rządziłem zachodnim wybrzeżem ameryki północnej piastując jeden z najwyższych stanowisk pośród nieśmiertelnych – Czerwonego Markiza. Na moje polecenie upadały i powstawały rządy, dumnie wznosiły swe czoła szklane drapacze chmur, a strumień wpływów i pachnącej władzą gotówki zmieniał właścicieli. Wszystko zależne od mojego kaprysu. Choć rezydowałem w „Mieście Aniołów”, moje interesy przeważnie ogniskowały się wokół kasyn Nevady i tamtejszego świata. Blichtr i szkoła zepsucia, szybki sex, narkotyki i spełnienie marzeń – tym handlowałem i to zawsze sprzedawało się najlepiej, bo każdy zwykły, szary człowiek odda duszę diabłu, żeby choć przez chwilę mógł się poczuć PANEM.
Mogłem tak wiele, ale dziś, w tę piękną choć pochmurną noc, mogłem dosłownie gówno… Przed drzwiami mojej twierdzy gromadził się jeden z najstarszych rodów Siedmiogrodzkich Nosferatów. Wojewoda Gotfryd Ba’thoor Tezeth był niezwykle wpływowym wampirem południowo wschodniej europy. Wraz ze swymi rycerzami i nadwornym egzekutorem, wilkołakiem Voridorem, obradowali na moim podjeździe, a decyzja jaką za chwilę miał mi obwieścić zabijała cząstkę mnie. Cząstkę, która po setkach lat brutalnej egzystencji nauczyła się kochać inną istotę.
Indianka Mizzun „Stalowe Oczy” siedziała przy lustrzanej toaletce i poprawiała makijaż. Jej piękno samo w sobie było dziełem sztuki, gdzie natura prześcignęła artyzm i kunszt najbieglejszych mistrzów. Ciemne brwi przypominały spojrzenie drapieżnego ptaka, ale nos i usta miały w sobie tyle kruchości i delikatności, iż nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że ma się przed sobą malutką dziewczynkę. Ciemna, prawie czekoladowa skóra, była tym co pociągło mnie najbardziej. Ona zawsze pachniała słońcem, którego nigdy nie dane mi było ujrzeć. Tabu zawsze intryguje, zakaz tylko potęguje pragnienie.
Wieczorowa suknia, choć pięknie i delikatnie opasała jej ramiona odsłaniając powabne plecy nie była tym czego oczekiwałbym, w ten dzisiejszy wieczór.
- Dlaczego tak się ubrałaś?
- Dla ciebie kochanie.
- Dziś, teraz? Uważasz, że to stosowny strój?
- Mogę założyć skórę, pończochy i glany. – uśmiechnęła się niewinnie.
- Nie mam ochoty na żarty, w szczególności tak głupie. – Odwróciłem się do okna. – Tym co uczyniłaś, zniszczyłaś NAS.
Milczała przez chwilę.
- Zniszczyłam NAS, dla nas. – wróciła do palety różu i cieni.
Drzwi do mojego gabinetu stanęły otworem, ogromny cień Nosferata wlał się lepko do środka przygasając wszystkie światła. Czułem jak martwe serce podchodzi mi do gardła. Nawet moi mroczni strażnicy czuli respekt przed potęgą wieków jaką reprezentował Gotfryd.
- Markizie Corrado, - skłonił się sztywno i formalnie. – Czarodziejko Mizzun – obnażył kły w drapieżnym uśmiechu.
Moje serce nie pozostawiło mi wyboru.
- Nie! – warknąłem, a on pokiwał tylko głową
- Czarodziejko, pożegnam cię krótką rymowanką, znaną i lubianą w naszej kochanej Rumunii. „Przed wzrokiem naszym już się nie ukryjesz, tylko krwią swoją, krew i hańbę z naszej ziemi zmyjesz”.
Różowa Pantera
Nocą wody Wenecji mienią się tysiącem barw z odbitego światła lamp otulających swą jasnością ulice miasta. Czarna, sekretna noc rozdarta przez rozgwieżdżone niebo, do pary z nim – wspaniałym i majestatycznym, świecącym w pełni księżycem, są światkami nas splecionych w radosnym uścisku miłości. Jej usta przez te wszystkie lata nie zatraciły swojego smaku, są jak świeże maliny. Wywołują głęboko ukryte wspomnienia o poranku nasyconym milionem barw i naturą odzianą w łagodny dotyk rosy. Wspomnienia sprzed przemiany. Piękne chwile, które uosabiam w trzymanej w moich ramionach ukochanej. Krzyk całego tego jestestwa zbiera się w moim sercu, kiedy patrzę w oczy pełne niegasnącego żaru żądzy życia. Jesteś roztańczoną, rozśpiewaną muzyką mojej duszy. Warto było zostać wyklętym potworem, przeżyć te wszystkie wieki pełne lęku i odrazy, ucieczek, niechcianych śmierci i przelanej krwi. Warto było, gdyż przez kręte koleje losu, w końcu trafiłem na ciebie. Zlewamy się ze sobą jak wodospad gorących uczuć z rzeką szczęścia i spełnienia. Płyniemy przed siebie przez kręte uliczki wodnego miasta, czując ciepło swych złączonych dłoni. Goni nas przeszłość, zjada wszystko na swojej drodze. Pozostawia cienie wydarzeń, niektóre zaciera, inne usuwa. Lecz te wspomnienia, w których jesteśmy razem nie przemijają. Pozostają wieczne tak długo, jak istniejemy. Teraźniejszość przekomarza się z tym co było – z uśmiechami na ustach rozmawiamy o wspólnym bytowaniu; o dawnych czasach. Walki z braćmi krwi, starcia z potężną brutalnością wilkołaków. Wreszcie potężna batalia z chichoczącym, wiecznie nienasyconym głodem mojego ja. Najbardziej wyczerpująca, bezlitosna walka toczyła się we mnie. Ile trzeba poświęcić, ile trzeba znieść i jak mocno trzeba było się kontrolować, aby myśliwy nie pożarł swojej kochanej zwierzyny. Proponowałem jej, prosiłem - „stańmy się tym samym”. Ale ona zawsze odmawiała, twierdziła, iż bycie wampirem to prawdziwy test tego, jakim było się człowiekiem. Według niej nie potrzeba stawać się nieśmiertelnym, aby obdarzyć kogoś wieczną miłością. Ona i ja, człowiek i po-człowiek, siedzimy na ławce nad mostem, gdzie płynie rzeka będąca świadkiem naszego pierwszego spotkania. Wtedy był wieczór, siedzieliśmy tak jak teraz a po wodzie płynął gondolier i śpiewał piosenkę do melodii granej na lutni. Wspaniałe wspomnienie zerwał deszcz mącący dotychczas spokojną taflę wody. Nigdzie się nie ruszamy. Wielkie krople spływają po naszych twarzach i ubraniach. Moja miłość się uśmiecha, ale nie jest to zwykły uśmiech. Jej łzy trudno odróżnić od kropel deszczu, ale ja to potrafię. Znam to naznaczone zębem czasu oblicze od sześciu dekad i niczego przede mną nie ukryje. Wczoraj w nocy odwiedziłem ją w szpitalu, powiedziała, iż pozostał jej dzień życia. Chciała, abym zabrał ją w to nasze specjalne miejsce. To gdzie teraz jesteśmy. Po raz ostatni dotyka mojej twarzy i umiera. Wiatr szepcze modlitwę a księżyc wzywa mą najdroższą z tego świata cieni. Przytulam jej stare ciało do piersi i czekam kilka godzin, aby porozmawiać ze słońcem osobiście. W końcu wstaje świt a ja daję ostatni prezent ode mnie dla tego świata – łzę płynącą po wampirzym policzku. Widzę tarczę słoneczną i szepczę: zwróć mi moje marzenie.
Gasnę i niknę. To już nie jest mój świat.
Rosa pojawia się na kwiatach weneckich ogrodów.
A my; ja i moja miłość – znów jesteśmy jednym.
Po rzece płynie gondolier i znów śpiewa swoją piosenkę.
_________________ Nie przejmuj się, gdy zarzucą ci że budujesz zamki w powietrzu.
To jest właśnie miejsce, w którym powinno się je stawiać.
Potem wystarczy że dobudujesz im fundamenty. Henry David Thoreau
Nie zapomniał, lecz ma mało czasu. Odezwę się niebawem.
ps. Czekam na zgłoszenia zespołu do organizacji kolejnej Olimpiady, tym razem z rozgłosem w necie. Zastanówcie się czy chcecie kontynuować Olimpiady i w jakiej formie. Natłok obowiązków nie pozwoli mi tak jak mówiłem organizować kolejnych edycji.
_________________ Nie przejmuj się, gdy zarzucą ci że budujesz zamki w powietrzu.
To jest właśnie miejsce, w którym powinno się je stawiać.
Potem wystarczy że dobudujesz im fundamenty. Henry David Thoreau
Portal: Piszmy pl.
Dołączyła: 17 Sty 2009 Posty: 286
Wysłany: 2010-07-31, 21:25
Dark, nie wiem jak to sie stało, ale tym razem nie głosowałam na ciebie. Raz to zdanie wybiło mnie z rytmu:
Ciemne brwi przypominały spojrzenie drapieżnego ptaka, ale nos i usta miały w sobie tyle kruchości i delikatności, iż nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że ma się przed sobą malutką dziewczynkę.
A po drugie, jak każdą sentymentalną babę poraził mnie obraz zakochanego wampira. Marv to naprawde jest dobry tekst. Uczucie pływa w nim w każdym zdaniu. Czytelnik może wtopić sie w myśli bohatera i przyjąc je za swoje. Takie wyrażanie uczuć jest sztuką na wysokim poziomie.
Dark twój tekst tez jest swietny - wyrazisty, logiczny i taki męski. Obaj zasługujecie na wyróznienie. Piszecie tak, że chce się was czytać
Co masz na myśli mówiąc niechęć większości Dark? Myślę że na brak odzewu wpłynął znacznie okres wakacyjny - ani piszących ani czytających po prostu nie ma przy komputerach Zresztą Piotrek jak widać zabiegany również. Myślę że doceniony zostaniesz wcześniej No i może jak się zaczną szkoła/studnia/praca to ludzie znowu zaczną szukac odskoczni i pisać pisać pisać?
_________________ "Debiut jest jak pierwszy dzień w nowej robocie: Niewiele umiemy, nadrabiamy miną, a majster rwie sobie włosy z głowy widząc ile materiału marnujemy..."
A. Pilipiuk
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum