Battlefield 4: Odliczanie do wojny [fragment]

Battlefield 4: Odliczanie do wojny [fragment]


Wydawnictwo Insignis prezentuje

Peter Grimsdale

Battlefield 4: Odliczanie do wojny

przekład: Przemysław Bieliński

Copyright © by Insignis Media 2014

Fragment 1

Granica Chin i Korei Północnej

Zasieki ciągnęły się przez tysiąc czterysta kilometrów. Wysokie na cztery metry, co sto metrów wsparte betonowym słupem, rozwidlonym na kształt litery Y, wysyłały bardzo czytelny sygnał: przejścia nie ma.

Kovic żałował, że nie posłuchał.

Patrzył, jak granica znika w dole, ledwie widoczna w ciemności; para na szybie sea już zaczęła zamarzać. Olsen, pierwszy marine, zbliżył mikrofon do ust. W poświacie pokładowych instrumentów jego twarz zyskała niezdrowy, zielonkawy odcień.

 – Może rozpętasz kolejną wojnę koreańską.

Jego mina mówiła jasno, co myśli o CIA.

To miał być popisowy numer dyrektora placówki. „Postaraj się – powiedział Kovicowi Cutler – a Biały Dom zadzwoni osobiście z gratulacjami. »Highbeam« to nasza największa operacja od czasów bin Ladena”.

Ile razy Kovic już to słyszał? Cutler był nowy w rejonie, bardzo chciał wyrobić sobie reputację. Chiny były dla niego tylko kolejnym szczeblem drabiny prowadzącej na szóste piętro Langley. „W Pekinie wszystko dogadane, stoją po naszej stronie. To pierwsza w dziejach tajna operacja chińsko-amerykańska; szkoda, że nie możemy się nią pochwalić”. Kovic wiedział, że Chińczycy nigdy by się na to nie zgodzili. Preferowali działania zakulisowe. Pekin poszedł im na rękę, zapewnił wysunięte lądowisko do zatankowania śmigłowca i załatwił odcięcie prądu, żeby zaciemnić korytarz na czterdzieści kilometrów w głąb Korei Północnej na dziesięć minut przed lądowaniem.

Kovic skubnął lód na oknie. Kawałek tafli odpadł, ukazując w dole przepastną ciemność. Za szybą przemknęło kilka strzępków chmur. Sea hawk szarpnął, odbijając mocno w lewo; marines wyrzuciło z rozkładanych krzesełek, które ze sobą zabrali. Pilot wydał z siebie tryumfalny okrzyk.

 – Spokojnie, Tex, to nie rodeo.

Kovic chciał przeprowadzić tę akcję z własnymi ludźmi, wybranymi osobiście w Szanghaju, ale szef się nie zgodził. „Highbeam spodziewa się Johna Wayne’a – jak zobaczy zjeżdżającą gromadę Chińczyków, może spanikować”.

Co ten Cutler sobie wyobrażał? Że to będzie spotkanie w blasku fleszy? Przy ich sprzęcie, przy ilości światła, jaką go zaleją, gość ich nawet nie zobaczy; równie dobrze mogliby być Klingonami. Ale Cutler  musiał postawić na swoim, nieważne, czy decydował się na najlepszy możliwy sposób – a to oznaczało jedno: marines.

 – Dziesięć minut do lądowania – oznajmił głos Texa w słuchawkach.

Nagły podmuch z dołu uciszył go i znów wyrzucił wszystkich z krzesełek.

 – Ej, panie pilocie, chce pan, żebym panu obrzygał śniadaniem ten odpicowany helikopterek?! – krzyknął Faulkner .

 – Lepiej, żeby ta przejażdżka była tego warta – powiedział Olsen, patrząc na Kovica.

„Ma pan przywieźć moich chłopców w jednym kawałku” – uprzedził Kovica Garrison , ich dowódca, kiedy się dowiedział, że Kovic będzie dowódcą misji. Miał powody, żeby to powiedzieć – powody, do których żaden z nich nie miał ochoty wracać.

Kovic spojrzał na żołnierzy. Nawet w kamizelkach kuloodpornych wyglądali na zbyt młodych, żeby tu być, choć wiedział, że jego trzydzieści cztery lata to dla nich wiek średni. Cały kłopot z doświadczeniem polega na tym, że człowiek wie, co może pójść nie tak.

Uznał, że pora wprowadzić ich w szczegóły. Cutler nalegał, żeby zaczekać z tym, aż będą w powietrzu. Kovic włączył mikrofon.

 – Słuchajcie, chłopaki, ten cały Highbeam  stworzył kompletny protokół odpalania rakiet Ukochanego Przywódcy, kod źródłowy – no, wszystko. To on stoi za arsenałem jądrowym Korei Północnej. Wyżej postawionych zdrajców już nie ma.

Kovic nie umiał zagrzewać ludzi. Jego standardową metodą działania było walenie prawdy prosto z mostu, bez upiększania i pieprzenia – ale musiał jakoś tych gości zachęcić.

 – No i zajebiście! – Deacon, najmłodszy i najbardziej hałaśliwy z grupy, zareagował pierwszy, jakby chcąc entuzjazmem nadrobić różnicę wieku. – Będziemy tworzyć hi-sto-rię

 – Taki jest plan, stary – przytaknął Kovic z nadzieją, że będzie to ta historia, o którą im chodzi.

Osiem godzin wcześniej patrzył, jak wysiadają z sea hawka  w bazie pod Xi’an . Rzucali ostrymi tekstami, bujali się jak wyluzowani raperzy; przyszło mu do głowy, jak obco tu wyglądają i uświadomił sobie już po raz któryś z rzędu, jak bardzo przesiąkł Chinami. Tamci sprawiali wrażenie najeźdźców, trzymających wartę przy swoim śmigłowcu, zupełnie jakby wylądowali w Mogadiszu; na wszystkich podchodzących spoglądali jak na wrogów, nawet na obsługę naziemną, która przygotowywała maszynę do tankowania. Chińczycy nie przesadzali z manierami, ale jeśli chciałeś coś z nimi zdziałać, musiałeś im okazać trochę szacunku.

 – To bardzo cenna zdobycz, więc traktujcie go dobrze, niech czuje, że nam na nim zależy – dodał Kovic, wiedząc, że po pół roku walk z piratami na Morzu Południowochińskim marines muszą zresetować swoje nastawienie. Całą szóstką zapakowali się do ciasnego wnętrza sea hawka, obleczeni w sprzęt: hełmy z wysokomolekularnego polietylenu, kamizelki kuloodporne pod bluzami, każdy z M4 i berettą M9 – typowa przesada marines – do tego nowe, czteroobiektywowe gogle noktowizyjne. Deacon  i Kean  bawili się swoimi jak dzieci w Boże Narodzenie. Tex – pilot – zabrał ze sobą przerabiany granatnik M79 z lufą obciętą tak krótko, że wyglądała jak muszkiet z Piratów z Karaibów.

 – Za cholerę nie potrafię celować, a to coś zabije wszystko w promieniu osiemdziesięciu metrów, nawet jak strzelę z zamkniętymi oczami.

 – To prawda, on lepiej strzela z zamkniętymi, co nie, Tex?

Kovic nie kombinował, zabrał zwykłe, dwuobiektywowe gogle i sig sauera P226 z celownikiem optycznym nightforce , tłumikiem oraz pięcioma czy sześcioma magazynkami.

 – Fajna zabawka, stary.

Deacon  podziwiał P226, cały czas potrząsając głową do rytmu dobiegającego z jego słuchawek. Faulkner był zajęty grą na swoim telefonie. Kean  zwinął się w kłębek jak kot i spał, co nie przeszkadzało mu puszczać bąków, do tego całkiem często.

 – Ej, Kovac ! – Faulkner  podniósł wzrok, wymachując zjedzonym do połowy batonikiem hershey , który w jego wielkiej niczym rękawica bejsbolowa łapie wyglądał jak zapałka.

 – Kov-ic .

 – Nie tęsknisz za domem na ten widok?

Kovic pokręcił głową. Stracił gdzieś po drodze upodobanie do amerykańskich słodyczy i do wielu innych typowo amerykańskich rzeczy. Pomyślał, co by teraz zjadł, na przykład krewetki ze słuchotkami u Mancuna . Jeśli gdziekolwiek jeszcze miał dom, to w Szanghaju. Było tam wszystko, czego potrzebował, wszystko na świecie: importowane bądź podrabiane, w centrach handlowych, w kinach i na ulicach, gdzie można było znaleźć każdy przysmak, parujący smakowicie na talerzu. A do tego Louise , nie-Amerykanka i nie-Chinka, która pojawiła się w jego życiu właśnie w Szanghaju. Co mogła teraz porabiać? Nie licząc zachodzenia w głowę, gdzie go, kurwa, tym razem wywiało.

Faulkner odgryzł kolejny kęs czekoladki.

 – Dobra, Jasonie Bourne  – powiedział, przeżuwając – jak to się stało, że siedzisz w hawku wypchanym marines, zamiast skakać gdzieś po dachach?

To było dobre pytanie. Kovic mógł bez trudu wykręcić się od tego przydziału. Jego uprawnienia do działań za granicą straciły ważność, od czasów Afganistanu nie używał broni, stracił formę, a do tego miał pełne ręce roboty w Szanghaju. Całym sobą czuł, że nie powinien się zgadzać, ale wiedział, że jeśli chce zachować stanowisko, musi się czymś wykazać przed Cutlerem. Ich współpraca nie układała się przesadnie dobrze. „Uważaj na siebie – ostrzegł go Krantz  jeszcze w Langley . – Cutler leci do Chin, żeby się wybić. Zrób mu dobrze od czasu do czasu, bo twoje CV wygląda ździebko lepiej niż jego”.

To prawda, Kovic zaliczył sporo newralgicznych przydziałów: Liban – sabotowanie działań Hezbollahu; Liberia – wykiwanie handlarza bronią; Grozne – szpiegowanie pod przykryciem wracającego do kraju Czeczena. Do tego dwie długie tury w Iraku, potem w Afganistanie. Jego oliwkowa cera i wydatne kości policzkowe sprawiały, że mógł uchodzić za tubylca wszędzie od Władywostoku po Wenezuelę. Szanghaj miał być dla niego nagrodą, „okazją, by określić się na nowo”, jak ujęli to w kadrach. Przez pierwsze dwa lata męczył się, nie radził sobie z językiem i usiłował złamać tajemniczy kodeks, który obowiązywał w Chinach. Teraz nie umiał już sobie wyobrazić, że miałby mieszkać gdziekolwiek indziej. Gdyby to od niego zależało, chciałby tu umrzeć – tylko nie w Korei Północnej i nie dzisiaj.

Odezwał się Price , wysoki, cichy chłopak.

 – Jak coś się popieprzy, to kogo wzywamy?

 – Ej, młody! – uciszył go Olsen. – Nic się nie popieprzy, jasne?

Najwyższa pora, w końcu powiedział coś z sensem. Obaj – on i Kovic – wiedzieli, że jeśli coś się rzeczywiście popieprzy, będą zdani wyłącznie na siebie. To była operacja z rodzaju tych, od których umywa się ręce. Reszta nie zdawała sobie z tego sprawy, ale kto mógłby mieć do nich pretensje? Byli żołnierzami, grającymi według jasnych zasad. W CIA podstawowa zasada to: nie daj się złapać, bo nikt nie pospieszy ci z pomocą.

 – Jak zrobi się jasno, wynosimy się stąd – powiedział Price . – Z przesyłką albo bez.

Kovic przytaknął.

Wojownicze nastroje zaczynały opadać w miarę zbliżania się do celu. Czasami okazywało się, że ci, którzy wyglądali na największych twardzieli, pomylili wojsko z siłownią.

 – Jasne. Ale nie ma przesyłki, nie ma premii – zauważył Faulkner.

Wzmianka o pieniądzach obudziła Keana .

 – Jak nie będzie premii, to będę musiał odbębnić jeszcze jedną turę albo adwokat mojej starej dobierze mi się do dupy…

Bardziej martwi się alimentami niż tym, że Koreańczycy mogą odstrzelić mu jaja, pomyślał Kovic. Łatwiej bać się znanego diabła niż nieznanego. Wszyscy zgłosili się na ochotnika, jako porządni patrioci, ale liczyły się przede wszystkim pieniądze. Kovic nie miał serca im powiedzieć, że mityczne premie za operacje specjalne są uznaniowe i zależą od widzimisię jakiegoś anonimowego liczykrupy w trzewiach Pentagonu.

 – …a ja nie załatwię sobie jutro jakiejś chińskiej laseczki.

 – A to nie z tego powodu twoja stara szczuje cię adwokatem? Bo nie potrafisz utrzymać go w gaciach?

 – Tak właśnie, maleńka! Nie darmo zwą go Bestią!

Kovic uśmiechnął się. Milion dyrektyw Pentagonu dotyczących właściwego języka, a ci używają tych samych określeń co jego ojciec. To musi być prawda, że podróże zawężają horyzonty. Kiedyś, po jakiejś ksenofobicznej uwadze, odważył się upomnieć Cutlera; szef popatrzył wtedy na niego znad okularów. „Nie szukamy tu przyjaciół, agencie Kovic, jesteśmy tu po to, żeby się odegrać”.

To było najlepsze podsumowanie amerykańskiej polityki zagranicznej, do tego padło z ust człowieka, który zbudował karierę na zręcznym miganiu się od wszystkich większych afer. Kovic nie cierpiał biurw takich jak Cutler, który z kolei czuł się zagrożony dokonaniami Kovica w terenie. Właśnie to wkurzało dyrektora najbardziej, pomyślał, to wyjaśniało, dlaczego Cutler cały czas musi mu przypominać, kto tu jest szefem. A broń Boże, żeby to był akurat rok wyborów.

Kean się rozochocił, nakręcał pozostałych.

 – W Susie’s  Bar w Ningbo mają takie bliźniaczki…

 – To wcale nie są bliźniaczki, palancie. Po prostu wszystkie wyglądają dla ciebie tak samo. Pokazaliby ci laskę z jej babcią, a ty i tak byś powiedział, że to bliźniaczki.

 – Ja przynajmniej nie muszę za to płacić.

 – Deacon, przecież ty jesteś prawiczkiem! Nie wiesz nawet, gdzie się wsadza.

Składane krzesełka zatrzęsły się od chóralnego śmiechu.

 – Dość tego – warknął Olsen. – Zmieńcie płytę, co?

 – Ej, Kovic, bo jestem ciekawy: one naprawdę mają proste łoniaki?

Olsen uciszył Deacona spojrzeniem. Zapadła cisza. Tex zwalniał. Odwrócił się na chwilę i wskazał w dół.

 – Iii-ha! Gwiazdka na trzy metry!

Śnieg. Ultradokładne – ponoć – zdjęcia meteorologiczne Dowództwa Floty potwierdzały bezchmurne niebo. Tymczasem wystarczyło obejrzeć pana pogodynkę z koreańskiej telewizji i wysłuchać zatwierdzonej przez partię prognozy. No i proszę, pomyślał Kovic, z każdą chwilą coraz lepiej.

Nie wiedział jeszcze, że ten śnieg uratuje mu życie.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: